Halina Ostrowska
W czasie działań wojennych nie ma nic trwałego i pewnego. Sytuacja może się w każdej chwili zmienić na gorsze albo na lepsze, ale to drugie dzieje się niezmiernie rzadko. Już się człowiekowi wydaje, że jest we własnym mieszkaniu, że ma koło siebie znajome sprzęty, aż tu nagle wszystko się obraca tak, że zostajesz tylko z tym co masz na sobie i w nędznej torbie, i to jest cały twój „majątek”, a o tym, co miałaś musisz raz na zawsze zapomnieć!
Tak też się stało w Zielonce w końcu sierpnia 1944 roku. Bolszewicy podeszli nieco bliżej, Niemcy umacniali się na morenowych wzgórzach Zielonki. Były w sierpniu noce, kiedy zjawiały się radzieckie czołgi, ale rano znów byli Niemcy. 10 sierpnia przyszła w lasy zielonkowskie doborowa armia niemiecka Hermana Goeringa. Wtedy stało się jasne, że będzie gorąco. Obie z Mamą wróciłyśmy do naszego mieszkania, a raczej do naszej piwnicy, bo te nocne przepychanki między dwiema armiami nie odbywały się bez bitwy, bezpieczniej więc było w piwnicy. W dzień wychodziłam do naszego mieszkania i porządkowałam je, odkurzałam, zmywałam brudne i zakurzone naczynia, ustawiałam je na półkach, gdzie zawsze miały swoje miejsce. Robiłam to, wiedząc, że ta praca nie ma najmniejszego sensu, bo w każdym momencie wszystko mogło być zniszczone. Bomba, pocisk, a nawet odłamek mógł zniweczyć moją pracę. Po tylu miesiącach tułaczki i ucieczek ta praca, mimo swojej bezsensowności, dawała ukojenie nerwom, dawała pozory normalności, która tak bardzo była mi wtedy potrzebna.
Któregoś dnia wpadli Niemcy i zgarnęli wszystkich młodych i silnych do kopania okopów na froncie, zgarnęli i mnie, i pognali wszystkich do tartaku. Tu usiadłam na jakiejś belce i rozpłakałam się jak małe dziecko, myśląc: „Wylazłam z łap Gestapo, a teraz mam zginąć na froncie?” Po kilku godzinach przyszedł żołnierz i kazał mi iść do bramy, gdzie oddał mnie zdumioną w ręce Matki. Jak się okazało, dostał za tę przysługę litr spirytusu. Tyle było warte w tych czasach życie ludzkie.
Od początku września zaczęły chodzić „słuchy”, że nas wyrzucą z Zielonki, bo tu będzie walna bitwa. W ośmiu mieszkaniach naszego domu były same kobiety z dziećmi w różnym wieku. Moja Mama była jedną z najstarszych kobiet, osobą bardzo mądrą i dobrze zorganizowaną. Wszystkie przychodziły do niej po radę. Czekało nas opuszczenie naszych mieszkań, nadchodziła jesień i zima. Co zabrać ze sobą, jak się spakować, jak uchronić małe dzieci, aby nie doznały uszczerbku na zdrowiu w czasie tułaczki, jaka nas czekała? Mama stworzyła trzyosobowy „komitet”, który zarządził, że każda z kobiet ma przygotować rzeczy do zabrania, które ona potem obejrzy w towarzystwie „komitetu”. Trzeba było przecież sprawdzić, co zostało przygotowane i powiedzieć, co jest konieczne, a co nie. To, co zastały w tych mieszkaniach zjeżyło im włosy na głowie. W rzeczach do zabrania były np. firanki (bo nowe), a nie było swetrów i ciepłych butów dla dzieci. Na szczęście Mama miała taki autorytet u tych kobiet, że poddały się dyktatowi i posłusznie pakowały to, co było naprawdę potrzebne. Drugim problemem było niesienie tych tobołków. Było nas w domu trzy dziewczyny-nastolatki, podjęłyśmy się reperacji starych rowerów i wózków, jako środków transportu.
