Jeśli mnie sklerotyczna pamięć nie myli, to chyba w którejś noweli Ksawerego Pruszyńskiego występuje żołnierz, wspominający z dumą, że jest autorem malowideł na Ścianach kościoła w Tłuszczu. Nie umiałem sprawdzić, jak się zwał i jakie miał losy autor tych aniołów, które zdobiły (a może nadal zdobią?) wnętrze tej niewielkiej Świątyni opodal torów, ale być może uczyni to za mnie ktoś dociekliwy spośród czytelników „Łącznika”? — A nuż postać malarza nie jest wzięta z fantazji literackiej, lecz w istocie jego droga wiodła, przypuśćmy, przez Narvik? A o kościółku tym wspominam dlatego, że znajduje się on blisko innego tłuszczańskiego obiektu, o którym chcę mówić: — kaflarni, fabryczki ceramicznej po wschodniej stronie miasta.

Tradycja ceramiczna zresztą nie zanikła w tym rejonie, gdzie glina od prawieków była wyborna i najpewniej rozsiane wokół wykopaliska archeologiczne, już poznane i jeszcze ziemią okryte, zawierają naczynia właśnie z lokalnego tworzywa. Sam mam w domu efekt pewnej (chybionej) akcji w tej mierze, gdy wąsacz staropolskiego stylu, używał specjalnej filiżanki, aby mu z zarostu podczas picia nie kapało. Oto tu, gdzie człek zbliżą wargi, widniał specjalny mostek z filiżankowej porcelany czy fajansu, na którym opierało się męskie owłosienie, nie dotykając mleka, herbaty czy kawy. Będąc kosmatym – zamarzyłem o czymś takim i najpierw udało mi się namówić na wykonanie próbnych czarek sławną wytwórnię w Ćmielowie, jednakże egzemplarze stamtąd okazały się niewydarzone i pękały nader łatwo. Toteż zaniechano ćmielowskiej produkcji. I wówczas znalazłem wspaniałego garncarza — właśnie w Tłuszczu. Pokazałem mu wzorzec: — popękaną filiżankę niemiecką tego właśnie kształtu, kupioną przez mego Syna kędyś na zagranicznym „pchlim targu”. A jednocześnie wspomniałem rozmowę z dyrektorem stołecznego hotelu Grand, który mi rzekł, że chętnie nabędzie serię takich naczynek, bo wąsy w modzie. I obiecał to samo w imieniu innych hotelarzy. Tak więc pan mistrz garncarski z Tłuszcza mógłby mieć, jak sądziłem, sporą klientelę. No i wykonał kilka sztuk, zaiste doskonałych, lecz cóż, handel w owych latach był tak ociężały i tak rozlazły, że cały nasz projekt diabli wzięli. I tylko ja na tym skorzystałem, pijam do dziś (zwłaszcza roztrzepaniec ze zsiadłego mleka!) z ciemnozielonych, ozdobnych filiżanek ,„wąsaczowych” made in Tłuszcz. A skoro czasy się zmieniły i przedsiębiorczość w cenie, a nuż ktoś od nowa spróbuje podjąć się takiej produkcji w tymże Tłuszczu? Zarost męski nadal popularny, a ochlapać się mlekiem czy barszczem bardzo łatwo! Namawiam do podjęcia inicjatywy.

Tamtą dawną kaflarnię zaś zwiedzałem wiosną 1940 roku, bom wtedy w tych okolicach u wujostwa mieszkał. Zwiedzałem z dwoma kolegami warszawskimi oraz Jurkiem Wesołowskim, synem czcigodnego pana aptekarza, który prowadził swoją placówkę w starym domku przy ulicy, idącej wzdłuż torów, opodal dworca.

Najbardziej spodobało nam się kręcenie garnków na nogą poruszanych kołach, bo wykonywano i te naczynia, acz głównym produktem były solidne, grube kafle do pieców i kuchni. Ciekawostkę stanowił wszakże inny, niż kafle fakt, a mianowicie to, że dyrektor wytwórni, oficer rezerwy, zjawił się nagle z niewoli niemieckiej i objął swe przedwojenne stanowisko. Byliśmy z matką u niego, pytając gorączkowo, czemu zawdzięcza powrót do żony i domu, bo mój ojciec, obrońca Warszawy, także został wzięty za druty. Jednakże szef kaflarni nie wyjaśnił nam niczego, jego odpowiedzi były tyleż mętne, ile skąpe i do dziś nie wiem, czemu przypisać jego zadziwiające zwolnienie.

Do kafli przywożono z glinianek zaiste wspaniałe tworzywo, plastyczne i miękkie, jedwabiście gładkie, a poddawano je długotrwałym uderzeniom specjalnego, olbrzymiego młota mechanicznego, aż stało się idealnie podatne na obrabianie. Małe kostki gliny wysyłano z „młotowego” pomieszczenia wewnętrzną windką do góry, gdzie robotnicy nadawali już bryłom należyty, wymyślny kształt i przekazywali do glazurowania. I to był chyba bystry blondynek, kolega Wesołowski, który nagle wcisnął się na platformę tej windki zamiast kęsów gliny, poczym pojechał wzwyż… Podobno pracownik, który sięgnął, otwierając drzwiczki w ścianie, po transport z dołu, omal nie zemdlał, złapawszy nagle za twarz mego kumpla. W każdym razie krzyki słyszeliśmy na parterze… Ja już tej podróży nie próbowałem. Próbowałem za to lepienia figurynek i dołączenia ich do transportu, jaki wpierw kryto polewą, a potem wysyłano do pieca. Niestety nic nie wyszło z tej rzeźbiarskiej pracy, majster mi wyjaśnił, czemu, ale za trudne było dla mnie zrozumienie zależności między efektem, a grubością obiektu.

Nie znam dalszej historii kaflarni w Tłuszczu. Co z glinianymi cudeńkami — pojęcia nie mam. Coraz rzadziej zresztą stosuje się kafle, niegdyś cenne także jako naczynia, np. do pośladu dla drobiu czy królików, bo to rzecz i solidna, i statyczna. Już zapewne zdunów, piece i kuchnie budujących, mamy coraz mniej, świat się zmienia nieuchronnie. Oby tylko trwali jak najdłużej rzemieślnicy-artyści, do jakich zaliczam nie bez przyczyny garncarzy, choćby takich, jak pan, który mi niefortunne filiżanki wykonał. Jeśli czyta te słowa, ślę pozdrowienia i sugeruję ponownie, by się nie zrażał, ale w nowych warunkach podjął jednak dawną inicjatywę. Wąsacze oraz ich żony, piorące zachlapane ubrania z namaczaniem lub bez, wdzięczni będą ogromnie, a sława ceramiki z Tłuszcza wróci do dawnych rozmiarów.

Łącznik Mazowiecki
1998

 63 odsłon,  1 odsłon dzisiaj

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.