W ubiegłą sobotę (d. 27 czerwca) nieoczekiwana wieść o śmierci Jana Adamowicza — Pilińskiego do głębi serc zasmuciła przyjaciół, kolegów i znajomych. Liczne to grono bolało nad przedwczesnym i niespodziewanym zgonem, wszyscy żałowali serdecznie człowieka szlachetnego, działacza wytrwałego, ducha i doradcy nieocenionego. Ale gdy wieść o śmierci jego przyprowadziła dawniejszych jego towarzyszy i przyjaciół z Galicyi i gdy ci opowiedziedzieli dzieje jego życia na tle tych opowieści i wspomnień sylwetka zmarłego zarysowała się silnie, a odkrycie wielu dotychczas przez najbliższych zaledwie przeczuwanych walk, które zmarły otaczał, rzuciły promienne światło na tę niezwykłą postać.

Był to człowiek idei i czynu: idei przepięknej, o którą walczy na swój sposób cała plejada teoretyków, idei odrodzenia ducha, ciemiężonego przez reakcję, idei podniesienia dobrobytu moralnego, i stalowego, konsekwentnego czynu, wytrwale i z zapałem uskutecznianego pomimo ciężkich serdecznych ofiar dla urzeczywistnienia tej idei. Prześladowany niemal pod swoim nazwiskiem — zzuwa je z siebie — przyjmuje imię Adamowicza i wszedłszy na nową, „bezpowrotną drogę” — on, inżynier, przywykły od urodzenia do dostatku i wygód, odziany w szarą bluzę robotniczą, pracuje krwawo nie dla zdobycia sobie bytu materjalnego i względnej niezależności, ale dla wzniosłych celów, któremi dla niego były ideały odrodzenia. W odzieży cuchnącej ropą nafcianą, rękoma zgrubiałemi i zczerniałemi od pracy przy machinach wiertniczych, przewracał kartki dzieł ukochanych wieszczów Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego, studjował i zaszczepiał sobie „Ideę Polską” Szczepanowskiego.

Zbliżywszy się do Sewera Maciejewskiego i Kazimierza Odrzywółskiego, zyskuje ich przyjaźń i czerpie od nich ożywcze i silne prądy patrjotyzmu. Odbywszy przymusową wprost tułaczkę w Tunisie, powrócił stamtąd do Galicji, aby tu stać się współdziałaczem inżyniera Wolskiego, blizkiego wszelkim dążeniom i pracom Szczepanowskiego, tam już dał się przerzucać ze swej obfitej i pożytecznej działalności.

Poprzedzony zaszczytnem imieniem działacza społecznego przybył do Warszawy w 1905 roku. Chaos w życiu i pojęciach, wywołany wypadkami tego roku, nie zdołał zachwiać tej silnej, niemal spiżowej postaci. Nietknięty w swych czystych zamiarach żadnemi zboczeniami chwil burzliwych, wytrwale stał na swej placówce i wielkiem i gorącem ukochaniem swej idei wcielał ją w czyn. „Przez lud do ludu” dla niego nie było szumnym frazesem, ani hasłem pseudo demokratów, hołdujących modzie i świeżym prądom — ale było ujęciem w pewną określoną formułę jego idei.

„Przez lud”… Jan Piliński zrozumiał życie z ludem i żył z nim i z nim przez „Siewbę” szedł „…do ludu”. Jego „przez lud do ludu” to „Siewba”, to kółka Staszycowskie, to zbratanie się i zżycie z siermiężnymi obywatelami, przeżywanie wraz z nimi ich bólów i radości, zawodów i powodzeń — to jego pełne prostoty, bogate głębią wiary, mocne przekonaniem i szlachetne wzniosłymi celami odczyty, pogadanki i pouczania dla ludu szczególnie przeznaczone, a podawane im słowem żywem lub pisanem we wszystkich pismach szeczerze tej sprawie współczujących.

W szeregu artykułów drukowanych w „Siewbie” „Ludzie roboczym” „Prawdzie” „Epoce” „Witeziu” i innych, ustawicznie przebijała się ta moc ukochania i moc wytrwałej dążności do urzeczywistnienia „Idei Polskiej”. Trzyletnia jego działalność w Królestwie Polskiem przyniosła — jak na nasze leniwe i apatyczne stosunki, a zwłaszcza na klerykalną i nieklerykalną reakcję — niemałe owoce. Zmarły je widział, lecz nie przeceniał; powtarzał zawsze, że dużo więcej jest jeszcze do zdziałania, i w pracy nie ustawał. Nad pracą tą, w chłopskiej chacie i wśród ukochanych i kochających go chłopców zmarł przedwcześnie, nie zdążywszy w połowie nawet ukończyć swego dzieła.

Zgon jego, którego skutki dla ogółu dziś jeszcze są mało zrozumiałe, ma dotkliwie smutne znaczenie, tym,bardziej, że narazie nie pozostawił po sobie godnego siebie zastępcy. Odczuli to towarzysze jego prac, czują to ci, dla których poświęcał swą wiedzę, pracę i życie, i, zgromadziwszy się tłumnie na pogrzebie, dali wyraz swemu uczuciu w wygłoszonych mowach i ze zbolałego serca płynących łzach.

Umarł człowiek — w pamięci jego najbliższych zatrze się może jego postać, — ale nie zamrą nigdy jego czyny, które podzielą po nim jego przyjaciele i naśladowcy.

Stefan Wężyk

Społeczeństwo
tygodnik naukowo-literacki, społeczny i polityczny
R. 1, 1908, no 27

 214 odsłon,  1 odsłon dzisiaj

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.