
Jechałem w ubiegłym tygodniu szosą radzymińską od Radzymina w stronę Wyszkowa. Kilka kilometrów za Radzyminem usłyszałem na szosie strzały i dojrzałem jakąś zbitą karawanę ciągnącą na przeciw. Za chwilę mogłem dojrzeć dokładnie: było to kilkadziesiąt chłopskich fur, na których siedziały kobiety z niemowlętami i malutkimi dziećmi. A za furami kłębił się tłum, sprawiający niesamowite wrażenie. Jak stado owiec w górach, zaganiane przez psy w celu zmiany kierunku, tak samo tu ludzie kłębili się, wpadali na siebie, rzucali się bezładnie w różne strony, jak oszaleli, z oczyma nieprzytomnemi, z ustami często w pianie zastygłej śliny. A jak psy nacierali na nich z nahajami… Niemcy w mundurach oraz żołnierz w mundurze na motocyklu z cywilem, uzbrojonym w rewolwer, w przyczepce.
Poznałem, że to pędzą z któregoś z pobliskich miasteczek. Wtem słyszę strzały. Jakiś niesamowity jęk wydobywa się z gromady, ostrzejszy krzyk bólu, stęknięcie przedśmiertne i brutalne przekleństwo żołdaka. Popędzam woźnicę, by prędzej minąć tę karawanę śmierci, odwracam oczy – wstyd mi, że muszę być świadkiem tych nieludzkich scen.
Mijam koniec karawany. “O, leży ”— mówi woźnica. Z rowu wystercza czerwona podrapana noga, za nią dostrzegam bezwładne, głową na dno rowu rzucone ciało. Na jezdni kałuża krwi. Jedziemy dość szybko naprzód. “O, znów trup” — mówi drżącym głosem woźnica. A tu znów cała kupa trupów. Obraz makabryczny — nie mogę nań patrzeć. Woźnica komunikuje: Będzie ich ze dwadzieścia. Co oni robią, co oni robią… I tak spotykam trupy aż do za krętu drogi, idącej w prawo. Na zakręcie w rowie jakiś stos łachmanów, znów przy nim dwa trupy.
Tak w oczach świadka malowała się droga żydów, wysiedlonych z ghetta tłuszczańskiego. Przed wyruszeniem z Tłuszcza w samym miasteczku zamordowano ich kilkunastu. W drogę wyruszyło około sześciuset, do Radzymina do szło — jak mówią — ponad dwieście osób. Dalszych losów tej karawany śmierci nie znamy.
Robotnik Polski w Wielkiej Brytanji
1942, R. 3 nr 20