O wczesnej, jak na Warszawę, godzinie, na dworcu wileńskim zebrało się liczne grono tych, którzy zapragnęli oddać ostatnią usługę znakomitemu pisarzowi i tak niepowszedniemu człowiekowi, jakim był ś. p. Stanisław Szpotański, publicysta, literat i uczony.

Pociąg staje w Kobyłce. Z wagonów wychodzi liczny zastęp tych, którzy pisarza znali, cenili i kochali. Długim różańcem rozwija się korowód ludzi, zdążających polnemi drogami do świątyni parafjalnej, gdzie na skromnym katafalku, w świetle jarzących się świec spoczęła trumna z drogiemi dla nas szczątkami. W pięknej barokowej nawie, na tle starych malowideł ściennych, tuż u stóp ołtarza, w niemym spokoju zakrzepło serce, bijące tak gorąco dla wszystkiego, co polskie, co wielkie i jasne, a które tak nieoczekiwanie zamilkło na wieki. U głowy stalowej trumny, symbolizującej na jawie duszę ze stali tego, który odszedł, pęk żółtych dżonkili, wpiętych za klamrę, a złożonych przez tych, którzy mu byli najbliżsi i najdrożsi.

Zastępca miejscowego proboszcza ks. wikary Jerzy Kowalski odprawia mszę św. Na chórze śpiewają soliści miejscowego chóru. Świadomi są wszyscy, że odszedł pisarz i patrjota nietylko niezwykle skromny i cichy, lecz również jeden z tych mężów, którzy odchodzą w wieczność na dobrze zasłużony odpoczynek, z głębokiem przeświadczeniem, iż pracowali do ostatka, do ostatniego momentu, kiedy utrudzone serce nie wytrzymało wysiłku i nagle bić przestało.

Stanisław Szpotański

Po odprawieniu pień żałobnych trumnę podejmują na ramiona przedstawiciele miejscowej gminy z pp. wójtem J. Olszewskim i sekretarzem Żółtowskim na czele. Kondukt prowadzi kanclerz kurji metropolitalnej ks. prałat Zygmunt Choromański w asyście ks.ks. kanoników: Marcina Szkopowskiego, Mieczysława Krygiera oraz ks. wikarego J. Kowalskiego. Drogą między podwójną aleją brzóz, przesłoniętych zieloną mgłą pierwszego rozwoju pąków, kondukt żałobny, poprzedzany przez dziatwę ze szkoły powszechnej ze sztandarem, zmierza ku cmentarzowi. Po wkroczeniu we wrota cmentarne uczestników pogrzebu ogarnia nagle bezmiar wiosennej ciszy i spokoju. Kondukt powoli zbliża się ku skromnemu wzgórkowi piasku, pod którym wmurowano ostatnie schronienie dla naszego drogiego przyjaciela i kolegi. Ks. kanonik Szkopowski odprawia ostatnie ceremonje żałobne, U stóp trumny w niemej boleści klęczy najwierniejsza towarzysz|ka pracy literackiej Zmarłego, wdowa wraz z dwojgiem dzieci oraz brat. p. Tadeusz Szpotański, w otoczeniu najbliższej rodziny.

Ceremonja kościelna jest skończona. W tej chwili do trumny zbliża się red. Konrad Olchowicz, prezes Tow. literatów i dziennikarzy polskich, który zabiera głos w imieniu tej organizacji oraz najbliższych kolegów redakcyjnych. Przemówienie to brzmi jak następuje: Na wieczne odpoczywanie odchodzi pisarz, który nigdy za życia nie zaznał chwili wypoczynku. Jakaś siła przemożna, jakiś nakaz wewnętrzny pchały Go wciąż naprzód w nieustannym trudzie pisarskim, bez wytchnienia. Aż przyszła śmierć… Zastała Go dosłownie na posterunku z piórem w ręku. Z tern piórem, które nie zawodziło Go nigdy, aż dopiero śmierć Mu je z ręki wytrąciła. Obcując od lat najmłodszych z wielkimi naszymi romantykami, w ich wzór górny zapatrzony, ś. p. Stanisław Szpotański był jednym z tych dziś już coraz mniej licznych, którzy pisarstwo nie jako fach, rzemiosło, lecz jako posłannictwo od Boga dane rozumieją. Poczucie tej misji do spełnienia było w Szpotańskim niezmiernie zawsze żywe. Zaświadczyć o tem może chociażby rozległość i różnolitość Jego dorobku pisarskiego. Dzieła naukowe, oparte na gruntownej znajomości historji, powieść, dramat, artykuły publicystyczne — oto cenne pozycje dorobku Szpotańskiego.

