historia terenów powiatu wołomińskiego

w dokumentach i wspomnieniach

Dawny dwór „Nowawieś” obecnie.
przed I Wojną Światową Wołomin wspomnienia XIX wiek życiorysy

Kacprzakowie – opowieść o zwyczajnej rodzinie (I)
0 (0)

W moim domu zawsze było pudło ze zdjęciami. Już jako dziecko regularnie przeglądałam znajdujące się tam fotografie. Na tych nowszych rozpoznawałam moją mamę i nie mogłam się nadziwić, dlaczego teraz nie jest tak śliczna i uśmiechnięta, jak na tamtych zdjęciach. Na tych dużo starszych, w dziwnym kolorze (później dopiero dowiedziałam się, że to sepia), były postacie w niemodnych strojach, sztucznie upozowane, z dziwnymi minami. Pamiętam, że pytałam babcię, kto jest na tych zdjęciach; pamiętam, że odpowiadała i czasem dokładała jakąś historię o osobie na zdjęciu, ale niewiele z tego niestety zapamiętałam. Nie przyszło mi nigdy do głowy, aby spisać te historie albo chociaż podpisać zdjęcia… Z czasem do pudła były dokładane moje zdjęcia: w szkole, od komunii, z koleżankami. Potem nastały czasy kolorowych fotografii i wkładanie ich do albumów, a jeszcze później czasy fotografii cyfrowych.

Zaczęło się od starych zdjęć

Chciałbym w szczególny sposób podziękować dwóm osobom bez których pomocy ten artykuł by nie powstał: Norbertowi Dziwińskiemu, lic. historii, który poświęcił swój czas na przejrzenie ksiąg hipotecznych w Archiwum Państwowym w Warszawie, oddział w Otwocku, oraz ks. lic. mgr. Arkadiuszowi S. Rakoczemu, który służył zarówno swoją wiedzą, jak i bogatymi zbiorami z zakresu historii. Obu Panom należą się również podziękowania za pomoc w redakcji i nadania ostatecznego kształtu niniejszego artykułu.

Pudło ze starymi czarno-białymi zdjęciami przetrwało do dziś. Kiedy postanowiłam (trochę pod wpływem panującej mody) spisać historię rodziny, stare zdjęcia z pudła stały się dla mnie skarbnicą wiedzy. Z pomocą starszych ode mnie kuzynek udało mi się rozpoznać większość postaci ze zdjęć. Trwało to miesiącami. Bywało, że wiedziałam, że dana osoba na zdjęciu musi być kimś z rodziny, kogoś mi przypominała… Przez wiele tygodni nie mogłam sobie uprzytomnić, kogo… I nagle olśnienie! Przecież to musi być ta właśnie osoba! Oczywiście, powinnam zająć się historią rodziny dawno temu, kiedy żyli jeszcze ludzie z pokolenia moich dziadków czy choćby moich rodziców. Mogłabym ich zapytać o wiele spraw, pomogliby mi rozpoznać postacie ze zdjęć. Ale, choć idea stworzenia albumu rodzinnego chodziła mi po głowie przez wiele lat, dopiero teraz zaczęłam ją urzeczywistniać.

Babcia Stefania

Osobą, która zapoczątkowała historię rodzinną, jest moja babcia Stefania Dąbrowska z d. Kacprzak. Od niej wszystko się zaczęło i to ją najbardziej chciałam uhonorować, ocalić od zapomnienia. Babcia urodziła się w 1918 r. – zatem od jej urodzin minęło w ubiegłym roku 100 lat. Opiekowała się mną, właściwie mnie wychowywała, bo oboje rodzice pracowali. Była moją ukochaną babcią – „babciuleńką”. Pamiętam, że gdy byłam już starsza, miałam wyrzuty sumienia, że kocham ją bardziej niż mamę i tatę. Zmarła w 1982 r, gdy byłam dorosła, skończyłam studia. Uznała, że już dam sobie radę bez niej. Długo nie mogłam pogodzić się z jej odejściem, a właściwie brakuje mi jej do dziś.

