
Drzwi wagonu otworzyły się akurat naprzeciw tablicy z wielkim napisem: ZĄBKI. Wychodząc na peron zacząłem się usilnie zastanawiać, co właściwie wiem o tej podwarszawskiej miejscowości. Wiedziałem, niestety, niewiele. Gdzieś w zakamarkach pamięci odgrzebałem strzępy wiadomości, przeczytanej chyba przed dwoma laty. Wyrokiem Sądu Wojewódzkiego w Warszawie na sesji wyjazdowej Ząbkach, za wywołanie bójki, w wyniku której inwalida wojenny… wrzucony został pod koła pociągu skazani zostali: …lat 20: na karę dożywotniego więzienia… lat 15, na karę 15 lat więzienia… — Te ułamki informacji — to było wszystko…
Rozejrzałem się po peronie. Kilkunastu przyjezdnych spieszyło do wyjścia, paru wyrostków w niedzielnych garniturach i samodziałowych kaszkietach przeskoczyło przez tory tuż przed ruszającym pociągiem. Na stacji zapanowała cisza, przerywana tylko krakaniem setek wron. Jedyne w osiedlu boisko, własność koła sportowego Budowlani-Ząbki, odnalazłem bez trudu. Pięciu chłopców w szarych dresach kończyło właśnie wysypywanie linii autowych, której to czynności z wyraźnym zainteresowaniem przypatrywały się kozy, znudzone widocznie ubóstwem trawy rosnącej nad brzegiem sadzawki. Sadzawka, a właściwie bajoro rozlewało bowiem swe wody jakieś 50 metrów za bramką piłkarską. Niedaleko bramki stał niebieski autobus PKS, przed którym rozgrzewała się piłkarska jedenastka. Jak dowiedziałem się od jednego z kręcących się po całym terenie chłopaczków, miał tu się za chwilę rozpocząć mecz o mistrzostwo klasy B między drużyną Kolejarza Siedlce a gospodarzami. Wbiegające na boisko zespoły przywitały oklaski paruset wiernych kibiców, którzy nie dali się zastraszyć nawet potężnej wichurze i padającemu od czasu do czasu kwietniowemu śnieżkowi.
Gospodarze strzelili już pierwszą bramkę, gdy zauważyłem dopiero „cel” mojej wizyty, wiceprzewodniczącego miejscowego kola sportowego, lekkoatletę, piłkarza, narciarza i działacza w jednej osobie – Andrzeja Charkiewicza. Dziewięć lat pracuje już w tym kole. W tym czasie skończył liceum i wyższe studia, a mimo to z zapałem godnym nowicjusza mówi o swoim klubie i o swoich chłopcach.
— Nasze zobowiązanie 1-majowe?
— Widzisz? Tam, gdzie teraz pasą się kozy, będzie wiraż bieżni. Chcemy zrobić bieżnię 6-torową, przecież już we wrześniu odbędą się u nas lekkoatletyczne mistrzostwa województwa, tam! Widzisz te słupki? To pierwsze z zaplanowanych boisk do siatkówki i koszykówki o nawierzchni kortowej, na której będzie można również grać w tenisa. Każdy z członków naszego koła zobowiązał się przepracować dziesięć roboczogodzin.
— Dzięki pracy społecznej zaoszczędzimy około 80 tys. złotych. Zresztą, skąd wzięlibyśmy taką sumę, przecież całoroczny budżet naszego koła wynosi 20 tys. i tylko dochody z zabaw oraz z rozgrywek piłkarskich umożliwiają nam prowadzenie aktywnej pracy aż w czterech sekcjach: lekkoatletycznej, w której mamy mistrzów województwa Gryzą i Kowalskiego, piłkarskiej, siatkarskiej i ping-pongowej. Wystawiliśmy cztery drużyny piłkarskie, posiadamy też A-klasową drużynę siatkówki. Mamy wyróżniających się piłkarzy takich jak Stańczak czy Męcik. W naszym kole debiutował pierwszoligowy obecnie bramkarz Grom, który w pierwszym meczu puścił… 24 bramki…
Wiedziałem, że Andrzej wpadł już w zapał, który udziela mu wsze, kiedy mówi o sporcie. Wtedy trudno mu przerwać, a ja chciałem się jeszcze dowiedzieć paru innych rzeczy, dlatego też powiedziałem nagle, z głupia frant:
— No. dobrze, a chuligani?
