W nocy znów dyżury, zmieniamy się kolejno z wieczora. Jeden do 11-ej, potem do 1-ej, 2-ej, 3-ej. Ja, Augustyniak, albo ja i Marysia. A potem do rana znów inna para. Dziś jechały auta albo armaty ciągnione przez konie. Jechały jak od Duczek w stronę szkoły. Do szosy na pewno. Krzyk: wio! wio! o! on! – i brzęk i dudnienie i bicie koni. Drogą tu ciężko bardzo. Piasek i glina. Potem wszystko ucichło. Rano Niemców ani poświć, cały dzień cicho, wieczorem łuna jak za Rembertowem, tam też trochę strzelali.

16 września, sobota 1939

 32 odsłon,  1 odsłon dzisiaj

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.