Pochodziła z pokolenia, które robiło znak krzyża na chlebie, zanim zaczęło się go kroić. Nauczyła mnie szacunku do jedzenia. Tak jak ona staram się nie wyrzucać jedzenia – po prostu wiem, że nie należy tego robić. Gdy byłam mała i wyjadałam z kromki chleba miękki środek, a zostawiałam skórki, opowiadała historię o tym, jak rodzina była na wysiedleniu i brakowało jedzenia. Kapryśne córki znajomego lekarza, które przed wojną potrafiły rzucać bułeczkami o podłogę, gdy te nie były dość świeże – tam, na wysiedleniu w Błoniu, wyjadały skórki od chleba rzucane do jedzenia zwierzętom. To ona zaprowadziła mnie jako małą dziewczynkę po raz pierwszy do kościoła i wyjaśniła, po co tam się chodzi. Pięknie haftowała – zostały po niej serwetki, makatki, poszewki na poduszki wyszywane w kolorowe kwiatowe wzory – teraz znów modne. Uwielbiała gotować i piec ciasta. Zachował się zeszyt z przepisami kulinarnymi pisanymi jej ręką. Babcia miała duży szacunek dla rodziny, z której się wywodziła – Kacprzaków. Często powtarzała, że „Kacprzaki to dobre chłopaki”, mając na myśli, że mężczyźni z rodziny Kacprzaków są dobrymi mężami, ojcami, potrafią ciężko pracować i zadbać o dom. Czułam, że jest dumna, iż wywodzi się z tej rodziny. Dlatego to dzieje rodziny Kacprzaków postanowiłam zbadać, choć ani babcia, ani moja mama już tak się nie nazywały.

Pradziadkowie Julia i Stanisław

Rodzicami mojej babci – Stefanii Dąbrowskiej z d. Kacprzak – byli Julia z d. Piwko i Stanisław Kacprzak. Pamiętam babcię Stefanię często wspominającą swoją matkę Julię, ale bardzo rzadko swojego ojca Stanisława. Stanisław zmarł, gdy Stefania miała 12 lat. O swoim ojcu potrafiła jedynie powiedzieć, że był surowy dla swoich dzieci, zwłaszcza dla córek i że odczuwała przed nim duży respekt.

Babcia Stefania miała ośmioro rodzeństwa – czterech braci: Aleksandra, Jana, Feliksa, Stefana i cztery siostry: Władysławę, Stanisławę, Genowefę i Zofię. To ich historię staram się odtworzyć.

Moja prababcia – Julia Kacprzak z d. Piwko – urodziła się w marcu 1878 r., a zmarła w listopadzie 1960 r. Przeżyła ponad 81 lat. Kiedy zmarła, ja miałam prawie 2 lata. Nie pamiętam jej, ale wiem z przekazów rodzinnych, że przybiegała do domu swej córki Stefanii, żeby pobawić prawnuczkę, czyli mnie. Przez całe życie była bardzo aktywna, po śmierci męża Stanisława stała się ostoją rodziny. Nigdy nie osiwiała; pamiętam z dzieciństwa, jak moja babcia Stefania (wówczas niewiele ponad 50-letnia) ubolewała, że jest zupełnie siwa, a jej matka do samej śmierci nie miała ani jednego siwego włosa. Pod koniec życia była już taką „zasuszoną staruszką”, ale jeszcze ciągle bardzo żywotną. Żyłaby dłużej, gdyby nie to, że przewróciła się i złamała rękę. Twierdziła, że jest za stara, żeby chodzić po lekarzach, a złamanie, które według niej wcale nie było złamaniem, samo się zagoi. Niestety wdało się zakażenie i kiedy w końcu wezwano do Julii lekarza, było już za późno. Chociaż jej właściwie nie znałam, czuję więź łączącą mnie z nią, mam nawet wrażenie, że na niektórych fotografiach jestem do niej podobna…

Julia ze swoją córką Stefanią (moją babcią), rok 1935. Julia ma 57 lat, włosy bez śladu siwizny.

W niektórych dokumentach – zwłaszcza tych pisanych po rosyjsku, czyli aktach urodzenia i ślubu – figuruje jako Julianna. Natomiast w akcie zgonu zapisano: Julia. No i we wszystkich przekazach rodzinnych zawsze była Julią, nigdy Julianną.

Andrzej Piwko – ojciec Julii urodził się 23 listopada 1844 r. w Lipinach. W księdze chrztu jego imię zapisano jako Jędrzej (w późniejszych aktach, np. ślubu, występuje już jako Andrzej). Jego ojcem był Jakub Piwko, a matką Kunegunda z Radomskich. W akcie małżeństwa Jakuba Piwko i Kunegundy Radomskiej można przeczytać, że zarówno Jakub, jak i jego ojciec – Jan Piwko – byli gospodarzami, urodzili się i mieszkali w Lipinach. Andrzej Piwko wziął ślub z matką Julii – Urszulą Gajewską – 20 lutego 1870 r. Z atu ślubu zapisanego w księdze metrykalnej parafii Kobyłka (Kobełka – jak jest dosłownie zapisane w księgach) wynika, iż był wówczas utrzymującym się ze służby 25-letnim młodzieńcem. Jego ojciec już nie żył. Jakub Piwko, ojciec Andrzeja, zmarł w 1855 r w wieku lat 40-tu – kiedy Andrzej miał 11 lat.

