2 przemyślenia na temat „Miejskie Przedszkole nr 1 w Wołominie

  1. Nie wiem dokładnie w jakich latach ale do czasu powstania przedszkola przy ul. obecnie Fieldorfa, mojego brata babcia Pani Dąbrowska pracowała w przedszkolu nr. 1 jako kucharka.

  2. Wołomiński „epizod” mojego życia to praktycznie jego początek, pierwsze siedem lat. Rodzice sprowadzili się tam w listopadzie 1957 r., kiedy nie miałam jeszcze roku, a wyprowadziliśmy się w kwietniu 1964 r. Wraz z bratem, od zimy 1961 do wyprowadzki, chodziliśmy do tego przedszkola i to są nasze prawie wszystkie wspomnienia z Wołomina. W każdym razie ja niewiele poza przedszkolem i domem pamiętam, ale nie zgadzają mi się w takim razie daty jego zamknięcia. Bo raczej przedszkole było to samo, sądząc z opisu. Na pewno był to nieduży, kilkuizbowy budynek z kuchnią w podwórzu. Ogród był po drugiej stronie ulicy, a ze względu na cudowny świat werandy, to pamiętam bardzo dobrze. Bo ten ogródek to był świat zaczarowany. Przy niej, po lewej stronie była tajemnicza furteczka, a raczej przejście w płocie do mniejszego ogródka, obrośnięte pięknym, biało kwitnącym pnączem. Pamiętam, , że wraz z innymi dziećmi lubiliśmy się wspinać na ten płotek i wśród kwiatów snuć różne dziecięce bajania. Pamiętam łazienkę bez bieżącej wody, z metalowym, długim korytem do wspólnego mycia, nad którym był zbiornik z nalewaną wodą i rura z kranikami. Pod oknem dwie wygódki w stylu sławojki, otwarte do ściany, a między sobą (plecami) i od strony łazienki odgrodzone drewnianym przepierzeniem. Obok, na podłodze, stały nocniki dla mniejszych dzieci. Te sławojki to na początku był mój koszmar przedszkolny. Bardzo bałam się usiąść na sedesie, bo w środku było wiadro, wynoszone regularnie przez panią woźną. A ja już wtedy miałam w domu normalną łazienkę z bieżącą wodą i sedesem, więc to wiaderko (nie cała reszta) przerażało mnie, że wpadnę. Z „czystych” wspomnień mam salę zabaw, gdzie były wspaniałe, plastikowe biało-czerwone klocki w stylu lego, moje nigdy nie spełnione marzenie. Zawsze ktoś inny się nimi bawił, a pierwszeństwo mieli jednak… chłopcy ;). Były bale karnawałowe w kotylionach i wiankach z krepiny (mam zdjęcia), były twórcze prace z papier-mache’ i inne cudowne zabawy, tańce. Były bajki opowiadane przez panią Irenę (?) i czytane przez wzbudzającą pewien strach panią Basię (?). Ale kucharki były cudowne :). I te kanapki z masłem i siekaną cebulą albo z siekanym jajkiem – niezapomniany hit podwieczorków! Na koniec przedszkola dzieci dostawały szkolne wyprawki. Ja nie dostałam cudnego piórnika, chociaż w 1964 roku szłam do szkoły, ale właśnie wtedy wyprowadziliśmy się z Wołomina i skończyłam przedszkole przed czasem. Na pewno więc funkcjonowało ono w latach szkolnych 1961 – 1964. Nie wiem, co było potem.

    Mama pracowała w Wołominie jeszcze dobrych kilka lat, w urzędzie powiatowym, dojeżdżała z Warszawy, ale ja widziałam miasto już tylko czasami, przejazdem, z okna pociągu. Bo przy torach, na przeciwko stadionu, stał nasz dom, a raczej budynek mieszkalny dla pracowników trakcyjnej podstacji kolejowej, na której pracował ojciec, przy magazynach, chyba zbożowych.

    Oprócz przedszkola pamiętam więc widok na stadion, drogę „na górkę” w pobliskim lasku (to chyba o niej tu mowa a propos spacerów przedszkolaków, a ja tam bywałam rodzinnie regularnie), a także sklep spożywczy, „spółdzielnię”, na rogu ulicy przy stadionie oraz mijaną w drodze do przedszkola pobliską piekarnię ze wspaniałymi „chłopkami” – maślanymi bułami w kształcie człowieka. Jak przez zimowy sen pamiętam ośrodek zdrowia, którego bywałam częstym pacjentem i urząd powiatowy, który mieścił się blisko przedszkola, bo tam czasem mama zabierała chore dziecko do pracy ;). Bywaliśmy też z ojcem w budynku kolejowym przy Słonecznej, gdzie wpadał służbowo i pamiętam początki budowy tamtego osiedla bloków. Mieliśmy tam nawet zamieszkać, ale ostatecznie przenieśliśmy się do Warszawy. No i stację w Wołominie musowo pamiętam, w końcu tuż obok mieszkałam. Takie piękne, stare topole tam rosły przy płocie, latem dawały cień peronom…

    Rozpisałam się, ale chyba dużo pamiętam jak na docelową siedmiolatkę, dziś 62? Cóż, to były dobre wspomnienia i czasem tęsknię za tamtym klimatem małego miasteczka, dzieciaków i pań przedszkolanek. Pozdrawiam wszystkich wołominiaków!

Zostaw komentarz

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.