Każdy, kto chociaż raz jeden jechał małą koślawą kolejką w stronę Strugi, Pustelnika czy Radzymina, musiał spostrzec po drodze, przy szerokiej szosie wzdłuż której biegnie tor kolejki, wielki kompleks fabrycznych budynków. To fabryka braci Briggs w Markach. Na solidnym murowanym parkanie są jeszcze słabe ślady napisów w języku rosyjskim.

Dawna świetność

Przed wojną małe towarowe wagoniki mareckiej kolejki dreptały ochoczo po wąskich szynach, wioząc we wnętrzu tysiące, miljony, szpulek pięknych, równych nici. W Warszawie przeładowywano je na prawdziwą kolej i szły dalej do Rosji. Produkcja fabryki wynosiła wówczas 100 tysięcy funtów nici tygodniowo. We wszystkich większych miastach Rosji firma braci Briggs miała albo własne składy, albo bogatych zastępców. Nićmi fabryki z Marek szyto w chatach na Ukrainie, w tajdze syberyjskiej i na wybrzeżach Oceanu Lodowatego. Wszędzie wisiały reklamy firmy, utrzymane w starodawnym stylu, przedstawiające młodą hożą dziewczynę o kraśnych rumieńcach, trzymającą w ręku szpulkę firmowych nici braci Briggs, pisanych alfabetem rosyjskim z twardym znakiem na końcu.

Zamarła fabryka

Chcę zobaczyć ruiny dawnej świetności, obejrzeć fabrykę zniszczoną przez wojnę. Wchodzę do portjerni, przez którą przed laty przechodziło codziennie przeszło trzy tysiące robotników. Otwieram drzwi zamknięte na zwykłą klamkę. Nie wita mnie nikt, jest pusto. Cyka tylko duży zegar i patrzy czystą, białą tarczą. Wchodzę po schodach na pierwsze piętro, kierując się tabliczką wskazującą drogę do siedziby zarządu. Przechodzę przez mały pokój, skąd widzę olbrzymią salę biurek, pulpitów, szereg półek, na których stoją różne akta i segregatory. Jest czysto, schludnie, jasno. Wygląda tak, jakgdyby przed chwilą odeszli stąd na krótką przerwę liczni urzędnicy i mieli zaraz powrócić. Słyszę zresztą ludzkie głosy, które rozlegają się głucho w pustej przestrzeni. Idę za niemi i wchodzę do biurowego pokoju, gdzie wita mnie dyrektor — zarządzający fabryką. Pytam o właścicieli. Owszem, właściciel jest w przyległym pokoju. Mogę go widzieć, tylko że mówi niezbyt dobrze po polsku.

Wchodzimy razem. Widzę przed sobą starszego pana o typowym anglosaskim wyglądzie i ubiorze. Mówi do mnie najczystszym językiem z Oxfordu. Pan Briggs?— John, Edward, albo syn którego z nich? Nie. Panowie John i Edward Briggs, założyciele fabryki umarli i nie pozostawili po sobie potomków. Obecny właściciel jest ich siostrzeńcem. Nazywa się Mr. Charles Whitehead. Odzie dziczył po nich olbrzymi niegdyś majątek. Jest zresztą dzisiaj obywatelem polskim, gdyż podobnie jak jego wujowie musiał przed wojną przyjąć poddaństwo rosyjskie. O majątku fabryki może świadczyć fakt, iż wskutek rewolucji bolszewickiej firma doznała strat 16 miljonów rubli, umieszczonych w rosyjskich bankach, we własnych składach i domach, które znacjonalizowano.

Można ruszyć choćby jutro…

Pan Whitehead bierze wielki pęk kluczy. Schodzimy na dół. Jesteśmy na ogromnem fabrycznem podwórzu. Uderza mnie przedewszystkiem niezwykła czystość i porządek. Wchodzimy do głównego gmachu. Szerokie, wygodne żelazne schody prowadzą, na pierwsze piętro, gdzie mieszczą się olbrzymie fabryczne sale. Przechodzimy przez jedną, drugą, idziemy na dalsze piętra. I tu przyznam ogarnia mnie zdumienie. Zamiast ruiny, nieładu, kurzu widzę czyste widne sale z warsztatami przędzalniczemi, gotowemi do pracy. Na olbrzymich kołach wiszą nowe pasy, wrzeciona skrzą się od czystości, najdrobniejsze kółka skomplikowanych maszyn są naoliwione. Według słów p. Whitehead jutro przy tych wszystkich warsztatach mogą stanąć robotnicy, zafurkoczą maszyny i będą snuć cieniutką nić przędzy.

Prowadzi mnie na parter, do olbrzymiej hali. Leżą tam maszyny nieużytki. Ofiary wielkiej wojny. Niektóre z nich wyglądają, jakgdyby miały powyrywane wnętrzności, inne — powybijane zęby. Dla małego kawałka mosiądzu niszczono je bezlitośnie. Podobnie zresztą wyglądały i te, które przed chwilą widziałem na górze, stojące w równych rzędach, jak oddział wyborowego wojska, gotowy do wymarszu. Pan Charles Whitehead opowiada mi o olbrzymich paroletnich wysiłkach doprowadzenia zrujnowanej fabryki do dzisiejszego stanu. W remont włożono wielkie sumy. Pochłonęło to oszczędności, kapitały, które dzisiaj leżą nieprodukcyjnie w martwych maszynach. Doprowadzono fabrykę do takiego stanu technicznego, w jakim nie była nigdy, nawet w swoich najlepszych czasach. Oglądam wspaniałe urządzenia przeciwpożarowe, sygnały alarmowe, hydranty z wodą, umyślnie szeroko budowane żelazne schody. Porównuję to z wyglądem fabryk łódzkich, a specjalnie małych fabryczek, prawdziwych klatek, bez dostępu powietrza, ciemnych, dusznych. Spoglądam na okna. Nie brak w nich ani jednej szybki. Wspominam warsztaty łódzkie, w których nie pracuje się od roku z ich powybijanemi szybami, rdzą na częściach maszyn, nieporządkiem i brudem.

