
W okolicy Wołomina, w miejscowościach Ręczaje, Józefin, Mostówka, Nadbiel, a także nieistniejących już Holendrach, aż do czasów II wojny światowej żyły społeczności osadników niemieckich. Dlaczego tu przybyli? Czym się zajmowali? Co im zawdzięczamy? Wreszcie, co się z tymi ludźmi stało? I co nam po nich pozostało?
Nowe Grabie. Gdzieś tutaj, a właściwie bliżej Duczek, na starych mapach, m.in. mapie Nowej Galicji z początków XIX stulecia, zaznaczona jest osada Holendry. Cóż to mogło oznaczać? Mogło oznaczać to, że mieszkali tutaj Menonici, czyli mieszkańcy Niderlandów, którzy wygnani ze swojej ojczyzny z powodów religijnych, nowy dom znaleźli w Polsce. I choć osadnictwo holenderskie kojarzone jest przede wszystkim z Pomorzem, to było również na Mazowszu. Ale wspomniane osadnictwo holenderskie, nazwa Holendry, nie zawsze musi oznaczać osadnictwa mieszkańców pochodzących z Niderlandów. Oznaczało też bowiem Niemców. I rzeczywiście, kiedy nasze okolice, Wołomin i Radzymin, znalazły się w 1795 roku pod zaborem austriackim, a szczególnie od momentu, gdy w 1798 Klucz Ręczajski i okoliczne wioski stały się własnością Zamojskich, sprowadzali oni osadników pochodzenia niemieckiego na te tereny. Osiedlali się tutaj Niemcy całymi rodzinami przez kilkadziesiąt lat. Było ich wielu.
Dlaczego ich tutaj osadzano? Przede wszystkim ze względu na fakt, że mieli kunsztowne umiejętności w zakresie melioracji, w zakresie osuszania podmokłych terenów. A te okolice puszczańskie, leśne były również terenami niezwykle podmokłymi. Ceniono też ich kulturę rolną i z całą pewnością podnieśli oni nasze okoliczne rolnictwo.
Nadbiel to ciekawa miejscowość. Kiedyś, przed II wojną światową, zamieszkana przez samych Niemców. W 1934 roku popularny dziennik ABC pisał w krótkim artykule ze zgrozą: Niemcy z Nadbieli nie potrafią po polsku. I rzeczywiście, krótki tabloidowy artykuł opisuje, jak to podczas procesu sądowego między dwoma mieszkańcami tłumaczem poszkodowanej była dziesięcioletnia córka – tłumaczem na polski, bowiem ta kobieta po polsku nie mówiła. I przez następne miesiące do Nadbieli przybywały wycieczki kolejnych dziennikarzy, nie tylko z Warszawy, ale z całej Polski, po to, by opisać tę niemiecką wyspę na Mazowszu. W artykule 230 dusz niemieckich pod Warszawą autor napisał: Wołomin przedziwnie jest błotnisty. Takich wyrw pełnych kleistej i błotnej mazi nie widziałam ani na Podolu, słynnym z nieprzebytych dróg, ani w jarach sandomierskich. Ta wzmianka o błocie nie jest bez znaczenia. Tłumaczy ona tę dziwną ekskluzywność Nadbieli, rezerwatu niemczyzny. Od momentu krótkiej, tabloidowej wzmianki w dzienniku ABC dziennikarze z całej Polski przyjeżdżali tutaj opisywać naszych Niemców. Cóż się okazało? Lokalni Niemcy mówili po polsku, choć często z silnym akcentem, niepoprawnie. Między sobą natomiast porozumiewali się dialektem niemieckiego, zrozumiałym tylko dla siebie. Tak było w rzeczywistości, że gdy ci Niemcy na początku XIX wieku tutaj przybywali, to kultywowali swoje zwyczaje i rozmawiali w języku właściwym dla swojego regionu pochodzenia. I te zwyczaje przetrwały ponad 100 lat. Ale, co ciekawe, autorzy artykułów podawali także, że ulubioną czapką tutejszych Niemców jest polska, narodowa czapka – rogatywka i druga czapka – maciejówka.
Czym zajmowali się tutejsi Niemcy? Nie tylko melioracją, nie tylko sprawami wodnymi przecież, ale też rolnictwem. I oto przed wojną posiedli oni niezwykłą umiejętność hodowli bardzo smacznego owocu, który to owoc zawdzięczamy właśnie nim. To znaczy sprowadzenie tego owocu na ten teren. Mówimy o truskawce. Smaczna truskawka to krzyżówka dwóch rodzajów poziomki. Europa zna truskawkę od XVIII stulecia. Ale przed wojną polscy chłopi nie hodowali truskawek, hodowali je Niemcy i sprzedawali z wielkim zyskiem na targach w Radzyminie, Wołominie, Okuniewie. Niemcy z powodzeniem uprawiali również mleczarstwo, krawiectwo, podnieśli stan naszej kultury rolnej. A ich życie kulturalne było oparte o zbór, który stał w tamtym miejscu. Dziś nie ma już po nim ani śladu. Był tutaj zbór, szkoła, coś w rodzaju domu kultury. Mieszkał kantor. Przed wojną był nim Rudolf Zimmermann.
Jesteśmy na tym, co pozostało z dawnego cmentarza niemieckiego. Został założony w XIX stuleciu. Może wtedy, gdy ufundowano tu zbór protestancki w 1869 roku?
Jesteśmy w Ręczajach, a podobne cmentarze znajdowały się w nieodległych Józefinie, Mostówce. Mimo, że przyprószył śnieg, możemy tutaj odnaleźć kilkanaście zabytkowych grobów. Ludzie pamiętają, stawiają znicze, ale ten cmentarz wciąż jest zapomniany. Wciąż zagrażają mu drzewa, które porosły od czasów wojny tę okolicę. Dlatego apel ode mnie z tego miejsca, apel o uszanowanie tego cmentarza, apel o wpisanie go do katalogu zabytków i w miarę możliwości odnowienie przy odpowiednich pracach, wcześniejszych pracach archeologicznych. Pamiętanie o takich miejscach świadczy o naszym człowieczeństwie.
Kilkadziesiąt minut błądziliśmy w lesie, ale warto było, udało się. Znaleźliśmy cmentarz ewangelicki w Mostówce. Proszę Państwa, oto wspaniale zachowana płyta grób z lat trzydziestych. Grób należący do rodziny Grunmanów. To byli Polacy wyznania ewangelickiego, pochodzenia niemieckiego. Pamiętajmy o nich. Nie dajmy zginąć, nie dajmy sczeznąć ostatnim miejscom pamięci jak ten zagubiony cmentarz w Mostówce.