O Stanisławie Szpotańskim

Stanisław Szpotański umarł z piórem w ręku. Niespodzianie dla najbliższej rodziny, dla samego siebie, z niepowetowaną szkodą dla piśmiennictwa polskiego. Wielki talent, wielka wiedza, umysł głęboki. Niedoceniony jako powieściopisarz, nie dość rozsławiony, jako historyk kultury polskiej, zamało przytaczany, przedrukowywany, jako publicysta. Nie mówię o człowieku. Rzadkiej był szlachetności, ujmujący, wyrozumiały, serdeczny bez frazesów. Zakochany w Polsce, że mógłby powiedzieć za Mochnackim: „Jedynym romansem mego życia była Polska”.

Dał najświetniejsze, najwszechstronniejsze, najbardziej wyczerpujące i odkrywcze dzieło o Adamie Mickiewiczu i o epoce mickiewiczowskiej; dał najznakomitszą powieść o ziemiaństwie polskiem z okresu pozytywistycznego, popowstaniowego, rzecz zatytułowaną „Czerwone maki”, galerję mistrzowsko nakreślonych typów i charakterów, zbiorowy portret ludzi, poprzez których oglądamy niewesoły czas upokorzenia narodowego w Polsce po roku sześćdziesiątym trzecim. Ale powieść nie jest smutna. Ukazuje wady, przywary, słabości Polaków tamtego okresu, z niezwykłą jasnością ukazuje mankamenty naszego charakteru, i przecież czytanie „Czerwonych maków” sprawia przyjemność, więcej, rozkosz, w takiem umiłowaniu polskości rzecz jest poczęta i oddana, tak serdeczne węzły krwi rodowej łączą Butora powieści z jej bohaterami. „Czerwone maki” nie są satyrą, dlatego nie drażnią. Bo satyra chłoszcze, przypieka, zawiera w sobie pierwiastek złości i nawet mściwości. „Czerwone maki” wykwitły z innej duchowej gleby, w innej się zaczerwieniły atmosferze: są komedją. Komedja nie używa bata, nie karci uderzeniem, piętnuje grzechy przez samo uśmiechnięte ich odsłonięcie. Nie ma w sobie zapamiętania, czaruje błękitem pogody, łagodnością mądrości. Pod tym względem „Czerwone maki” stoją na szczycie kultury, bo komedja jest szczytem kultury. Komedja jest nietylko formą literacką, jest przedewszystkiem postawą wobec życia, filozofją. Nie wie się o tem jedynie u nas, gdzie krytykę literacką uprawiają przeważnie dyletanci.

I właśnie przez ten dotkliwy brak naszego piśmiennictwa, przez to, że w dziedzinie krytyki literackiej tylko od czasu do czasu miewamy pisarza prawdziwie utalentowanego i posiadającego wiedzę zawodową, tak fantastycznie wygląda rozdawnictwo tytułów do sławy i do uznania w dziedzinie naszej współczesności piśmienniczej. Niefachowości i niedokształceniu przeważnej ilości naszych oceniaczy słowa pisanego zawdzięczamy ten fakt zdumiewający, a zawstydzający, że naprzykład w książce o nowej literaturze polskiej, w książce wydanej przez jedną z najpoważniejszych firm księgarskich polskich, brak omówienia twórczości Szpotańskiego. Autor tej książki, rzekomy krytyk i historyk, a wieloletni pedagog literatury polskiej, omawiający w swojem pseudodziele nawet debiuty miernot pisarskich, nie dostrzegł cyklu historycznych powieści Stanisława Szpotańskiego. Nie dostrzegł! Jak ów osobnik z bajki Krylowa, ów entuzjasta muszek i muszeczek, człowiek w zoologicznem muzeum, widzący wszystko, oprócz słonia. Nie dostrzegł fenomenalnej powieści o rzezi galicyjskiej, o Szeli, |powieści, napisanej z wizjonerską siłą. Rzecz nosi tytuł „Bez ziemi i bez nieba” i tak jest wnikliwem spojrzeniem w ową straszliwą chwilę dziejową, takiem jest spenetrowaniem owego dziejowego kwadransa politycznego meternichowskiej intryganckiej Austrji na polskim odcinku, takiem jasnowidzkiem wdarciem się w duszę chłopską, w duszę szlachecką i w duszę tego niezwykłego chama, jakim był wodzirej rzezi galicyjskiej, Szela, że niewiele powieści w literaturze nietylko polskiej, ale i światowej, może się poszczycić równą maestrją ujęć psychologicznych i historjozoficznych. A wszystko to bez dysertacji, w elementach rdzennie powieściopisarskiego artyzmu. I ten wielki talent wytwarzania jednem słowem atmosfery danego miejsca, danego środowiska! Opis małego miasteczka, wsi, dworu, pałacu wiedeńskiego, lasu, pola, odbywa się u Szpotańskiego jakgdyby niechcący. Szpotański wywołuje wrażenie miejscowości tak lapidarnym zwrotem, że to jest aż nieprawdopodobne. Jak gdyby w przecinku, w kropce, czy średniku, zawarł esencję zapachu leśnego i widok różnorako rozrosłych sosen, świerków, krzaków olszowych, promień słoneczny, lecący na piach poprzez ruchome liście brzozy i przezroczystość powiewu z nad rzeki, śliskość wywoskowanej posadzki salonowej, zaduch izby wieśniaczej, rozgwar tłocznego zebrania. Naszkicowany w półzdaniu jeden ruch ręki swarnej karczmarki małomiasteczkowej, stawia przed czytelnikiem plastycznie całą od stóp do głów, postać przyszłej du Barry chłopskiego dyktatora.. Pisząc powieść, Szpotański widzi, słyszy i prawie dotyka swoich bohaterów, potyka się z nimi o nierówności gruntu, ich nozdrzami wchłania zapachy i swędy, ich oczami przejmuje różnoraki świat dookolny, ich uszami odbiera monotonną, to jaskrawą, to przedziwną, muzykę dnia powszedniego.

