Ogólny widok sali, gdzie podzespoły modeli samolotów pakowane są do pudelek i przygotowywane do wysyłki. Zakłady Przemysłowe „Ruch* w Kobyłce, rok 1971.
Tak to sobie wyobrażałem: najpierw na piśmie poproszę o zgodę Najwyższy Zarząd, z kolei zwrócę się do Wytwórni numer taki a taki, następnie po uzgodnieniu wszystkiego z komisją specjalistów zwiedzę Zakłady, a później trochę — dowiem się, że właściwie nic nie można pisać… Rzeczywistość okazała się niezwykle łaskawa i oto mam możliwość przekazać Czytelnikom wrażenia z pobytu w Zakładach Przemysłowych „Ruch” w Kobyłce koło Warszawy. Zakłady dobrze są znane wszystkim modelarzom i miłośnikom lotnictwa. Tutaj bowiem produkowane są między innymi modele samolotów z tworzyw sztucznych. Zakłady powstały w roku 1957 w Warszawie. Od dziesięciu lat działają w Kobyłce, miejscowości oddalonej od stolicy o około 11 km. W nowych, dużych zabudowaniach, z dala ad miejscowego gwaru, dały zatrudnienie poważnej liczbie pracowników, mieszkańcom okolic podwarszawskich, przede wszystkim kobietom.
O historii zakładów, aktualnym stanie produkcji, o sukcesach, a nawet kłopotach informuje mnie bezpośrednio dyrektor naczelny zakładów Eugeniusz Kieres i dyrektor handlowy Zdzisław Motyl. Początek, jak przy każdym pierwszym starcie, był trudny i skomplikowany. Swego rodzaju sondą próbną był model śmigłowca (typu S-55), pierwszy produkt „Ruchu”. Poszczególne jego części składowe wraz z opisem budowy i klejem zapakowano w przezroczystą torebkę polietylenową — dokładnie według najlepszych wzorów zagranicznych. Model sprzedawano w kioskach gazetowych i z miejsca spotkał się on z dobrym przyjęciem zarówno najmłodszych odbiorców, jak i dorosłych znawców statków powietrznych. Przypominam sobie, że przed laty recenzowałem ten model, chwaląc jakość wykonania i rewelacyjnie niską cenę, a ganiąc brak informacji o nazwie typu. Wkrótce w ślad za śmigłowcem Sikorskiego S-55 pojawiły się inne modele: samolot-żołnierz MiG—15, legendarny P—11c, P—23A „Karaś”, TS—11 „Iskra” i SE-210 „Caravelle”. Modele te, szczególnie samolotów związanych z historią naszego lotnictwa i maszyn produkowanych w Polsce, cieszyły się i cieszą w dalszym ciągu wielkim powodzeniem.

Na pozór wszystko było w porządku. Pomocą fachową służył Aeroklub PRL i nic nie stało na przeszkodzie, aby powstawały coraz to nowe i lepsze modele. Nastąpiło jednak zahamowanie. Dyrektor wyjaśnia, jak do tego doszło, że ograniczono bieżącą produkcję, rezygnując z opracowywania nowych modeli. Przyczyną było między innymi opakowanie. Plastykowe torebki okazały się bardzo zawodnym opakowaniem. Części łamały się przy transporcie i magazynowaniu, torebka częstokroć przerywała się i co gorsze części się gubiły, klej nieraz wysychał przechowywany w maleńkich pudełeczkach — jednym słowem, sprzedaż była utrudniona i kłopotliwa, szczególnie w budkach „Ruchu”, gdzie nie dysponowano odpowiednim pomieszczeniem na przechowywanie modeli. Rosły zatem straty. Rosła, przypuszczam także, niechęć do lotnictwa w ogóle, włączając w to niewinne małe zabawki — modele samolotów.
Kierownictwo zakładów w Kobyłce, po analizie strat i zysków, podjęła po pewnym czasie (mniej więcej dwa lata temu) śmiałą decyzję: będziemy w dalszym ciągu produkować modele samolotów, ale sprzedawać inaczej. Zaproszono do współpracy znanego plastyka Mariana Hibnera, który opracował barwne, estetyczne i jednocześnie praktyczne pudełka kartonowe, gwarantujące trwałe opakowanie części modeli. W nowym opakowaniu z miejsca zdobyły one sobie uznanie zarówno kupujących, jak i sprzedawców. Mało tego, są obecnie ważnym produktem eksportowym wśród innych zabawek.


