Przypadkowo odkryta wyspa odrębnej kultury?

Rozpętała naszą ciekawość jedna mała, niepozorna wzmianka kroniki sądowej. Powód, pozwany, cała gromada świadków, znajomkowie, wszyscy, co do jednego mieszkańcy osady Nadbiel nie rozumieją ani słowa po polsku! I proszę nie myśleć. że dzieje się to na głębokich kresach, albo gdzieś nad pruską granicą — Nadbiel leży o 24 km. od Warszawy, a o 10 km. od Wołomina! Jest to osada niemiecka, gdzie grupuje się element niemiecki całego powiatu. Ich dziadowie, pradziadowie również orali ziemię polską i modlili się z gotyckiej Biblii, zato ich dziatki… ale opowiedzmy wszystko pokolei.

Wieś ma 54 dymy i 230 dusz. Jest to wypisane po polsku na tablicy przed chatą sołtysa, jakkolwiek i sołtys i jego pomocnik są Niemcami, co nie przeszkadza, że od święta chadzają w rogatywkach. Rogatywka jest tu ulubionem nakryciem głowy i wisi w każdej chacie na kołku. Rogatywka i maciejówka. Szlafmycy ani śladu.

Do tej dziwnej wioski jedzie się jeszcze dziwniejszą drogą. Najzabawniejsze, że nikt w Wołominie nie wie, jak daleko do Nadbieli. A więc niema innej rady, jak zasiąść w półkoszkach i samemu wymierzyć dystans.

Wołomin przedziwnie jest błotnisty. Takich wyrw pełnych kleistej i błotnej mazi nie widziałam ani na Podolu, słynnem z nieprzebytych dróg, ani w jarach sandomierskich. Ta wzmianka o błocie jest nie bez znaczenia. Tłumaczy ona tę dziwną ekskluzywność Nadbieli, rezerwatu niemczyzny.

Jak mucha w bursztynie zachowała się niemczyzna, bo przez całe pół roku naszej pory deszczowej odseparowana jest od świata potężnym bastionem błota, a latem pracuje ciężko i nie ma czasu na faramuszki. Niezawsze nawet uda się przedostać na nabożeństwo do zboru w Radzyminie, to też Nadbiel musiała sobie zbudować własny dom modlitwy. W okazałym, parterowym domu z wielką sienią, jak kruchta, jest surowa sala z czarnym krzyżem (drugi krzyż na dachu). Tu się odbywają lekcje religji. Kantor p. Rudolf Zimmermann łączy obowiązki duszpasterza i katechety. Z upoważnienia pastora udziela chrztów i odprowadza pogrzeby na cmentarz. W tej chwili go niema, ale żona jego obiaśnia nas łamana polszczyzną. Synek, 13-Ietni Frycek, doskonale mówi po polsku, bo chodzi z całą gromadką nadbielskich dzieci do polskiej szkoły w sąsiedniej wsi.

U sołtysa przyjmuje nas jego zastępca, p. Edmund Simon, typowy kmiotek podwarszawski w długich butach i maciejówce. — To nieprawda, sze my nie umiemy po polsku — usprawiedliwia się twardą, syczącą polszczyzną. Gawędzimy o stosunkach polsko-niemieckich na małym odcinku gminy Ręczaje. Są dobre, ale dalekie. Czasem ktoś kogoś poprosi na wesele, ktoś z kim przepije i tyle. Nie żenią się ze sobą. Swój ciągnie do swojaczki.

Obejścia większe, niż w polskiej wsi, poogradzane solidnie. Ode drogi każde pólko ma parkan, żeby zbłąkany cielak albo koń nie wydeptał oziminy. W każdym ogródku — plantacja truskawek. Takich wonnych, krasnych jagód daleko szukać. Nie może się truskawkami pochwalić żadna polska zagroda, tak jakby tylko Niemcy posiadali sekret ich hodowli. A szkoda: „Wołomin-lesbains“ jest doskonałym odbiorcą.

Po chatach furkocą maszyny do szycia i centryfugi. Znowu specjalność niemiecka. Ani jeden nie oddaje mleka pachciarzowi. Woli sam zarabiać na maśle i tuczyć trzodę maślanką. Krów mają znacznie więcej, niż nasi. Taki choćby Friedrich Jeske na 30 morgach potrafi utrzymać pięć tłustych holenderek! Właśnie popasamy w jego chacie. U progu wita uprzejmem „Guten Abend“ 16-letnia Gretchen, za nią stoi pulchna Frau Jeske, stół obsiadło mrowie dzieciarni. Jeske, jak ojciec Wirgiljusz z piosenki, ma dzieci „sto dwadzieścia troje“. Trzy pokolenia po trzech żonach. Ze zdumieniem odnajdujemy w tej chacie trzyizbowej. krytej słomą, czyściutką „nursery“, obstawioną jak szpital białemi łóżkami. W tej chwili dzieciarnia siedzi cichutko u stołu i powoli, starannie, kaligrafuje śpiczaste literki. Przed każdym leży gotycki podręcznik.

— No, dzieci, podnieść rączki do góry! — robię egzamin. Wybałuszają na mnie swe błękitne, nordyckie ślepki. Ręce podnosi tylko dwoje najstarszych, bo tylko one rozumieją po polsku. Nad łóżkiem ojców niema ani jednego świętego obrazka. Zato wisi tablica „Gott mit uns“, wisi haftowana torba z przyborami do szycia, przyozdobiona innym bogobojnym napisem: od napisów roją się ręczniki. Takich Niemców jest potrochu i w Czubajkach i w Leśniakowiźnie, Chałupach, Mostówce, Po czem ich poznać? Po tem, że zawsze grzecznie powiedzą „dzień dobry“. A w nocy — poznać ich po latarkach elektrycznych.

Express Lubelski i Wołyński
11 grudnia 1934
nr 343

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.