
…wiadomo, tam i żaba nieraz podstawi łapę. Nic też dziwnego, że i kolej dojazdowa Marecka, widząc usiłowania prawdziwej kolei, również pragnie zajmować się turystyką. Myśl zasadniczo doskonała. Nasuwają się tylko dwa pytania: czem i dokąd.
Na pierwsze pytanie trudno jest odpowiedzieć. Tabor kolejki Mareckiej pochodzi, zdaje się, z okresu pierwszej maszyny parowej Fultona. Wagony są rekordowo niewygodne, ciasne i brudne, a szybkość tych ekspresów dochodzi w chwilach dobrego humoru maszynisty aż do 20 km na godzinę. Niema więc czem.
Jeżeli chodzi o odpowiedź na drugie pytanie — to jest ona jeszcze trudniejsza. Niema mianowicie dokąd jechać samowarkami mareckiemi, Dyrekcja reklamuje kolejno: Drewnicę z zakładem dla obłąkanych, Marki — typową kiszkę uliczną przedmieścia, brudną, zabłoconą i cuchnącą, Pustelnik — cegielnię w gołem polu, dla której właśnie powstała cała kolejka, Strugę — posiadającą z atrakcyj jedynie szynk podmiejski i okolicę rojącą się od mętów podwarszawskich, dla których uderzenie majchrem w żebra stanowi ulubiony sport, Radzymin, wprawdzie bardzo cenne pod względem historycznym miasto, ale nie posiadające nic ciekawego do zwiedzenia, z wyjątkiem cmentarza, Wólkę Radzymińską, która w nomenklaturze kierownictwa turystycznego kolejki mareckiej nazywa się „wulką* przez małe „w” i „u” w środku, pospolite przedmieście małego Radzymina, a wreszcie Rejentówkę, do której kolejka wogóle nie dochodzi…
Wszystko to razem ma stanowić zgodnie z reklamami kolejki „cuda przyrody”. Skromność jest wielką zaletą, toteż z satysfakcją należy przyjąć do wiadomości, że zarządowi kolejki Mareckiej wydają się opisywane śmietniki cudami.
Wytłumaczyć to zresztą można i w ten sposób, że kto nie widział słońca, może ogorzeć również i od miesiąca. Ale wątpić należy, czy mieszkańcom śródmieścia Warszawy wszystko to, wraz z wagonami, kopcącym parowozem i wiecznym kurzem na szosie wystarczy do „rozkoszowania się” i do „ruszania na week-end”.
Szczytem jednak zarozumiałości żaby, podstawiającej łapę, jest wezwanie do rezerwowania sobie miejsc w wagonach, któremi i tak oprócz przekupek nikt nie jeździ…
Oczyścić najpierw wagony, umyć w nich szyby i powprawiać wszystkie brakujące, nie dymić parowozikami prosto w nosy podróżnym, poprzepędzać z wagonów grasujące hordy żebraków i handlarzy, wzmocnić tory, zmotoryzawać linję i.. przenieś ją w okolicę naprawdę posiadającą coś atrakcyjnego, i dopiero wtedy reklamować „cuda”, a zasadę głoszoną w reklamach: „czem prędzej, tem zdrowiej”, zastosować do biegu pociągów.
Wtedy będzie można dopiero rozmawiać o „Wydziale Propagandy Turystyki Kolei Dojazdowej Mareckiej’.
Narazie jednak żaba musi jeszcze schować łapę.
Wiadomości Turystyczne
R. 6, 1936, nr 8