
Pisze do nas naoczny świadek:
Nie mogę powstrzymać się, by nie nakreślić słów paru o tem, ile to nieszczęść spadło na naszą okolicę po owym jarmarku w Jadowie. Jak wiadomo, władze sądowe niezwłocznie rozpoczęły usilne dochodzenie w sprawie tego zajścia. Ilu to ludzi przewinie się w tem śledztwie, ile to aresztowań — na to chybaby tylko więzienie odpowiedzieć mogło. Ileż to rąk oderwanych od pracy, ile opustoszałych gospodarstw, i to w promieniu paru mil dookoła Jadowa. Ile to żon drży o los swoich uwięzionych mężów, którzy wpadli do więzienia, czy to przez jakiś udział czynny, czy przez jakieś wyrwane niepotrzebnie słowo zachęty, czy to może siłą zostali wepchnięci w wir tego zamętu. Bo było i tak, że tu zprzodu wołają poborcy i policja: — „płać” — a ztyłu wołanie i groźba — „nie płać!”. — A ilu rodziców w trwodze o los swoich synów uwięzionych, gdyż młodość zawsze jest pochopna do wybryków. Widząc, co robią inni, niejeden syn spokojnych i uczciwych rodziców poważył się i wmieszał się do całej sprawy. A nawet mogą się znaleźć pomiędzy uwięzionymi i tacy, co nie to, że sami nic nikomu nie dali, ale nawet im się coś dostało. Ale władze sądowe ściśle to badają i zapewne usprawiedliwionych zwolnią.
Gazety i wszelkie pisma opisały to zajście w rozmaity sposób. Naprzykład w jednej gazecie czytałem, że pierwsze strzały jakoby padły ze strony tłumu. Ja o tych strzałach nic a nic nie wiem. — Inne gazety pisały, że policja strzelała w obronie własnego życia. — Tak, owsem, gdy policja była zmieszana z tłumem, to jej położenie było niebezpieczne. Ale gdy się policja cofnęła i dobiegła do owej osłony ze złożonych cegieł, to tłum w jednej chwili, jakby zrozumiawszy dobre stanowisko policji, stanął i przestał nacierać. — A inne znów gazety piszą, jakoby to zajście wywołały partje wywrotowe. — Tego to ja zrozumieć nie potrafię, gdyż ci ludzie, co powychodzili na drogi, chcieli tylko, aby ludność powstrzymała się od wjazdu do miasta na ten jarmark i jeszcze przez jakiś czas na targi. A dopiero gdy spostrzegli, że im się to nie uda, to mówili, ażeby się oprzeć i nie płacić. Ale nie zachęcali do tego, by jadący przyszykowali sobie jaką broń na wszelki wypadek i w odpowiedniej chwili rzucili się na policję. Myśleli tylko, że może spokojny opór coś zrobi i wymoże jakieś ulgi w tym nadmiernym podatku. Bo naprzykład weźmy pojedyńczego gospodarza, który cośkolwiek wywoził i wyprowadzał na targ, — to jego opłaty roczne wyniosły kilkadziesiąt złotych, i wszystko to szło na jedną gminę i zarobek brodatych. A przecież tylu jest, co nic nie mają i muszą istnieć. No, ale władze sądowe ściśle to badają i zapewne wszelkie okoliczności pod uwagę biorą.
Niektórzy mi zarzucają, żem się podjął pisać, a nie napisałem o wszystkiem. Bo już to mówią, że nigdzie się tyle kar nie napłaciło, co w tym Jadowie. Jużci tak. Ale jak było wszystko w porządku: tablica u wozu, koń okiełznany — to i w Jadowie kary nie było.
A teraz zajrzyjmy na chwilę do samego Jadowa w dzień targowy, to co tam zobaczymy? — Pustki. — I chciałoby się powiedzieć, że brali, brali, aż przebrali! Ludność okoliczna już to przejęła się tem, co zaszło, już to czeka, co zarząd Jadowa postanowi, — i przestała uczęszczać na targi, kierując się do innych miast. A tu rada gminy podobno postanowiła utrzymać i nadal takie same opłaty. Nie wiem, czy miasto wyjdzie na tem dobrze. Mojem zdaniem, to niech zarząd gminy zmieni to i niech opłaty złagodzi. Niech Jadów w dalszym ciągu się rozwija, a nie upada.
P. Kruszewski
Gazeta Świąteczna
wychodzi w Warszawie na każdą niedzielę
R. 52, 1932, nr 35 (2691)