4 września wyrzucono nas z domów i kazano iść na Pragę do kościoła św. Floriana. Ze wszystkich stron Zielonki szły w kierunku Ząbek i Pragi szeregi ludzi, starców, kobiet z dziećmi. Wszyscy smutni, zapłakani, opuszczali swoje miejsca na ziemi, w których wyrośli i w które wrośli. Teraz nie z własnej woli musieli wyrwać te korzenie, które często trzymały ich przy życiu. Były też obrazy śmieszne – mały, trzyletni chłopczyk trzymał się wózka wypełnionego dobytkiem, a pod pachą dźwigał stołek o trzech nogach (bo czwartej nie było) i Plastusiowy Pamiętnik − swoje dwie ukochane rzeczy.
Pierwszą noc tułaczki spędziłyśmy w jakiejś szopie w Ząbkach.
Następnego dnia marsz od szóstej rano. Kolumna ludzi szła ulicą Radzymińską, wzdłuż kolumny jeździły patrole niemieckie na motocyklach. Od Radzymińskiej w lewą stronę pod kątem ostrym odchodziła ulica Wołomińska i to był nasz cel. Odczekałyśmy zwalniając, aż przejedzie patrol i odbiłyśmy od kolumny wchodząc spokojnym krokiem w Wołomińską. Nikt z obstawy tego nie zauważył, prowadziłyśmy wolno rower obciążony naszym dobytkiem. Wołomińska, mała uliczka, kończy się na ulicy Folwarcznej, akurat na bramie domu, gdzie mieszkał Edward, brat Mamy, z żoną. Weszłyśmy w bramę witane przez znanego nam dozorcę. Wujostwa nie było w domu, oboje pracowali w Monopolu Spirytusowym i tam byli skoszarowani. Dozorca z żoną poczęstowali nas zupą i pozwolili umyć się w ich łazience, posłali też syna do Monopolu, aby zawiadomić Wujostwo, że jesteśmy. W niedługim czasie przybiegli oboje i przyjęli uciekinierki. Wiedzieli już, że 8 września Monopol będzie ewakuowany do Żyrardowa, nie wiedzieli, czy uda się załatwić i naszą ewakuację. Przenocowałyśmy u nich dwie noce i okazało się, że możemy jechać razem z nimi. Jaka była łapówka za załatwienie tego, do dziś nie wiem.
Następną noc spędziliśmy w Monopolu, a raniutko załadowano nas wszystkich na ciężarówkę przykrytą szczelnie brezentem. Był to jedyny dzień, kiedy można było przejechać przez Warszawę, bo zarządzono zawieszenie broni, aby z miasta mogli wyjść starcy i kobiety z małymi dziećmi. Do dziś nie mogę zapomnieć widoku kolumny wynędzniałych ludzi i zburzonego miasta, na które w śmiertelnym milczeniu patrzyliśmy przez szparę zrobioną w brezencie. Po przejechaniu przez Warszawę w samochodzie na długo zapadła cisza. Późnym popołudniem dojechaliśmy do Żyrardowa, na teren tamtejszej gorzelni. Wyładowano nas przed budynkiem składu korków do butelek. Wcale nie wiedziałam, że tak dobrze śpi się na korkach od tzw. setek. Koreczki były drobne i elastyczne. Na tych korkach spędziliśmy kilka nocy, dopóki nie znaleźliśmy mieszkania. Chociaż „mieszkanie” to może za duże słowo, było nas sześć osób i zamieszkaliśmy w jednej izbie wiejskiej chaty pod Żyrardowem.
Z tej okrutnej lekcji wyniosłam taką naukę, że do dziś nie przywiązuję się do niczego, co posiadam. Okradziono nas kiedyś, splądrowano mieszkanie, zginęła mi cała biżuteria, nawet nie mrugnęłam okiem. Łatwo rozdaję niepotrzebne mi rzeczy. Nie ma w domu tzw. przydasiów, bo niczego nie chomikuję i jest mi z tym dobrze.
Biała apaszka
wspomnienia Janiny Kowalskiej “Mirka”,
najmłodszej łączniczki AK II Rejonu “Celków”
Towarzystwo Przyjaciół Zielonki
Zielonkowskie Zeszyty Historyczne Nr 3/2016