Szpotański posiada arcyrzadki genjusz przelewania w słowo tych tajemniczych witamin, które pulsują zmiennem tętnem w otaczającej nas tak zwanej rzeczywistości. Był niezwykle czułą membraną literacką tej rzeczywistości. To też element, który pospolicie nazywamy życiem, faluje nieustannie w dziełach Szpotańskiego, jak morze. I ciszę się tu słyszy, niemal tak wyraźnie, jak warczenie grzmotu, i z piorunami się tu obcuje, niby z własnem biciem serca, i niebo i obłoki i chmury i gwiazdy są w powieściach Szpotańskiego dotykalne, ocierające się o nas, ruchliwe, i czujemy się pośród nich, niby w nich skąpani, gdy powieściowe słowo Szpotańskiego o nie trąci.

Nadmiar pracy publicystycznej odrywał Szpotańskiego od pisania powieści. Albo raczej historyk, publicysta, działacz społeczny, (nie polityk) długo w Szpotańskim nie dopuszczali do głosu powieściopisarza. Szpotański – uczony długo nie wiedział, że jest urodzonym powieściopisarzem. I później, kiedy już pisał powieści, historyk zahamowywał w nim nieraz polot pióra powieściopisarskiego. Nieraz dał w fragmencie, co się prosiło o rozdział, nieraz naszkicował, co należało rozwinąć, zanucił, co trzeba było zaśpiewać. Jakgdyby go żenował jego wielki talent powieściopisarki, wstydził się efektu, najuczciwszego, najartystyczniejszego, najrdzenniej powieśdopisarskiego. To i owo niedociągnięcie, jak to się mówi w gwarze literackiej, spowodował w niektórych powieściach Szpotańskiego pośpiech, czyli brak czasu, czyli nieodkładalną praca zarobkowa. Arcygorzkie warunki dzisiejszego życia literackiego zepsuły mu przecież tylko jedną powieść: o Pustowujtównie. Wszystkie inne powieści Szpotańskiego są świetne, niektóre znakomite, wszystkie niezmiernie zajmujące i na takim poziomie europejskości, że jedną z nich, „Wróżkę”, drukował w odcinku paryski „Journal des Débats”, dziennik, reprezentujący najwyższe sfery kulturalne Francji. Przekładu „Wróżki” dokonał p. Paul Cazin, jedno z najwybitniejszych współczesnych piór francuskich.

Już po śmierci Szpotańskiego wchodzi na półki księgarskie, wspomniana przeze mnie na początku ostatnia jego powieść, urocza, zachwycająca, pogodnie ironiczna, o ziemianach polskich z przed lat pięćdziesięciu, drukowana tak niedawno w „Kurjerze Warszawskim”, „Czerwone maki”. Czerwone — śród bladych przeważnie kwiatów naszego dzisiejszego powieściopisarstwa. Widoczne zdaleka. Jakgdyby sam je sobie rzucił na wzgórek grobowy. Będą w literaturze odtąd niewiędnące. żywe na wieki, przez talent, który je stworzył.

Wacław Grubiński

Kurjer Warszawski
wydanie wieczorne. R. 116, 1936, no 130

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.