Dyrektor Kieres z nieukrywaną dumą pokazuje medale uzyskane na Krajowych Targach Poznańskich. W roku 1969 za modele samolotów zakłady otrzymały srebrny medal, a za modele samochodów medal złoty. Średnio rocznie w Kobyłce produkuje się ponad 40 tysięcy modeli samolotów każdego z sześciu typów. Daje to łącznie około ćwierć miliona modeli!
Poważna ilość modeli lotniczych eksportowana jest do krajów socjalistycznych. Podobnie jak i mikrosamochody, które mają już ustaloną markę wśród zbieraczy. Szczególnie nowej serii oznaczonej numerami od 1 do 10, gdzie znaleźć można Stary i Nysy, solidnie i estetycznie wykonane i zapakowane. Wszystko sporządzone w najpopularniejszej podziałce 1:72. Tu informacja dosłownie z pierwszej ręki. Wkrótce pojawią się w sprzedaży: Moskwicz-408, Warszawa-223 combi, Warszawa-223 sedan i Fiat-125P. Prezentują się okazale, Przy Okazji otrzymuję porcję liczb. Otóż rocznie produkuje się ponad 200 tysięcy każdego typu samochodu, a w roku 1970 wyprodukowano łącznie 5 (pięć) milionów modeli! Taka jest potęga czterech kółek — nawet w miniaturze.

Wróćmy jednak do samolotów. Wytwarzanie dobrych, dokładnych modeli samolotów nie jest sprawą ani łatwą, ani tanią. Najtrudniejsze jest sporządzenie modelu—wzorca, dokumentacji i wykonanie formy. A forma ma ograniczoną żywotność i wystarcza dla około 50 tysięcy modeli. Modele produkowane są z polistyrenu metodą wtryskową. Tworzywo jest produkowane w kraju. Surowiec to tani i właściwie znany od roku 1930, kiedy to rozpoczęto przemysłową jego produkcję w Niemczech. Polistyren jest tworzywem termoplastycznym, otrzymywanym przez polimeryzację (blokową, perełkową lub emulsyjną) styrenu. Do wytwórni dostarczany jest w postaci sypkiej. Ciężar właściwy około 1,06. Ma dobre właściwości izolacyjne, jest odporny na działanie chemikaliów. Do produkcji modeli i zabawek stosuje się polistyren tak zwany niskoudarowy. Tu warto wspomnieć, że spieniony polistyren, zwany styropianem, również znajduje zastosowanie w modelarstwie lotniczym, tym razem w modelach latających, jako materiał wypełniający.
Oto kilka słów informacji o tworzywie naszych modeli. Kolor modeli z polistyrenu jest stalowoszary. Można jednak robić modele w innych kolorach, np. w białym. Wybrano stalowoszary jako najbardziej zbliżony do barwy samolotu metalowego, a zresztą każdy zbieracz i modelarz ma możliwość odpowiedniego malowania danego typu samolotu. Dyrektor informuje przy okazji, że trwają próby wykonania modeli z białego tworzywa.
Pytam również o kłopoty. Okazuje się, że najwięcej ich jest z kalkomanią. Nie produkujemy jej jeszcze na zbyt wysokim poziomie zgodnie z wymogami hobbystów. Potrzebne są nie tylko znaki rozpoznawcze, ale litery i cyfry oraz godła eskadr. Kolory muszą być bardzo wyraźne i trwałe, a klej znacznie lepszy niż dotychczas.
Zakład otrzymuje setki listów od miłośników lotnictwa. Często listy te zawierają uwagi krytyczne. Słuszne, gdy chodzi na przykład o źle przygotowaną osłonę silnika samolotu P-11e, czy niezbyt dokładny sylwetkowo model „Iskry” (złe usterzenie i wloty powietrza). Wina tu oczywiście modeli-wzorców, bowiem od jakości takich modeli zależy wykonanie form, a zatem i wygląd gotowego przedmiotu.
Są i uwagi hobbystów, fanatyków precyzji, którzy żądają od zakładów umieszczenia wszystkich przewodów, nitów i linek z zachowaniem podziałki 1:72. Wymagania tego rodzaju są niestety nierealne, gdyż istnieją pewne granice miniaturyzacji, których przekroczyć nie można w przypadku tworzywa sztucznego jakim jest polistyren. Dyrektor szczegółowo wyjaśnia trudności uzyskania małych, nietrwałych zresztą, podzespołów. Musi zatem być zachowana pewną „proporcja w miniaturyzowaniu oryginalnego samolotu. Bardziej wymagający modelarz może zawsze dany model uzupełnić, ale zależy to od umiejętności i znawstwa danej konstrukcji.

