
Czytając Gazetę Świąteczną od początku jéj istnienia, zawsze miałem chęć panu Pisarzowi téjże gazety cośkolwiek donieść z naszéj okolicy, — ale zawsze biłem się z myślami, o czém pisać, kiedy w naszéj parafji ludzie nie odznaczają się niczém od ludzi z innych stron. Mówiąc ogólnie są u nas ludzie nie najgorsi, lecz nie można ich uważać za najlepszych i podawać innym za wzór. Oto naprzykład zaniedbują tu bardzo wychowanie dzieci. Wiele jest rodziców, a najwięcej podobno w samym Radzyminie, którzy puszczają dzieci samopas i nie wglądają w ich postępowanie; dzieci też pozostawione bez dozoru, chodzą po ulicy i bąki zbijają, a nawet nieraz zaczepiają dzieci izraelskie i wyrządzają różne psoty tak katolikom jak i żydom. Poszkodowani katolicy i żydzi zmuszeni są udawać się z zażaleniem na dzieci do ich rodziców; ale cóż wtenczas ci rodzice robią? Oto najczęściej zamiast wysłuchać poszkodowanego, a dzieci ukarać, ofukną jeszcze niegrzecznie żalącego się, i ten jak nie pyszny musi wracać zkąd przyszedł. Starsze zaś dzieci, mianowicie zaś chłopcy i parobczaki, którzy letnią porą jeżdżą z końmi na noclegi, robią w polach szkody puszczając konie w koniczynę lub w zboże.
Pewnego razu powstawałem przeciwko takim nadużyciom, ale usłyszałem od jednego obywatela z Radzymina, że to jest rzecz zwykła, tak było dawniéj i tak jest teraz: ten temu wypasie zboże, a ów drugiemu. Ale też całe złe jest w takiem pobłażaniu. Wszyscy pobłażają sobie nawzajem i wszyscy tym sposobem uczą swe dzieci czynić szkody w polu, co przecież jest kradzieżą.
Dużo złego dzieje się na świecie, ale najwięcéj z winy rodziców, którzy źle dzieci wychowują; a co gorsza, że i sami nie dają dobrego przykładu. Bywa też złe i z winy niektórych nauczycieli, rzemieślników i gospodarzy, którzy nie pojmując swojich obowiązków pozwalają malcom na wszelkie wybryki. Nieraz przychodzi mi do głowy, że można by to złe naprawić, ale do tego powinien brać się jeden po drugim wszyscy ludzie, całe społeczeństwo. Tym sposobem z czasem mogłoby przyjść do lepszego, mniéj byłoby kradzieży, mniéj napadów i zabójstw. Niech tylko najpierw rodzice, nauczyciele, majstrowie i gospodarze wpajają w młode pokolenie więcéj miłości Boga i bliźniego, bo można powiedzieć, że téj miłości nie ma wcale u nas, a od niéj tylko wszystko zależy, jak uczył nas sam Chrystus.
Są u nas i tacy, którzy więcéj się zajmują sprawami drugich, niźli własnemi i swojemi dziećmi; odjąć komuś sławę, oczernić, często najniesłuszniéj, to sobie tego wcale nie mają za grzech, ale z tego też trzeba kiedyś będzie zdać sprawę na sądzie Boskim.
W roku zaprzeszłym przybył do Radzymina na miejsce proboszcza i dziekana znany i bardzo szanowany ksiądz T. Kozłowski, który stara się wszelkie złe wykorzenić; ale jego słowa płynące z piersi jak źródło ze skały niewielki dotąd skutek wywarły. Na samym wstępie ksiądz dziekan własnym kosztem wyreparował plebanję, a z pomocą parafjan odnowił front kościoła, który przedtem smutnie wyglądał. Następnie zaczął przemawiać do parafjan, żeby cmentarz grzebalny oparkanić, ponieważ obecnie stojący parkan już jest zrujnowany. Parafjanie też sami zażądali, żeby cmentarz był ogrodzony kamiennym parkanem. Ksiądz dziekan przedstawił im wtenczas, że potrzeba na to zwieźć kamieni, czém oni sami zająć się powinni. Ogrodzenie jednak cmentarza ciągnie się już przeszło rok, a to dla tego, że parafjanie za mało ofiar składają na ten cel. Prawda, że niektórzy złożyli sporo pieniędzy, ale inni to i grosza jeszcze nie dali, a takie oparkanienie cmentarza pociąga za sobą koszt. Spodziewamy się, że przecież w tym roku nasz cmentarz zostanie już całkowicie ogrodzony kamieniem.
Oświata w naszéj parafji stoji nisko. Prawda, że w kościele zobaczyć można dużo modlących się z książek, ale naprzykład o zaprenumerowaniu gazety nikt nie pomyśli. Z kilkuset gospodarzy zaledwie znalazło się trzech w parali takich, co zaczęli sprowadzać Gazetę Świąteczną. Oto ich nazwiska: Piotr Żmijewski z Radzymina, Florjan Putkiewicz z Benjaminowa i Adam Bartkiewicz z Łosia. Ten ostatni z największą ochotą zaprenumerował Gazetę Świąteczną, jak mu tylko wspomniałem o jéj istnieniu. Żona jego — Ewa z Pisarków Bartkiewiczowa — zacna to kobieta, lubi bardzo czytać tak że i na weselu, i na chrzcinach, i na innéj jakiéj zabawie głównie zajmuje się czytaniem. Kilka razy pożyczała ode mnie książek, dla tego, żeby na weselu czytaniem zająć drugich. Należy też oddać jéj sprawiedliwość, że książki pożyczone trzyma, w porządku i oddaje prawie takie same nie zniszczone, jakie wzięła. Piszę tu o niéj, aby wszyscy brali przykład, że na weselu i na innych zabawach można bardzo przyjemnie i pięknie zabawić się czytaniem, i czegoś pożytecznego się dowiedzieć.
Byłoby może więcéj ludzi z parafji zamówiło Gazetę Świąteczną, ale uprzedził mię jakiś kramarz wędrowny, który przed włościanami oczernił Gazetę, a na to miejsce zachwalał swoje książki jakie nosił i sprzedawał, które po większéj części żadnego pożytku nie przynoszą i są bardzo podejrzane. Pokazuje się, że zawsze i wszędzie musi być dwie siły, które walczą ze sobą: złe i dobre; koniec końcem przybłęda i spekułant jakiś zasłużył na większą wiarę, niźli człowiek miejscowy, który życzy dla swojich jak najlepiéj.
Wawrzyniec Żurawski
organista z Radzymina
Gazeta Świąteczna
R. 2, 1882, no 18 (70)