Mamy czas… Poco się śpieszyć? Pociąg, odrazu z macierzystej stacji odchodzi z opóźnieniem. Dlaczego? Zapewne dlatego, że ktoś tam zasapany, biegł na dworzec i wiał chusteczką: — Poczekaj pan, panie konduktor! Poco taki kurjerski pośpiech z odjazdem? Tam wleką się jeszcze żona i teściowa… Rozumie pan, co to są dwie kobity?

Cóż było robić? Czekaliśmy z odjazdem do Radzymina, aż dwie dostojne niewiasty, o burakowych policzkach i potężnej tuszy, wtoczyły się na peron.

— Boże! jaka spiekota — krzyczała jedna.

—- Racja! Poczekaj, kotusiu, minutkę, zaraz siadamy, tylko napijemy się jeszcze wody sodowej z sokiem! — uspakajała druga.

Pan kupował bilety. Panie chłonęły wodę. Pociąg czekał cierpliwie. Ruszyliśmy nareszcie. W wagonach błękitnieją mundury hallerowekie. Gdzieś po kątach czają się złożone i pochowane w pokrowcach — sztandary. Grajek z pasją szykuje — harmonię.

— Poleczkę, czy walczyka! A może coś aliganckiego, nowego?

— Sztajera — sztajera!

Koła wagonowe wystukują jakąś straszliwą „sarabandę”, a „armonja” nagle przechodzi na „polkę w szafliku”… Tak już widać — musi być! Jakżeby — „przez poleczki” w podróży do Drewnicy, Marek, Czarnej Strugi i Radzymina?! Ktoś tam zwierza się cichutko:

— Tamci, gdy w r. 1920 tą-że kolejką jechali na bój śmiertelny, na radzymińskie pola, równie żądali — „poleczki”!…

Dziś 15-ty sierpnia. Cały szlak drogi, aż pod sam Radzymin, zawieszony barwami narodowemi. Choć stolica nie świętuje dnia tego oficjalnie, szlak na Radzymin pamięta — swoje orlęta! I dziwne zaiste jest to święto. Niby ma być żałoba — lecz ani krzty nie czuć smutku. Sprawiedliwie i słusznie! Niemasz co płakać po Tych, którzy — legli jako zwycięzcy! Cieszy się polski sierpień, pełen żniwnego dosytu. Cieszy lud gęsty, witający pociąg na stacjach. Cieszą — i jasne duchy Tamtych, których — „butwiejące kości stały się fundamentem naszej wolności!

Przed radzymińskim cmentarzem — pogwar stugębny. Gęstwina głów ludzkich, wśród których wymuskana przez słońce, utulona przez ciepły wiatr, prosto i składnie ku bezchmurnemu niebu strzela świątynka cmentarna. Na wstępie „Jan z Czarnolasu” w czterowierszu okolicznościowym, wyrytym na tablicy pamiątkowej, ostrzega przed — łzami. Dlatego to dwoje samotnych staruszków, wzięło się pod ramię, a on jej tłomaczy:

— Nie płacz, matuś, po naszym słodkim wojaku! Czytałaś? Janek smuciłby się — tam!

A — ona?

Choć skurcz bolesny od serca, na lica wybladłe przedziera się skwapliwie, kiwa głową — na zgodę i śmieje się — przez łzy!

O matko-polko, niechaj ci tam, na Wysokościach, ten śmiech za kryształ policzą najczyściejszy!

Na cmentarzu — trzy mogiły bezimienne. Prócz klombów, starannie w kształcie bojowych krzyżów utrzymanych, lud — astry rozłożył, jakby do każdej przeszytej piersi, osobny bukiecik przypinał… Ksiądz proboszcz, staruszek siwowłosy — mszę św. celebruje. Wiją się wonie kadzideł. Pną ku błękitowi słowa pieśni chóralnej. Łyskają bronie srebrzyste — „Hallerczyków”, przysposobienia wojskowego, związku podoficerów rezerwy, „Sokoła”, „Strzelca” „Federacji”. Ani drgną zasłuchane w modlitwę ludzką — sztandary. Potem — młody ksiądz wikary sławi mową jędrną i krótką lecz pełna podźwięków spiżu, pamięć — Tych, którym „tak słodko było pod Radzyminem umierać za zwycięztwo Rzplitej”.

Na skrzydle gra orkiestra straży ochotniczej. Nabożeństwo kościelne skończone. Następuje akt poświęcenia trzech tablic marmurowych, ufundowanych dla każdej z mogił przez — pracowników magistratu stołecznego, urzędników Banku polskiego i — telefonistki P.A.S.T.  Te ostatnie obrały sobie najskromniejszą mogiłkę, na samym końcu cmentarza. Lecz bodaj, czy ta właśnie tablica nie najmilszą była dla szarej poległej braci żołnierskiej? One — zrobiły to sercem prawdziwie kobiecem. Cały rój niewiast, jak różnobarwne kwiaty, wysypał wielki samochód ciężarowy. Wiankiem też oplotły mogiłę. Prócz tablicy powódź kwiecia zniosły, a poza niem — całe dziesiątki różnokolorowych kaganków z oliwą, które o wieczornej porze zamigocą setkami świateł, aby brać żołnierska, śpiąca snem wiecznym, wiedziała, że kobieta polska — umie o poległych pamiętać!

Tam u wrót. cmentarza — polska matka śmiała się przez łzy. Tu polska panna — miękką dłonią pieściła zasługę.

A razem?

— Stworzyły ten cudowny łańcuch, który splótłszy dłonie nad ziemią krwią bohaterów przesiąkłą, otoczył Radzymin wstęga legendy. Przez nie — iść ona będzie z pokolenia w porkolenie, jako dobra wieść o — zwycięstwie! O jedno mam tylko — żal. Nie do kobiety polskiej. Ona — swoją część zadania spełniła. Przed niewielu laty ktoś w naród cisnął prawdę: Nie klęski czcić trzeba, lecz tryumf zwycięski. Warszawa rok rocznie czci — Radzymin.

Natomiast?

Na cmentarzu podradzymińskim, w dniu 9-tej rocznicy, prócz — „cywili” nie było ani jednego plutonu rekrutów… Nie było! A przecież może warto, żeby choć na przyszłe lata — pokojowe, zamazane, rekruckie ucha widziały i słyszały, jak naród czcić potrafi Tych, którzy także z rekrutów — stali się bohaterami!

Może na przyszły rok — choć dziesiątek „regularnych karabinów” sprezentuje, broń przed Tymi z pod Radzymina, Ossowa, Wólki?

Juljan Podoski

Kurjer Warszawski
wydanie wieczorne
R. 109, 1929, nr 223

 162 odsłon,  1 odsłon dzisiaj

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.