—
Jacy chuligani?! – W oczach mego rozmówcy dojrzałem niekłamane zdziwienie.
— No. wiesz, słyszałem o procesie w Ząbkach… I w ogóle okolica ma bynajmniej nienajlepszą opinię.

Andrzej chwilę się zastanowił i nagle chwycił mnie za rękę.
— Widzisz tego chłopaka, o tego, który w tej chwili zastopował piłkę. To właśnie chuligan, przepraszam — były chuligan. Na procesie został skazany. Nie mam dziś temu chłopcu nic do zarzucenia. W ciągu ostatnłch lat nie było na tutejszym boisku ani jednego wybryku widzów czy zawodników. Sędziowie, którzy przyjeżdżają do nas z mocno niewyraźnymi minami, po meczu nie mogą się nigdy nadziwić — „bo rozumiecie, myśmy słyszeli, że Ząbki…”
— Wszystko pięknie, lecz przecież, kiedyś… — usiłowałem jeszcze nie dawać za wygraną. ale Andrzej przerwał mi bezceremonialnie.
— Kiedyś to tu były nudy, rozumiesz? Czy wiesz co to była „banda kolejowa”? Po prostu grupa wyrostków, trzydziestu chłopa, którzy nie wiedzieli co zrobić z czasem, włóczyli się po stacjach. Jeździli do Wołomina, pili w poczekalniach wódkę, zaczepiali podróżnych. Spójrz na tę halę.
Jest prymitywna, zrobiliśmy ją właściwie z niczego, ale lepiej chyba grać w niej w ping-ponga, niż siedzieć w zimnej poczekalni i szukać „draki”. „Banda kolejowa” przestała istnieć i w tym zdarzeniu dużą rolę odegrał chyba również i sport.
Teraz zrozumiałem, dlaczego wbrew podmiejskim zwyczajom stacja opróżniła się tak szybko, a kilku młodzieńców opuściło ją nawet niezbyt przepisowo — przez tory. Po prostu spieszyli się na mecz!
— Spójrz na tę sadzawkę. Za rok, prawdopodobnie znów w czynie pierwszomajowym, zrobi my z niej basen.
Wytracony z toku opowiadania moimi „chuligańskimi pytaniami” Andrzej wracał do tematu, do 1-majowych zobowiązań. Opowiadał, te mają już żużel na bieżnię, że obiecano im spychacz, że…
Kiedy w powrotnej drodze mijałem „usportowione kozy”, spojrzałem na nie życzliwszym okiem. Ponure bajoro wydało ml się nawet ładne. Prawdopodobnie, zasugerowany planami Jędrka, dostrzegłem w nim już kontury nieistniejącego jeszcze basenu. — 150 chłopaków w ciągu trzech lat zbuduje piękny obiekt sportowy — 50 tys. złotych oszczędności. 3 boiska do siatkówki, 10 roboczogodzin x 150… cyfry zobowiązania zaczynały mi się już mieszać w głowie. Ale nie martwiłem się tym bynajmniej, bo zza tych cyfr wyłonił się żywy człowiek — 18 czy 20-to letni robotnik warszawski, członek zwykłej B-klasowej drużyny piłkarskiej. 30 czy 40-to letni kibic sportowy, który nie zdradziłby swoich chłopaków nawet dla chorzowskiej Unii.
A za arkuszem z uroczyście wypisanym zobowiązaniem, którym Andrzej obdarzył mnie na pożegnanie, dostrzegłem coś bardzo radosnego, coś — co wcale nie zgadzało się z nastrojem ponurej kwietniowej niedzieli, z obrazkiem trzęsących się z zimna chłopaków w piłkarskich spodenkach i widokiem prymitywnie plantowanej nawierzchni ząbkowsklego boiska — po prostu uświadomiłem sobie głębokie moralne wartości, jakie daje ludziom sport, nie tylko ten pisany przez wielkie S — władztwo znanych nam wszystkim nazwisk Chromika, Sidły czy Wilczewskiego, ale i ten niedzielnych meczy B czy C klasy i kto wie, czy nie przede wszystkim ten właśnie.
Krzysztof Blauth
Sportowiec
1955, nr 17