Nie wyklucza to oczywiście, że wymagania rosną. Zakłady chcą robić coraz doskonalsze modele samolotów. Potrzebują jednak wykonawców-artystów poszczególnych typów modeli wzorcowych. Przypuszczać można, iż wykonawców dobrych modeli nie zabraknie. Spełniając prośbę dyrektora, podaję, że propozycje nawiązania współpracy z zakładami w Kobyłce będą mile widziane. Marzy mi się już seria modeli samolotów polskich takich jak: „Łoś“, RWD—13, „Czapla”, RWD-9, „Szpak-2”, „Wilga”, „Gawron” i maszyn, na których walczyli i latali nasi piloci: z dawnych Jak-9, „Spitfire”, Pe-2, z nowych MiG-21 i Su-7, że wymienię tylko kilka bardziej sławnych. Jedno jest pewne, co stwierdził dyrektor Kieres: „Produkcję modeli z tworzyw sztucznych rozpoczęliśmy jako jedni z pierwszych w krajach socjalistycznych. Prymat ten powinniśmy utrzymać również w ilości i jakości oferowanych typów samolotów w miniaturze. Przecież stosunkowo niedawno zainteresowano się takimi modelami w ZSRR, a w Czechosłowacji dopiero w roku ubiegłym wyprodukowano pierwszy model odrzutowca L-29 „Delfin” (w podziałce 1:72)”.
Wszystkie polskie modele budowane są w podziałce 1:72, wyjątek stanowi Caravelie (1:14), ale skala taka podyktowana była względami czysto praktycznymi. Mały model łatwiej przechować. Model duży wymaga większej ilości detali materiału, stąd byłby i droższy.
Inny jeszcze kłopot, który udało się zlikwidować. Chodzi o klej. Jak wiadomo, nie ma uniwersalnego kleju, który by mógł dobrze spajać wszystkie tworzywa sztuczne. Stąd konieczność włączenia kleju specjalnego do każdego zestawu części modeli. Najpierw pakowano klej w małych pudełeczkach plastykowych, które musiały być szczelne, bo klej wysycha niezwykle szybko. Otwarcie takiego pudełeczka z klejem było większą nieraz sztuką niż zbudowanie najbardziej skomplikowanego modelu samolotu. Pudełeczka były niewygodne i zbyt mało w nich znajdowało się kleju. Posypały się skargi. Wykonano zatem większe pojemniki na klej z praktycznym zamknięciem i kłopoty właściwie się skończyły. Przy okazji konieczne jest wyjaśnienie, że podjęcie każdej decyzji najmniejszej zmiany w produkcji związane jest z kosztami i od razu nie można nic zmienić, bo przecież chodzi o produkt masowy i tani.
Przykłady powyższe świadczą o trosce zakładów o najmniejszego obywatela, do którego rąk trafiają przede wszystkim miniaturowe samoloty i inne zabawki. Stąd też i specjalnie dołączona do każdego zestawu karteczka z nadrukiem informującym o szkodliwych właściwościach kleju opartego na substancji zwanej w handlu pod nazwą „tri”. A zatem nie można dotykać oczu zabrudzonymi klejem palcami, ani też jeść przy klejeniu. Najlepiej unikać zabrudzenia rąk klejem, posługując się kawałkiem patyczka, a ręce i tak po pracy zawsze myjemy w ciepłej wadzie z mydłem.
Marzeniem kierownictwa zakładów są jeszcze lepsze opakowania lakierowane czy może plastykowane. Wówczas mogłyby śmiało konkurować z zachodnimi wyrobami tego typu. Jedno jest pewne. Zakłady robią wszystko, co tylko możliwe, aby w pełni wykorzystać istniejące oprzyrządowanie dla produkcji bieżącej, na którą jest zapotrzebowanie (nowy portfel zamówień przywieziono z tegorocznych Krajowych Targów Poznańskich). Zrobią również wszystko, aby pojawiły się nowe zestawy modeli.
Zwiedziłem dokładnie zakłady, obserwowałem pracę na wtryskarkach, podziwiając przy tym zręczność kobiet obsługujących maszyny. Podziwiałem sprawność niezawodnych kobiecych rąk przy składaniu podzespołów modeli, przy pakowaniu, kontroli i ekspedycji. Miejsca pracy przestronne, widne i schludne. Odwiedzając poszczególne działy produkcji, zrobiliśmy na pewno trochę zamieszania. Niech nam to panie wybaczą. Rewanżujemy się i przedstawiamy fragmenty waszej pracy, jakże ważnej i potrzebnej, również dla dalszego rozwoju naszego lotnictwa.
PAWEŁ ELSZTEIN
Skrzydlata Polska
1971.04.18 Nr 16