Wspinalnia OSP w Wołominie
Zewsząd dochodzą skargi na nieczynność władz miejskich, zewsząd utyskiwania na śpiączkę, którą są ogarnięte. Są jednak pewne chwalebne wyjątki, dowodzące, że nie jest znowu tak źle, jakby się zdawało. Do wyjątków tych należy starożytny gród Wołomin, a właściwie Jego Magnificencja Pan Burmistrz wołomiński. Znakomity ten mąż po stanowił uwiecznić się w pamięci wołominian, zapragnął, by okres je go zasiadania na stolcu magistrackim stał się epoką w dziejach miasta, — i dopiął celu. Można być pewnym, że za wiele, wiele lat prawnuki obecnie żyjących wołominian mówić będą: — Działo się to wtedy, kiedy burmistrz opieczętował wieżę strażacką.
Takiego bowiem bohaterskiego czynu dokonał szanowny tata miasta Wołomina. Miejscowa straż pożarna ochotnicza, długo i skrzętnie ciułając grosze, zdobyła się wreszcie na wybudowanie na własnym placu t. zw. wspinalni, służącej do ćwiczeń strażackich. Kiedy już wieżę wyciągnięto pod dach, kiedy już powiała na niej wiecha, obwieszczająca koniec robót ciesielskich, kiedy już cieśle, zajęci przy budowie, urżnęli się nawet z racji jej ukończenia, wtedy nagle ocknął się w panu burmistrzu duch czynu — Zdaje się wam, że macie wspinalnię? Figa z makiem! — pomyślał p. burmistrz i oto na jego interwencję wspinalnię opieczętowano, choć na jej budowę magistrat wydał pozwolenie. Wiadomo: często się zdarza tak, że ktoś złotem pisze, a czem innem zgoła pieczętuje…
Jakaż jednak była pobudka wiekopomnego czynu p. burmistrza? Tej trzeba szukać w chudej kieszeni magistrackiej, którą p. burmistrz postanowił napełnić kosztem straży pożarnej. Chodzi o to, że plac, stanowiący własność straży, jest jedynym, na którym mogą się odbywać targi tygodniowe, które się tam też przez pewien czas odbywały. Magistrat pobierał od furmanek odpowiednią opłatę, dzielił się nią ze strażą i wszystko było w porządku. Obecnie magistrat dzielić się nie chce, wobec czego straż zamknęła wstęp na plac. P. burmistrz podniósł rzuconą mu rękawicę i wieżę opieczętował, odpowiadając na słuszne żądania straży czynem conajmniej niezrozumiałym.
W związku z tem targi tygodniowe odbywają się na ulicach, ludzie tłoczą się między wozami, końmi, bydłem, przyczem o wypadek nietrudno. Nie wzrusza to jednak p. burmistrza. Chodzi dumny, spoglądając na własne dzieło: opieczętowaną wspinalnie strażacką.
Kurjer Czerwony
R. 4, 1925, nr 227