
Był sylwester 1943 roku, mijał czwarty rok wojny, nikt w tym okresie nie umiał przewidzieć jak długo ona jeszcze potrwa. Nie będę tu opisywała sytuacji strategiczno-politycznej, bo nie o tym chcę pisać.
W listopadzie skończyłam czternaście lat, ale były to inne lata niż dziś, byłam po prostu dorosłą dziewczyną. Sytuacja w jakiej żyłam, praca konspiracyjna, czyhające nieustannie niebezpieczeństwo, stałe towarzystwo osób dorosłych (byłam jedynaczką) zaprzepaściły gdzieś mój okres bycia podlotkiem. Byłam po prostu dorosła. A wyglądałam… Byłam wyrośniętą, chudą gidią, za którą już się oglądali chłopcy, co mi nieco imponowało.
Ten dzień był dla mnie WIELKI byłam zaproszona na pierwszego w moim życiu Sylwestra. Miałam bawić się całą noc − inaczej nie można było, bo godziny zabawy wyznaczała… godzina policyjna. Zabawa była doskonała, dobre płyty, dobra muzyka, tańczyłam do upadłego, a umiałam to robić doskonale, bo przed wojną chodziłam na rytmikę i uczyłam się tańczyć. Sylwester odbywał się w leśniczówce, której właściciele byli zaangażowani w pracę konspiracyjną. Towarzystwo, które bawiło się na tym Sylwestrze to podchorążowie konspiracyjnej Szkoły Podchorążych Rezerwy Piechoty, którzy właśnie rano tego dnia zdali końcowe egzaminy. Dziewczęta to łączniczki, sanitariuszki i dziewczęta z patrolu gospodarczego, więc kwiat młodzieży polskiej.
Z leśniczówki wyszliśmy, kiedy było już widno i przez śnieg przedzieraliśmy się do drogi do wsi. W uszach brzmiała mi ostatnia piosenka: „Hanko… bo kiedy usta twe mówią nie, to oczy mówią TAK”. Tę piosenkę pamiętałam długo i często ją w myślach nuciłam w zmiennych kolejach roku 1944.
Zima była mroźna i śnieżna, ale już w początkach marca śnieg zaczął topnieć i zaczęliśmy myśleć o pracach w ogrodzie, o skopaniu grządek… ale jak się okazało, grządki skopał ktoś inny… Gestapo podjęło się tej pracy, ale nie po to, żeby uprawiać ogród, ale żeby poszukać, czy coś w nim zostało zakopane, ukryte, bo w połowie marca Gestapo aresztowało Ojca, Mamę i mnie. Piszę o tym w rozdziale Najdłuższa noc w moim życiu.
Nie będę tu opisywać tych miesięcy spędzonych w więzieniu, gdyż robię to w innych miejscach tej książki. Nie opiszę dziewięciu przesłuchiwań na Szucha, bo o tym nie umiem pisać. One zostawiły tak wielki ślad w mojej psychice, że nie umiem o nich mówić ani pisać bez łez i zdenerwowania, a denerwować się nie chcę. Nie opiszę wielogodzinnych rozmów prowadzonych z Mamą po cichutku, a czasami na ucho, radości z częstych paczek otrzymywanych od Nuny (wiedziałyśmy, kto to jest). Byłyśmy pewne, że o nas myślą na „wolności”, bo dostałyśmy kilka grypsów świadczących o tym.
Nie wiedziałyśmy, jakie są szanse na wydostanie nas z więzienia, z łap Gestapo inaczej niż przez obóz koncentracyjny lub… rozstrzelanie. Na takie rozwiązanie byłam gotowa, Mama może mniej.
Poznałam też w więzieniu kobiety dzielne, zaangażowane w pomoc więźniarkom i działające z narażeniem własnego życia. Nie będę tego opisywać, zrobili to już inni mający lepsze pióra niż moje. W innym tekście opisuję nasze wyjście na wolność. Po pierwszej nocy na wolności u cioci w Zielonce okazało się, że nasze zielonkowskie mieszkanie najechało znów Gestapo i musiałyśmy uciekać gdzieś dalej. Pojechałyśmy do brata Mamy, wuja Edwarda, który już wiedział o naszym uwolnieniu, bo był pierwszym ogniwem, przez które szły pieniądze na nasze wykupienie. Powiedział, że są trudności z wykupieniem Ojca, co nas bardzo zaniepokoiło, ale nie mogłyśmy nic na to poradzić.
Dowiedziałyśmy się, że koło Wielkiej Nocy, przez konspiracyjną komórkę na Pawiaku, przyszła wiadomość, że nas wszystkich rozstrzelano. Rozpacz w rodzinie była wielka, ale po pewnym czasie wujek dowiedział się, że żyjemy. Byłyśmy goszczone i fetowane, ale też u wujostwa nie mogłyśmy długo mieszkać, żeby ich nie narażać. Byłyśmy jak ścigana zwierzyna.
W tej rozpaczliwej sytuacji były też jasne dni. Takim był 6 czerwca, kiedy przyszła wiadomość o inwazji Aliantów na Francję. Byłyśmy tego dnia zaproszone na obiad do Nuny. Świętowano inwazję i nasze uwolnienie.
