Zofia Nałkowska, rok 1935
Latem r. 1930 poprosiła mnie Nałkowska o przewiezienie autem pod Wołomin, do Górek, czyli do „Domu nad łąkami”, swej starej charcicy, która była już łysa, chora na jakieś liszaje i której nie chciano w związku z tym przewieźć wąskotorówką, kursującą na tej linii. Nie pamiętam, czy była to Diana czy Kora, w każdym razie pochodziła z rodu tych długonogich, smukłych i gibkich stworzeń, które ich pani opisywała bardzo pięknie i „szanowała za ich charakter”, a jej siostra, Hanka, rzeźbiła z upodobaniem. Wyprosiłam u ojca auto i już nazajutrz nasz ciężki, wielki, otwarty Chrysler 75 zatrąbił pod domem przy Marszałkowskiej 4. Pani Zofia spłynęła do auta w lekkiej sukni, z charcicą na smyczy i zasiadła na wyściełanym siedzeniu z wdziękiem wielkiej damy. Auto pomknęło w stronę Pragi i tu dopiero padło rzeczowe pytanie szofera: „Którędy jechać dalej?”.
Nałkowska spłoszyła się i otworzyła szeroko zdziwione niebieskie oczy. Jak jechać? Tego nie wiedziała, o tym nawet nie pomyślała. Mapa automobilowa, marszruta — nie, to były dla niej sprawy niepojęte. Górki leżały pod Wołominem, jakoś ją tam zawsze dowożono. Więc i tym razem radziła jechać przed siebie, na wyczucie.
Po latach muszę stwierdzić ze smutkiem, że stan dróg na prawym brzegu Wisły w roku 1930 był okropny. Po półgodzinnej zaledwie jeździe wpakowaliśmy się ciężkim wozem w jakieś zaspy piachu, z których ani rusz nie można było wybrnąć. Mrukliwy nasz szofer, Banaś, zorganizował wreszcie, po długich staraniach, pomoc, konie i linki i tak wywleczono nas w końcu wśród przekleństw i pohukiwań na twardy grunt. Ale wtedy szofer oświadczył, że nie pojedzie dalej, nie będzie się tłukł po wertepach, narażał na szwank cennej maszyny. Wraca do miasta.
Błagałyśmy groźnego Banasia, poniżając się okropnie. Nie dał się namówić ani przekupić. Czy miałyśmy wracać jak niepyszne wraz z nim? Cofać się w pół drogi? Pani Zofia dała się ponieść lekkomyślnej fantazji. Postanowiła jechać dalej jak się da. Banaś nacisnął starter, błyszcząca, wielka maszyna znikła w tumanach kurzu, a my przesiadłyśmy się na prymitywny wóz, który jechał tamtędy do Wołomina. Na wozie była wielka beczka z karbolineum, wór gwoździ i my dwie z łysą suką, skulone na trzęsących się deskach.
Tę przykrą sytuację starałyśmy się jakoś przetrwać z humorem. Ale gdyśmy się tak kołatały powolnym truchtem po wybojach, dopędziło nas i wyminęło inne wspaniałe, otwarte auto. W pierwszej chwili myślałam, że to nasz Banaś wraca, skruszony. Ale nie. Dziwnym i złośliwym zbiegiem okoliczności był to rozwiedziony mąż pani Zofii, płk. Jur Gorzechowski, rozparty dumnie na poduszkach. Nie zatrzymał się na nasz widok, nie zaofiarował pomocy, popędził dalej w wyniosłej pozie.
Poznałam wtedy Nałkowską. Doprawdy okazała w tej przykrej, kłopotliwej sytuacji opanowanie, pogodę ducha i wdzięk. Śmiała się. Śmiała się na tym roztrzęsionym wozie, zakurzona, poniżona, pod beczką z karbolineum, z łysą, sparszywiałą suką w objęciach — ona „królowa polska”, znana pisarka, wielka dama.
Dotarłyśmy w końcu do Górek. Pani Anna Nałkowska postawiła przed nami kopiate talerze makaronu z bitą śmietaną i czarnymi jagodami, Chodziłyśmy po suchych, zasypanych igliwiem zboczach, ponad mokrymi łąkami, wśród sosen, w miejscu, gdzie upłynęło szczęśliwe dzieciństwo Zofii Nałkowskiej, a stara charcica, podniecona zapachem domu i tchnieniem swobody, a i skakała dokoła nas poszczekując radośnie.
Rozstając się wieczorem z panią Zofią na małej stacyjce, w chłodzie i zapachu igieł sosnowych, zdawałam sobie sprawę, że mój stosunek do Nałkowskiej przebył krytyczną próbę. I potem już rzeczywiście nie miałam ochoty na to, aby gubić nabyte uczucia i wzruszenia w zamęcie światowego, reprezentacyjnego życia, w którym taką rolę odgrywała Nałkowska i które ją tak absorbowało.
Mało miałam także sposobności do tego wspólnego siedzenia „pod beczką z karbolineum’, jak to określiłyśmy żartobliwie naszym własnym terminem.
W okresie wojennym, który przebyłam głównie poza Warszawą, ominęło mnie wiele tego rodzaju sposobności. Był to przecież czas, gdy wszyscy siadywaliśmy wciąż pod takimi „beczkami, a Nałkowska sprzedawała papierosy i ziębła w zagraconych, nieopalanych pokoikach.
Hanna Mortkowicz Olczakowa
Twórczość
nr 8, sierpień 1958
fragment artykułu