
Historia, którą opowiemy, wydawać by się mogła nieprawdopodobna. Niestety, jednak jest najzupełniej prawdziwa, chociaż rozpoczyna się całkiem niewinnie i, rzec można, nawet romantycznie: Jest w odległości kilku kilometrów od Warszawy wieś — nie wieś, osada — nie osada — MARKI się nazywa. Z dawien dawna zamieszkują ją pracujący w Warszawie robotnicy. Są również w Markach fabryki — przede wszystkim cegielnie. Wynika więc z tego, że ludność Marek w ogromnej większości składa się z robotników. Jak w każdej tego rodzaju osadzie robotniczej było przed wojną i istnieje do dziś sporo elementów żyjących kosztem robotników — sklepikarzy, chuliganów itp. To wszystko jest w Markach. Ale nie ma jednego — rozrywek kulturalnych. Nie ma nawet kina.
Z tym kinem to w ogóle ciekawa historia. Przed wojną bowiem były w Markach dwa kina. Jedno z nich mieściło się w tzw. Domu Katolickim pod opieką (przynoszącą niemałe korzyści) miejscowego księdza proboszcza. Drugie kino należało do niejakiego pana Jędrzejowskiego — miejscowego kapitalisty i również niemałe zyski przynosiło. Jakie w nich filmy wyświetlano w owych „starych, dobrych” czasach — nie potrzeba pisać.
Nikt się też zapewne nie zdziwi, że po wyzwoleniu oba kina przestały istnieć. Zrozumiałe, że ani ksiądz dobrodziej, ani pan Jędrzejowski nie widzieli dla siebie interesu w prowadzeniu kina wyświetlającego filmy postępowe, propagujące nowe życie. Tak więc ksiądz proboszcz zamienił dużą, ładną salę na kostnicę, bez której przed wojną Marki doskonale się obywały. Pan Jędrzejowski zaś po prostu zamknął salę ma cztery spusty…
I taki stan trwa już przeszło osiem lat. Z roku na rok mieszkańcy Marek oczekują udostępnienia im pożytecznej rozrywki, jaką jest film. Czas oczekiwania skracają sobie ziewaniem, „sąsiedzkimi plotkami”, a co bardziej „przedsiębiorczy” — rozbijaniem spokojnych przechodniów na ulicach…
Nie należy jednak sądzić, że markowianie przez tych osiem lat nie oglądali filmu. Niektórzy wybierają się od czasu do czasu do kina do Warszawy, co jednak. wobec fatalnej komunikacji i innych naturalnych przeszkód, szczególnie w postaci grasujących bezkarnie chuliganów, jest nie lada bohaterstwem…
Zajeżdża czasami do Marek wiejskie kino objazdowe. Ostatnio nawet podobno została specjalnie Markom przydzielona aparatura i obsługa wiejskiego kina. Filmy wyświetla się w świetlicy LZS. Nadmienić tu trzeba, że świetlica owa może stanowić wzór zaniedbania dla wszelkich świetlic w kraju… Ale to właściwie nie należy do rzeczy… Od czasu do czasu kino owo „funkcjonuje”, ku niebywałemu zachwytowi licznie gromadzącej się zawsze publiczności. Niestety prawie na każdym seansie zdarzają się wypadki podobne do poniższego: Publiczność z zapartym tchem śledzi akcję „Asa wywiadu” — pięknego radzieckiego filmu. Nagle, w momencie największego napięcia film przerywa się. Operatorzy z długimi śrubokrętami w rękach zaczynają zawzięcie manipulować przy aparaturze. Trwają długie chwile milczącego oczekiwania. Wreszcie… jeden z operatorów nie przestając manipulować śrubokrętem, oświadcza grobowym głosem: — Film może iść, ale bez dźwięku…
Ha, cóż robić.. Cofamy się więc o kilkadziesiąt lat i oglądamy w 1952 r. film niemy.
Ciekawe, co sądzi o tym Prezydium Gminnej Rady Narodowej, a także Zarząd Gminny ZMP, którego uwadze szczególnie polecamy świetlicę LZS…
Prawda, że ciekawa historia… I najzupełniej autentyczna, o czym łatwo przekonać się, jadąc do Marek. Należy jednak uważać przy tym na chuliganów, którymi również jakoś nikt nie może się „zaopiekować”…
według korespondencji J. Rodowskiego i Z. Kowalewskiej
Sztandar Młodych
1952.11.17 nr 274