
90-letni dzisiaj Henryk Stanowski, mieszkaniec Wołomina od czasów przedwojennych, długoletni pracownik PKP, ma za sobą piękną kartę działalności w ruchu oporu. Zweryfikowany 16 grudnia 1981 r. w Londynie w Kole Byłych Żołnierzy Armii Krajowej jako kpt. „Gozdawa” przydzielony do Okręgu Armii Krajowej Warszawa. Według tegoż dokumentu zaprzysiężony w grudniu 1939 r. w Wołominie. „Wyznaczony do organizowania oddziałów na kolei. Zorganizował trzy plutony: w Wołominie, Warszawie i Tłuszczu. Prowadził wywiad, sabotaż i dywersję na kolei, w parowozowniach, transportach kolejowych na wschód. Był czynny w próbach wysadzania mostów kolejowych i w akcji „Burza” na terenie powiatu wołomińskiego, aż do wkroczenia wojsk sowieckich. Odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi z Mieczami i Medalem Wojska Polskiego”.
Niedawno przyniósł do redakcji „Wieści Podwarszawskich” swoje wspomnienia z łat wojny i okupacji. Pamiętnik ten jest dziś już źródłem historycznym wartym fachowego przeredagowania i opublikowania, przynajmniej w obszernych fragmentach. Znaczna część pamiętnika dotyczy kolportażu prasy podziemnej na terenie Wołomina. Oto fragmenty wspomnień na ten temat.
„Jako oficer rezerwowy w okresie międzywojennym często występowałem czynnie w różnych uroczystościach państwowych. Natomiast jako pracownik kolejowy prowadziłem szkolenie pracowników w służbie obronności kraju. (…) Na polecenie Dowództwa Obwodu ZWZ zorganizowałem specjalną grupę do przeprowadzenia akcji na torach. Działalność grupy polegała na wysyłaniu stałych meldunków do Warszawy o ruchu transportów wojskowych, unieruchomieniu semaforów celem zatrzymania pociągów, przerywaniu łączności telefonicznej, rozkręcaniu szyn, pod pałaniu wagonów, sypaniu piasku do maźnic, ogołacaniu transportów dla wojska. Na Dworcu Zachodnim w Warszawie wykonano wyrok na banschutzu znęcającym się nad Polakami. Ostrzegano Żydów przed załadunkiem na transporty kolejowe tłumacząc im, że jadą do obozu zagłady w Treblince, a nie do pracy.
Podejmując te działania musiałem nawiązać łączność z Warszawą. Kiedy zgłosiłem się pod wskazany adres, tuż za mostem Poniatowskiego, po prawej stronie ulicy 3 Maja, skierowano mnie w dół po prawej stronie mostu. Dopiero tu wskazano mi właściwy adres: inż. Wierzba przy ulicy Kijowskiej na Pradze. Po uzgodnieniu zasad działania zaproponowano mi kolportaż prasy podziemnej dla całego Obwodu. Był to „Biuletyn Informacyjny”. Ponieważ mieszkałem w domu kolejowym tuż przy stacji Wołomin wybrano to miejsce jako wygodne dla kurierów i łączniczek. Pierwszy raz prasę dostarczyła mi młoda, około 20-letnia łączniczka. Powiadomiłem dowództwo Obwodu o podjętej działalności kolportażowej, część prasy przekazałem na punkt rozdzielczy do nauczyciela Balona, dobrze nam znanego. Później odbierałem prasę w umówionym z łączniczka miejscu, najczęściej w pociągu między Zielonką a Wołominem.
Pewnego razu łączniczka zaproponowała mi spotkanie przy wieżowcu na Placu Napoleona (dziś hotel „Warszawa”). Gdy tu przybyłem, zaprowadziła mnie na drugą stronę placu, w kierunku Alei Jerozolimskiej. Tu skręciliśmy w wąską ulicę, w lewo. Po jej lewej stronie ciągnął się wysoki parkan na którym stały platformy konne. Po przejściu placu zajętego przez pojazdy i małej furtki dotarliśmy do domu parterowego. Tutaj znajdował się punkt wysyłkowy prasy podziemnej. Od tej pory aż do jesieni 1943 r. przyjeżdżałem tu po prasę. Część jej nadal łączniczka przywoziła mimo mieszkania w Wołominie, lub też na umówiony pociąg między Zielonką a Wołominem. W działalności tej pomagała mi żona Lucyna ps. „Jagoda” i łączniczka „Żaba”.
Jesienią 1943 r. poczułem się zagrożony. Pewnego dnia wieczorem przyszedł do mnie jakiś nieznany człowiek z ostrzeżeniem, że w nocy przyjdą do mnie żandarmi. Udałem przed nim szmuglera, który nie ma się czego obawiać, mam bowiem tylko trochę kaszy i mąki. Osobnik wydał mi się podejrzany, szybko zawiadomiłem więc o jego nadejściu „Mariana” (dowódca Obwodu mjr. Witold Kitkiewicz zamieszkały w Wołominie – L. P.). Powiedział mi: „Jest bardzo źle, uciekaj z domu. On niejednego ma już na sumieniu i trzeba z nim skończyć”. Na wszelki wypadek musiałem zmienić miejsca kontaktowe. Udając człowieka poza wszelkimi podejrzeniami poszedłem do sklepu prowadzonego przez tego osobnika przy ul. Tramwajowej (dziś marsz. J. Piłsudskiego), by jeszcze raz ustalić jego wygląd i tożsamość. Potwierdziło się, że to on był u mnie z ostrzeżeniem i że to o nim mówił „Marian”. Dla pozoru kupiliśmy u niego jakiś obraz olejny i wazon na kwiaty. Osobnik ów handlował mieniem pożydowskim, otrzymanym zapewne od Niemców w zamian za usługi. Zadenuncjował m. in. rzeźnika Całkę z ul. Warszawskiej, którego Niemcy potem rozstrzelali w Radzyminie.
Następnego dnia rano zameldowałem „Marianowi” o swoich spostrzeżeniach, tego dnia wieczorem skontaktował się ze mną wywiad z Wołomina, następnego dnia – z Warszawy. Trzeciego dnia konfident już nie żył. Na wszelki wypadek punkt kolportażu prasy trzeba było przenieść w inne miejsce, do Caffe Clubu przy ul. Kościelnej. Gdy pewnego razu łączniczka przywiozła tu prasę, na hasło: „”Czy nie potrzeba czerwonego wina?”, usłyszała odpowiedź odmowną. Zaskoczona i zdenerwowana, przyniosła prasę do mnie. Tego dnia była w mieście obława (autor ma na myśli wielką obławę w Wołominie przeprowadzoną przez Niemców 6 listopada 1943 t. – L. P.), dlatego czym prędzej spaliliśmy z żoną część prasy, resztę jej zakopałem w ogrodzie. Po pewnej przerwie kontakty zostały odnowione i aż do lipca 1944 r. prasa podziemna docierała do Wołomina.
W ostatnich dniach tego miesiąca weszli do Wołomina Rosjanie.
Na podstawie wspomnień kpt. Armii Krajowej Henryka Stanowskiego
opracował Leszek Podhorodecki
Wieści Podwarszawskie
Tygodnik Województwa Stołecznego
R.5, 1995 nr 3 (205)