Pod koniec czerwca wujek wynajął dla nas pokój w Świdrze, w bardzo dobrym miejscu, bo pełnym przyjezdnych letników, wśród których łatwo było się ukryć. Ze Świdra któregoś dnia musiałyśmy pojechać do Warszawy, idąc na dworzec spostrzegłyśmy, wprawnym okiem konspiratorek, że coś na ulicy jest inaczej niż co dzień. Tu stoi jakaś parka i niby się czuli do siebie, ale są jacyś sztywni, tam dwóch chłopaków pali papierosy, ale oczka jakoś im nienaturalnie biegają w różne strony. Wyglądało to na obstawę. Wszystko się wyjaśniło kiedy z pociągu, który przyszedł z Warszawy wysiadł, dobrze nam znany, Inspektor Szkoły Podchorążych AK. Spostrzegł nas i stanął jak wryty, wahał się, czy do nas podejść. W końcu sprężystym krokiem oficera zawodowego, poszedł w naszym kierunku, podchodząc i nie patrząc na nas, rzucił w przestrzeń: „a Wiktor?” Mama odpowiedziała też w przestrzeń: „w obozie”. On coś jeszcze powiedział i odmaszerował (inaczej tego nazwać nie można), a my zostałyśmy rozbawione.
W połowie lipca widać było wyraźny popłoch wśród Niemców, wówczas wezwano nas do powrotu do Zielonki. Zamieszkałyśmy u naszych przyjaciół, z daleka omijając nasz dom, tak na wszelki wypadek, zresztą wiązały się z nim tak przykre wspomnienia, że nic nas tam nie ciągnęło. Wróciłyśmy obie do dawnej roboty konspiracyjnej.
Pod koniec lipca wyraźnie słychać było front, grzmiały armaty, latały samoloty. Niemcy zwijali swoje administracyjne placówki. Pewnego ranka powitały nas czołgi radzieckie. Nie bardzo było wiadomo, jak się do nich ustosunkować? Czy to czołówka regularnej armii, czy tylko podjazdy? Wydano rozkaz, żeby rozbrajać Niemców, którzy bez oporu oddawali broń i resztę uzbrojenia. Nadano komunikat, że „czołgi radzieckie są na przedpolach Pragi” i to była prawda, bo Zielonka to 10 km od Pragi. Tylko, że tych czołgów było kilka i jak się później okazało, o 50 km od regularnej armii, ale komunikat poszedł w świat i był jednym z czynników podjęcia decyzji o wybuchu Powstania Warszawskiego, które miało objąć także i prawobrzeżną dzielnicę Warszawy – Pragę.
Nocą z 29 lipca na 30 lipca na tory w Zielonce wjechał niemiecki pociąg pancerny i rozstrzelał północną część osiedla. Czołgi się wycofały, a z nimi znaczna część naszych AK-owskich żołnierzy, dobrze już uzbrojonych. Jaki będzie stosunek bolszewików do żołnierzy AK nie bardzo było wówczas wiadomo. Doszły nas słuchy, że 1 sierpnia wybuchło Powstanie Warszawskie po obu stronach Wisły, ale z braku wsparcia Powstanie na Pradze zostało odwołane i zeszło do podziemia. Biła się dzielnie Warszawa i bardzo nas bolało to, że nie mogliśmy jej pomóc.
Przeniosłyśmy się do naszego starego mieszkania, a raczej do naszej piwnicy, bo nocą podchodzili bolszewicy, a w dzień byli Niemcy, a te przepychanki nie odbywały się pokojowo, były pełne strzelaniny z armat, czołgów i innej broni, latały samoloty i czasami bombardowały jakieś cele, po prostu byliśmy na froncie. Mówiono po cichu, że nas chyba wysiedlą, bo tędy będzie szło główne natarcie na Warszawę. W końcu sierpnia te pogłoski stały się pewnikiem. O przygotowaniach do ewakuacji piszę w innym miejscu tej książki.
4 września kazano nam opuścić domy i iść na Pragę do kościoła św. Floriana. Uciekłyśmy z tej kolumny ludzi wypędzonych, do domu wujostwa Edwardów. Wraz z nimi i pracownikami Monopolu Spirytusowego, gdzie oboje oni pracowali, zostałyśmy przewiezione do Żyrardowa. Nigdy nie zapomnę przejazdu przez Warszawę dnia 8 września, kiedy ogłoszono jednodniowe zawieszenie broni dla wywiezienia z miasta rannych i wyjścia starców i dzieci. Późnym popołudniem dotarliśmy do Żyrardowa. Po kilku dniach „mieszkania” w gorzelni i spania na korkach od butelek znaleźliśmy mieszkanie na wsi Teklin. Mieszkanie to za duże słowo, była to jedna izba na sześć osób, w wiejskiej chacie. Z naszej grupy trzy osoby miały pracować w gorzelni, a z Teklina było bardzo daleko. Znaleziono nam lokum w centrum Żyrardowa, gdzie zamieszkaliśmy. Ja zostałam włączona w „komplet” nauki, wujostwo poszli do pracy.
Życie jakby się ustabilizowało. Nic nie wiedziałyśmy o Ojcu, który był w obozie koncentracyjnym w Stutthofie, nie było możliwości przesłania mu paczki z żywnością ani nawet listu, co bardzo nas gnębiło. Nadchodził czas Bożego Narodzenia, którego bardzo się bałam. Nie było choinki, bo nikt jej nie chciał. Wigilia była postna to znaczy kartofle i śledź gdzieś zdobyty przez ciotkę. Nie dzieliliśmy się opłatkiem, bo nikt nie chciał płakać. Gromada ludzi bez miejsca do życia i bez perspektyw na najbliższą przyszłość. Front stanął na Wiśle, a co za tym frontem było też nie wiadomo. W takim minorowym nastroju dotrwałam do sylwestra i wtedy, jak się dziś mówi „puściły mi nerwy”. Ten wieczór i noc spędziłam siedząc na worku kartofli i zlewając się łzami, wspominając miniony rok i poprzedniego sylwestra. Tak minął rok 1944.
Biała apaszka
wspomnienia Janiny Kowalskiej “Mirka”,
najmłodszej łączniczki AK II Rejonu “Celków”
Towarzystwo Przyjaciół Zielonki
Zielonkowskie Zeszyty Historyczne Nr 3/2016