Turbina-olbrzym

Przechodzimy wreszcie do serca fabryki— olbrzymiej turbiny o 1500 kilowatów. Zakupiono ją niedawno przed wojną. Urządzono wspaniałą, kotłownię, przy obsłudze której potrzeba tylko paru robotników. Podobną kotłownię oglądałem po drugiej stronie oceanu w Jersey City, w największej pralni amerykańskiej, będącej własnością polskiej rodziny Siemińskich. Tam pokazywał mi to inżynier Polak, obywatel amerykański. Tutaj w Markach pod Warszawą pokazuje mi p. Whitehead, anglik, obywatel polski. Ta olbrzymia turbina jest siłą fabryki, ale i jej słabością. Zakupiona przed wojną miała stać się najważniejszym krokiem do racjonalizacji |produkcji. Zamierzano wówczas jeszcze rozbudować fabrykę, sprowadzić nowe maszyny. Turbina miała produkować prąd dla wielu motorów. Nie myślano tylko o jednem — o ewentualnej konieczności zmniejszenia produkcji.

Rozmawiam z właścicielem fabryki na temat obecnej sytuacji w przemyśle tkackim, o możliwości uruchomienia przędzalni, o licznej i nieuczciwej konkurencji. Pytam dlaczego fabryka nie może ruszyć. Brak jej kapitału obrotowego. Włożono wszystko w remont, w doprowadzenie do porządku zniszczonych maszyn. Pan Whitehead nie boi się konkurencji. Mógłby jutro ruszyć fabrykę, miałby wiele zamówień. Brak tylko niezbędnej krwi obiegowej — kapitału obrotowego. I to nawet nie jest ostateczną przeszkodą. Istnieje inny sposób umożliwiający puszczenie fabryki w ruch, dostarczenie pracy robotnikom w Markach, mieszkającym w 38 domach fabrycznych i niepłacących komornego. Gdyby można było dostarczyć pracy olbrzymiej turbinie, gdyby można produkcyjnie zużytkować prąd, jaki ona wytwarza — zadanie byłoby rozwiązane w znacznej mierze. Pan Whitehead mówi o swoich planach na przyszłość. Gdyby mógł dostarczać prąd elektryczny na okolice Marek, małym miasteczkom i gminom — opłacałoby mu się puścić turbinę w ruch i zacząć pracę na niewielkiej ilości warsztatów przędzalniczych bez straty. Dałoby to na początek zatrudnienie paruset robotnikom.

Wracamy do biura zarządu. Jeszcze raz mijamy wielkie podwórze przechodzimy koło małej rzeczki. W głębi ogrodu widać pałacyk, w którym mieszka staruszka, siostra Johna i Edwarda Briggsów i dom p. Whitehead. Rozmawiamy ciągle o losach fabryki, o jej możliwościach. O swoich troskach mówi obecny właściciel z pogodą, z uśmiechem, bez cienia goryczy, jak dobry sportsmen mówi o swojej porażce. Kiedy rzucamy ostatnie jeszcze spojrzenie na mury wielkiego gmachu, widzę w szarych oczach p. Whitehead lekką mgłę rozczulenia, jak u kogoś, kto patrzy na kochane dzieło, nad którem pracował wiele lat.

Czy Marki mogą być uruchomione?

Najciekawsze w tem wszystkiem jest, że to wszystko jest prawda. Pytałem się fachowców, sprawdzałem. O 8 kilometrów od granic miasta stoi fabryka, która jutro może być puszczona w ruch i która może pracować na zdrowych podstawach gospodarczych. Pan Whitehead nie jest ani fantastą, ani dziwakiem. Jest przemysłowcem, zdrowo i normalnie kalkulującym. Zniszczono mu fabrykę. Pracował nad jej odbudowaniem kilkanaście lat. Doprowadził ją do stanu normalnego. Jest paradoksem gospodarczym, jakich zresztą spotyka się dzisiaj wiele, iż ta fabryka nie pracuje, że obok jest osiedle, którego mieszkańcy żyją z pomocy społecznej i kradzieży. Prawdą jest także i to, że istnieją możliwości uruchomienia wielkiej turbiny i że możnaby w planie elektryfikacyjnym całego kraju, który obecnie jest w opracowaniu, uwzględnić istnienie jej w Markach.

Prawdą jest także, że martwe, niepotrzebne osiedle, ciężar dla władz samorządowych, zmora ludności okolicznej, może jeszcze kiedyś być włączone w gospodarcze życie kraju, może produkować. Kto wie, może w pustej portjerni rozlegnie się tupot licznych robotniczych nóg, może urzędnicy zasiądą przy pustych staromodnych biurkach, może zagwiżdże fabryczna syrena, przy warsztatach staną robotnicy, a mała kolejka będzie wozić szpulki równiutkich nici.

Kto wie, może jak w pogodnej powieści, jak w filmie — biedne Marki znajdą swój happy end.

E. Paciorkowski

Kurjer Poranny
R. 58, 1934, no 93

 78 odsłon,  2 odsłon dzisiaj

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.