Znał dobrze przeszłość, miał żywy kontakt z teraźniejszością, umiał patrzeć w daleką przyszłość. — To były wielkie, zasadnicze fundamenty Jego twórczości. Niekiedy ludziom, zdaleka obserwującym działalność pisarską Zmarłego, zdawać się mogło, że było w niej coś ze szlachetnej donkiszoterji. Ale to tylko złudzenie ludzi przyziemnych; nawykłych do zamykania swych horyzontów w granicach codziennej powszedniości, którzy biorą własne pole widzenia za rzeczywistość. A ta rzeczywistość jakże inna bywa często w istocie. Szpotański historyk znał wymowę przeszłości, odczuwał tętno dnia dzisiejszego, a wzrokiem wizjonera widział niedostępne dla wielu perspektywy dalekiej przyszłości. Nie wojował więc On, jak ów bohater cervantesowski, z wiatrakami urojonych niebezpieczeństw. Walczył zawsze w obronie niepodległej duszy narodu, jako jeden z najwierniejszych i najczujniejszych jej strażników, jako żywe ucieleśnienie duszy polskiej w najczystszym, nieskalanym kształcie.

Dziś, gdy oddajemy ziemi na wieki prochy Stanisława Szpotańskiego, powinniśmy sobie jasno zdawać sprawę z tego, że ziemi oddajemy jednego z najlepszych jej oraczy, który pługiem Swego talentu tę ziemię pracowicie przeorał; że oddajemy ziemi jednego z najtęższych siewców, który szlachetnem ziarnem płodnej myśli twórczej tak hojnie zagony ojczyste poobsiewał. Żywo mi w tej chwili stają w pamięci tytuły trzech powieści Szpotańskiego, zawierające w sobie pojęcie nieobecności: „Bez słońca”, „Bez ziemi i bez nieba”, „Bez miejsca na świecie”. Naprzekór niejako tym trzem tytułom, słońce było w duszy Jego zawsze, ziemi oddajemy dziś popioły Jego, gdy dusza słoneczna ku niebu się uniosła, a miejsce na świecie? – to miejsce znaleźć się musi niechybnie w trwałej, niewygasłej pamięci ludzkiej.

Zbliża się chwila ostatecznego rozstania. Trumnę składają do mogiły. Kwiecą ją wieńce od rodziny, od wydawnictwa „Kurjera Warszawskiego”, od kolegów redakcyjnych, od Tow. literatów i dziennikarzy, od gminy miejscowej i inne. W ostatnim momencie, jakby symbolicznie nad świeżo zamurowanym grobem ś. p. Stanisława Szpotańskiego zawisają ciężkie chmury żałobne i niebo płacze białym deszczem gradu. W niemem milczeniu i kornej modlitwie chylą się głowy tych wszystkich, którzy przybyli oddać ostatnią posługę. Obecni są m. inn. b. prezes ministrów jen. Władysław Sikorski, b. prezes ministrów sen. Artur Śliwiński, minister pełnomocny p. Józef Wielowieyski, prezes Związku wydawców p. Feliks Mrozowski, prof. Marceli Handelsman, prof. Stanisław Stroński, dyrekcja Polskiego Radja w osobach p. prezesa R. Starzyńskiego, dyr. P. Góreckiego i dyr. Karaffy-Kreuterkrafta, prezes Związku hallerczyków płk. Izydor Modelski, delegacja Tow. Literatów i dziennikarzy pp.: A. Bogusławski, J. A. Hertz, L. Chrzanowski i M. Rulikowski. Zaznaczyć się godzi, że wiele pozatem osób ze świata literackiego i z poza niego, zpośród szerokich kół czytelniczych wybrało się z Warszawy na pogrzeb.

Po przelotnej niepogodzie nad cmentarzem znowu pojawia się słońce, krasząc swemi blaskami rozwijające się listowie wiosenne, śmierć tego, który od nas odszedł, na tem tle staje się niejako dokładnym wyrazem tej rzeczywistości, iż jakkolwiek odszedł od nas ciałem, duchem pozostanie zawsze nietylko przy nas, lecz również wśród tych licznych rzesz, które swojem gorącem i słowem i sercem związał ze sobą.

Kurjer Warszawski
wydanie wieczorne. R. 116, 1936, no 108

 122 odsłon,  1 odsłon dzisiaj

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.