
Garść wrażeń z pola, na którem poległ ks. Skorupka.
Za Wołominem znajduje się wioska Ossów… Położona na uboczu od głównego traktu — nie posiadająca ani kościoła ani urzędu pocztowego – mała uboga wioszczyzna.. Upamiętniona jest zaś tem, że w czasie wojny w 1920 r. poległ tam bohaterską śmiercią ks. Skorupka… Drewniany, wysoki krzyż — wzniesiony wśród pól — tonący w polnem kwieciu, przypomina ludności miejscowej i nielicznym obcym przybyszom, którzy się tam kiedy niekiedy zabłąkają — że w tem właśnie miejscu — kapłan-bohater przelał swą krew dla ojczyzny…![]()
Ostatnio rozeszły się pogłoski, które odbiły się echem na łamach niektórych pism, jakoby w Ossowie pod krzyżem ks. Skorupki zaczęły dziać się jakieś osobliwe rzeczy… Podobno miały tam wyrosnąć zasiane przez gospodynię Orychową w dniu śmierci jej męża niesamowite dynie, o krwawej barwie i kształcie biretów kapłańskich… Podobno Orychowa, która zachorowała ciężko na serce — odzyskała nagle zdrowie po zerwaniu jednej z osobliwych dyń… Podobno inne dynie w tajemniczy sposób zginęły… Podobno w nocy od krzyżu biją jakieś dziwne blaski…
Ano! Zobaczmy, co w tem prawdy… Siadamy w auto i jazda do Ossowa…
Nie tak to zresztą łatwo trafić do tego Ossowa. Turystyka w tym kierunku nie jest bynajmniej rozwinięta, szosy niema, a nawet bliżsi sąsiedzi niewiele wiedzą o istnieniu Ossowa.. Ktoby tam jeździł i poco?
Wskazówki udzielane nam po drodze brzmią nieco mętnie, trudno się według nich orjentować.
– Pojedziecie prosto, potem na prawo, potem trochę w lewo ale i na prawo, wedle lasu za parkanem…
Bądź tu z tego mądry!
Ale uparliśmy się. Walimy przez wertepy, wydmy piaszczyste, przez pola, przez las i wedle lasu i ostatecznie znajdujemy kilkadziesiąt chałup, które należą do Ossowa.
Pierwszy wita nas dziesięcioletni, bosy, zamorusany jak nieboskie stworzenie chłopak, o bystrych, filuternych 0czach.
— Państwo! państwo! ja się przewiezę!…
— Siadaj! Jak się nazywasz?
— Józiek Kacprzak…
— Słuchaj Józiek, a znasz ty Orychową?
— Babkę Romankę… Juści, że znam… A dziadek Orych umarł, bo się kapusty najadł…
— A Orychowa wyzdrowiała?
— Gdzie ta wyzdrowiała!.. Ledwie zipa!…
„Ledwie zipa” a zatem wersja o cudownem uzdrowieniu nieprawdziwa…
Chłopak domyśla się widocznie o co chodzi.
— Wczoraj też tu było „auto” z Warsiawy. A to wszyćko nieprawda!… Tak ta upletli, ubaili… Banie — jak banie!
— Pokaż nam drogę do krzyża ks. Skorupki.
Krzyż stoi wśród zagonów kapusty, której liście, jak zwyczajne w jesieni są czerwonawe. Najzwyczajniejsza w świecie kapusta. Krwawych kwiatów i purpurowych dyń, o których mówiły pogłoski, ani śladu… Fototgrafujemy krzyż i Józiek prowadzi nas do domostwa Orychowej.
Przed chałupą zebrała się już spora gromada wiejskich dzieciaków. Przybycie obcych ludzi z miasta w samochodzie, to nielada atrakcja w cichym Ossowie!
Wchodzimy do izby Na łóżku, na nędznem i brudnem posłaniu leży stara kobiecina, która co chwila wzdycha i stęka…
Na nasze zapytanie o zdrowie, odpowiada:
— Żadnego cudu nie uznałam. Tu me moja pani. pod sercem boli i do jadła ochoty nie mam i jeszcze tak mi na „despet” zrobili, w gazytach opisali — a banie, moja pani, jak banie. O! trzy na szafie leżą, a dwie, ktosi ukrod, bo wielgachne były — banie różańcowe — niby że takie różańce po sobie miały…
Okazuje się, że specjalny gatunek dyni t. zw. różańcowej, odznacza się ogromnemi rozmiarami, wypukłościami przypominającemi paciorki różańca no i kształtem trochę podobnym do biretu kapłańskiego. Stąd w fantazji jakichś wiejskich plotkarzy powstała wersja o cudownych dyniach, która niewiadomo jakim nurtem z tego głuchego zakątka przesączyła się do gazet.
— Że też to takie państwa z miasta w takie głupstwa wierzą! – woła córka Orychowej — i wczoraj tu byli z Warsiawy i pozawczoraj, a tu żadnego zjawiska nie było! Skądby miało być!… Same plociuchy i tylo wstyd dla matki i poniewierka… Na ludzkie języki podali — po calutkim świecie podali…
— Podobno krzyż w nocy świeci? — rzucam już bardzo nieśmiało zapytanie.
— A dloczego mo świecić? — brzmi trzeźwa, nieubłaganie logiczna odpowiedź.
Rzeczywiście – dloeczego? Nie mam na to żadnej repliki. Z rezygnacją i pewnem zawstydzeniem oglądam dynie — trzy najzwyklejsze w świecie żółtawo-zielone dynie.
— A jedną banię to do Warsiawy powieźli i po 20 groszy za przedstawienie bierą — wtrąca Józiek Kacprzak.
— Idź, bajoku!.. Nieprawda!… Banię ktosi ukrod! Wiadomo złodziei pełno!
Legenda o krwawych dyniach rozprysła się, cudu nie było, kapusta — kapustą, dynie — dyniami, a biedna, stara Orychowa — ledwie „zipa”.
J. Migowa
Światowid
1933, nr 43