W nastroju poważnym i żałobnym, w głębokiem okupieniu, wielotysiączny tłum, złożony przeważnie z przedstawicieli wszystkich sfer postępowych naszego miasta — podążył wczoraj za trumną zgasłego przedwcześnie znakomitego uczonego, pedagoga i geografa polskiego, Wacława Nałkowskiego. Wyprowadzenie zwłok odbyło się z mieszkania zmarłego przy ul. Wielkiej. Około g. 4 po poł. przyjaciele i najbliżsi towarzysze pracy wynieśli zwłoki. Nałkowskiego, złożone n skromnej, czarnej trumnie, bez krzyża, i złożyli na równie skromnym karawanie. Wieko trumny pokryły wieńce od osieroconej rodziny, przyjaciół oraz towarzystw kulturalnych, społecznych i oświatowych. Pomiędzy innemi złożyły wieńce następujące instytucye: Towarzystwo Kultury polskiej, Związek nauczycielski, Stowarzyszenie Nauczycielstwa polskiego, Towarzystwo Krajoznawcze z napisem: „Znakomitemu ziemioznawcy” i słuchacze Kursów Naukowych z nap.: „Bojownikowi wiedzy i postępu”. Wyróżniała się pomiędzy wieńcami — wspaniale symbolizująca żywot zmarłego — cierniowa korona z czerwoną wstęgą, opatrzoną napisem: „Tytanowi Ducha” — bo zaiste ciernistym był szlak, którym kroczył Nałkowski do światła, prawdy i wszechwiedzy.

Kondukt pogrzebowy, bez udziału duchowieństwa, poprzedzały delegacye uczniów szkół: Kujawskiego, Piotrowskiego, im. Staszica, Rychłowskiego, Górskiego, Konopczyńskiego, handlowej Zgromadzenia kupców i Kultury polskiej. Wśród ciszy podniosłej kroczył tłumny orszak przez miasto, nie malejąc aż do samych Powązek, pomimo przejmującego mrozu. Zmrok już zapadł zupełny, gdy pochód stanął u bramy cmentarza Powązkowskiego; tu przyjaciele ponieśli na barkach czcigodne szczątki i złożyli w katakumbach. Młodzież szkolna trzymając wieńce, utworzyła zwarte szpalery, którymi otoczyła miejsce wiecznego spoczynku Nałkowskiego.

Nad grobem pierwszy przemówił Antoni Sujkowski.

Powołany przez sekcyę geogr. Polskiego Związku Nauczycielskiego i sekcyę Stowarzyszenia Nauczycielskiego do wypowiedzenia krótkich słów pożegnalnych nad zgasłym Wacławem Nałkowskim nie czuję się na siłach do oceny tego “tytana myśli”, „męczennika nauki — bojownika postępu”, jak słusznie głoszą napisy na wstęgach i jeszcze słuszniej mówi o tem wieniec z cierni uwity. Czuję, że nie mogę ogarnąć wyrokiem tego wielkiego ducha, którego zjawienie się w naszem społeczeństwie jest zagadką. Jakto? Przecież od lat 200 nasze warunki nie sprzyjają pracy umysłowej, a on był takim olbrzymem ducha, od lat kilkudziesięciu wszechstronne godzenie się i uginanie przed wszystkiem nie sprzyjało charakterom mocnym, w swej prawości jednolitym, a ten duch podniosły całem życiem swojem świeci, jak słup ognisty, niestety, na pustyni społecznej.

Zawodowo Wacław Nałkowski był uczonym na niwie geograficznej.

Kiedy w początku 1887 roku polska publiczność czytająca dostała do ręki „Geografię rozumową” W. Nałkowskiego, to zdziwienie ogarnęło umysły, a słuszniej światło olśniło oczy do mroków przywykłe. W tem dziele, którego wówczas nawet zrozumieć nie potrafiono, autor okazał się nie na wysokości wiedzy geograficznej Eur. Zach., lecz znacznie ją wyprzedził, a cóż dopiero mówić o naszem społeczeństwie, gdzie wiedza zwykle spóźniona okruchami dochodzi do Zachodu. W tym samym roku “Rys geografii ziem Polski” rzucał podstawy do naukowego zrozumienia dziejów naszych. W parę lat później wydana Geografia poglądowa” uczyła świat paleologiczny, jak trzeba uczyć geografii i tu znowu swoimi pomysłami wyprzedzał uczonych Eur. Zachodniej. Talk samo w tych trzech pracach, jak i w szeregu szkiców, zebranych pod wspólnym tytułem „Ziemia i człowiek”, jak również i w „Dziejach ziemi” W. Nałkowski wyprzedzal naukę i gdyby te i prace były drukowane po francusku, niemiecku lub angielsku, to droga jego życia nietylko nie byłaby tak strasznie cierniowa, jak to wszyscy widzieliśmy w rzeczywistości, lecz każde z tych społeczeństw byłoby dumne z takiego uczonego, a napewno znalazłyby się środki i instytucye społeczne, kotóreby mu kazały być przewodnikiem dla młodszych uczonych, aby światło, bijące od jego umysłu, nie ginęło dla społeczeństwa bezużytecznie. W naszem ubogiem społeczeństwie, nieliczne instytucye nie umiały go ocenić, a ludzie nawet najlepsi spośród bezstronnych przez niego dopiero byli kształceni. Przez całe życie zabójcza dla twórczości praca literacka od wiersza i łamanie się z wszelkieimi przeszkodami, wprawdzie ani na chwilę nie nadwyrężyły hartu ducha, ale wydajność pracy naukowej zmniejszyły. Tytan ducha, nie mogący przełamać otoczenia — oto los tego uczonego. Cechy jego naukowe: zamiłowanie prawdy i bezwzględne ich wypowiadanie, przejęły nawskroś Jego istotę, a przeniesione w sferę prac jego osobistych, uczyniły zeń wcielenie prostoty i prawości, ale że w tym wypadku różnił się od skarlałego, śród drobnych trosk, ogółu jeszcze bardziej, niż na niwie nauki — stąd też płynęła jego krytyczna zgryźliwość i pozorny pesymizm. Zastrzegam najmocniej, że ten męczennik nauki nie był pesymistą, on miał w sobie coś z najszlachetniejszego typu racyonalisty z końca 18-go wieku, wierzył w umysł ludziki i w potęgę człowieka przyszłości, on nawet przypuszczał, że w najodleglejszych epokach przyszłości zmniejszenie energii słonecznej będzie zrównoważone przez potęgę ducha ludzkiego, wyrażoną w postępie technicznym i społecznym tak wielkim, o jakim nasza wyobraźnia nie może dać pojęcia. Na niwie nauki tak sobie wystawiam W. Nałkowskiego: na wyjałowionem od paru set lat polu, gdzie nic rodzić się nie chce, a pożyteczne ziarna zbożowe wyradzają się w nikłe trawki, jakimś cudem zjawia się olbrzymi kłos pszeniczny, przepełniony ziarnem dorodnem. Inaczej go sobie wystawiam w zakresie charakteru: gdy burze i wichry nie pozwalają wyrosnąć drzewom, karląc Ich pędy i czyniąc giętkimi na wszelki podmuch wiatru, wśród łych wycinków i nieużytecznych krzewin jakimś cudem sterczy dąb wyniosły, on rozumie, dlaczego krzewina jest tak nikłą i giętką, czyni jej wyrzuty, lecz pragnie, aby wyrastał nowy las, prosty i mocny, któryby swymi wierzchołkami Świat ciągnął do Światła.