Urszula Gajewska – 20-letnia panna, córka Piotra Gajewskiego i Julianny z Walesiaków urodziła się i mieszkała w Lipinach. Julia była ich trzecim z kolei dzieckiem (wcześniej urodzili im się dwaj synowie: Franciszek i Feliks). Przyszła na świat w 1878 r. Jak wynika z aktu chrztu Julii, jej ojciec Andrzej Piwko był wówczas włościaninem w Nowej Wsi („Nowawieś”, jak wówczas pisano). Określenie „włościanin” (po rosyjsku: „ziemliedieliec” oznaczało wówczas tyle co „rolnik”, „gospodarz”, „uprawiający ziemię”). W przekazach rodzinnych przetrwało, iż Andrzej Piwko pracował dla hrabiego mieszkającego we dworze Nowa Wieś, a nawet był rządcą w tym majątku. Być może jest to prawda, ale żadnego potwierdzenia tego faktu w dokumentach nie znalazłam. Dwór w Nowej Wsi zachował się do czasów dzisiejszych. Znajduje się na obecnej ulicy Łukasiewicza.

Moi pra-pradziadkowie, Andrzej Piwko i jego żona Urszula, mieli – oprócz dwóch pierwszych synów i Julii – jeszcze trzy córki: Mariannę : ur. w 1881 r. (później znaną jako Maria, po mężu Krzyżanowska, Marcjannę (tak – to nie pomyłka: dwie kolejne córki nazwane prawie tak samo) ur. w 1884 r – po mężu Gajcy i Zofię ur. w 1887 r, po mężu Lis (zwaną w rodzinie Liską).

Dawny dwór „Nowawieś” obecnie.
Dawny dwór „Nowawieś” obecnie.

O matce Julii mówiło się, że była słabego zdrowia. Urszula Piwko zmarła 3 grudnia 1887 r. – dzień po urodzeniu ostatniej córki Zofii – w wieku 38 lat. Julia miała wówczas 9 lat, Maria 6 lat, a Marcjanna 3 latka; synowie Franciszek i Feliks odpowiednio 15 i 13 lat. Andrzej Piwko w następnym roku ożenił się powtórnie, z Anną Sergel. Anna Sergel z d. Czarnecka była wdową. Z drugą żoną miał prawdopodobnie jeszcze jedną córkę. Anna była matką dla wszystkich dzieci Andrzeja.

Kapliczka pra-pradziadka Andrzeja

Kapliczka Andrzeja Piwki.
Kapliczka Andrzeja Piwki.

Pod koniec XIX w. Andrzej Piwko, mieszkający z rodziną w Nowej Wsi, stał się właścicielem działki w obrębie wsi Lipiny. Ziemia miała być przeznaczona na posag dla córek. Był to obszar ok. 4 ha za ulicą Reja do ul. Sikorskiego; od północy przylegający do ul. Długiej, a od południa do dzisiejszej ul. Lipińskiej. Zanim jednak ziemia stała się własnością córek, Andrzej Piwko postawił na swojej działce – czy też, jak mówiono wówczas, parceli – domy letniskowe, które wynajmowali od niego bogaci Żydzi rozwijający interesy w Wołominie. Domy te były drewniane i ok. 1902 r. spłonęły (mówiło się nawet, że zostały celowo podpalone). Andrzej Piwko, który ubezpieczył domy i uzyskał dzięki temu odszkodowanie, odbudował je – tym razem murowane.

W 1903 r. postawił na parceli od strony ul. Długiej kapliczkę w intencji ochrony posesji przed pożarem. Kapliczka w bardzo dobrym stanie stoi do dzisiaj. Jest jedną z najstarszych kapliczek w Wołominie.

Ostatecznie właścicielem ziemi stała się Maria, młodsza siostra Julii i jej mąż Jan Krzyżanowski, który spłacił pozostałe siostry swojej żony. Julia, po ślubie ze Stanisławem Kacprzakiem mieszkająca „po sąsiedzku” (po drugiej stronie obecnej ulicy Reja), była przez całe życie zaprzyjaźniona ze swoją siostrą Marią. Córka Marii – Janina – cioteczna siostra mojej babci Stefanii, była moją chrzestną matką; mam po niej drugie imię Janina. Kiedy została moją chrzestną, była już mocno po czterdziestce i pamiętam, że jak podrosłam, zawsze bałam się swojej matki chrzestnej – „starszej pani”. Ale w młodości była bardzo ładna, o delikatnych, regularnych rysach twarzy i miłym uśmiechu.

Rocznik Wołomiński
tom XV, 2019
Mariola Roztocka

 443 odsłon,  2 odsłon dzisiaj

Oceń ten tekst
[Total: 0 Average: 0]

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.