Mickiewicz rzuca przekleństwo narodom, co własne mordują proroki; zapewne, nasze społeczeństwo nie zawszystko odpowiada, co się w niem dzieje, ale jednakże los W. Nałkowskiego budzi robaka zgryzoty w sumieniach ludzkich. Tej miary umysł winien był lepiej być spożytkowanym przez nasze ubogie społeczeństwo, a tej miary charakter winien był mocniej świecić w czasach, tak pozbawionych wszelkiej mocy ducha. Zgasł w sile weku niedoceniony, a skromni jego uczniowie, przejmujemy się jego optymizmem, jego wiarą w przyszłość i wierzymy, że ziarna przezeń rzucone, będą wschodziły i pieniły się, wierzymy, że jak nad śmiercią nowe zapanowywa życie, tak po niedocenieniu za życia W. Nałkowskiego, nastąpi po jego zgonie zmiana, i światło jego ducha coraz dalsze będzie zataczało kręgi.

Z kolei przemówił p. Janusz Korczak

Są groby, nad którymi pochylasz głowę w zadumie; są groby, które łzami rosisz; są inne, które oskarżają. — Pierwsze mówią: ot, życie ludzkie. Drugie: szkoda, że ciebie już wśród nas nie będzie. Inne wreszcie, jak pokrzywdzone sumienie twardym głosem wyliczają winy tych, którzy krzywdzili, nie docenili, zabili. — Zaliczać grób Nałkowskiego do tej trzeciej kategoryi — to znieważyć pamięć zmarłego. — Hartowny duch, nie na waszą i naszą miarę skrojony, nie wolno rozumować nad nim własnemi, małemi myślami i ambicyami. Gdyby Nałkowski urodził się w Niemczech, we Francyi… jąkają mali ludzie… Byłoby to samo. Przeszedłby pogodnie uśmiechnięty, i zapatrzony w własne dumne szczyty, i nie zauważyłby małych ludzi. — Nie narzucajmy mu własnych myśli, — bo to nam wstyd przynosi. — Nałkowski, jeśli się gniewał, to że nie znamy cudownej chwili, gdy z chaosu świat się rodził; jeśli groził, to tajemnicy gwiazd, jeśli marzył, to o wiernościach, które mierzą się miarą stuleci i przestrzeniami tysięcy kilometrów. One mu były bratem i kochanką, wrogiem i przeciwnikiem. Tych naszych — ach, toć żył wśród nich — jeśli dokuczyli, zbywał skrzywieniem ust. Ot, cierń drobny i naprzykrzony.

Zmarł człowiek szczęśliwy, który żył, jak chciał i umarł, jak pragnął — na szpitalnem łożu. Nie powalili go ci, którzy mu hymny pochwalne teraz jękliwie śpiewają, którzy żyli i tyli okruchami jego myśli, którzy go nie dostrzegali, bo zbyt ich przerastał. — On nie walczył z nimi. On ich łagodnie usunął z drogi własną dobrotliwą dłonią. Powaliła Nałkowskiego śmierć. — Cieszyliśmy się. że żyje wśród nas, radujmy się, że żył, że był na Polskiej ziemi.

Ceremonii religijnej przy złożeniu zwłok nie było.

Uroczystość pogrzebowa była wyrazem hołdu, oddanym przez społeczeństwo postępowe zasługom Nałkowskiego, nietylko jako uczonego, lecz jako człowieka, który w ciągu całego swego żywota był niezmordowanym i nieugiętym bojownikiem najwznioślejszych ideałów prawdy, postępu i ducha niepodległego.

Zarazem pogrzeb miał charakter wybitnie postępowy, zgodny z głębokiemi przekonaniami zmarłego.

Nowa Gazeta
R. 6, 1911, no 51

 41 odsłon,  2 odsłon dzisiaj

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.