We wsi Głuchach w powiecie radzymińskim, gub. warszawskiej, był dnia 23 marca smutny wypadek. Właściciel Głuch, 29-letni Jerzy Jeziorański, powróciwszy z Małopola, gdzie w gorących słowach zachęcił gospodarzy do założenia kółka rolniczego, chciał właśnie zsiąść na podwórzu z ulubionego konia, kiedy ten z niewiadomej przyczyny stanął dęba i przewrócił się na bok przygniatając całym ciężarem jeźdźca. Pośpieszono z pomocą, ale nieszczęsny młodzieniec już nie żył; skutkiem silnego uderzenia w skroń, śmierć nastąpiła na miejscu.

Kiedy żałobna wiadomość rozbiegła się po okolicy, powracający z Małopola gospodarze nie chcieli jej wierzyć: toć dopiero co ukochany ten sąsiad tak gorąco do nich przemawiał, że po przemowie jego stu zapisało się na członków kółka. A oto już podobno nie żyje! Zgasł tak przedwcześnie, a spodziewali się, że będzie tak pożytecznym dla kraju!

Urodzony w Tarczynie pod Warszawą w roku 1877, ś. p. Jerzy pochodził z rodziny zasłużonej krajowi. (Jeden stryj jego, Jan Jeziorański, poniósł śmierć w czasie powstania roku 1864, drugi, Antoni, był w temże powstaniu jenerałem). Wychowany w domu zacnym, ś. p. Jerzy pierwszą młodość spędził w Warszawie uczęszczając do szkół, potem wyjechał do Pruszkowa na Szlązku, gdzie ukończył nauki w wyższym zakładzie naukowym ogrodniczym, potem jeszcze podróżował zagranicą, aby uzupełnić swe wykształcenie, wreszcie powróciwszy do kraju, nabył wieś Laskowo-Głuchy i tu po kilkoletniej żarliwej pracy zaprowadził na zaniedbanym kawałku ziemi gospodarstwo drobne, ale utrzymane wzorowo; między innemi prowadził hodowlę szparagów, szkółki owocowe, piękny sad i gospodarstwo mleczne.

Bolała go ciemnota w okolicy i nieufność sąsiadów; wszelkiemi siłami starał się ją zwalczyć i dokazał tego, że ci sami, którzy zpoczątku mu nie dowierzali, potem lgnęli doń jak do brata. Przyjaźń ta pomiędzy zmarłym a włościanami w okolicy wzmogła się szczególniej w roku 1905, kiedy objeżdżając osobiście wszystkie wsie w gminie, poruszył serca sąsiadów gospodarzy dla głodnych robotników w Warszawie. Wtedy przyjechał z Radzymina do Warszawy na czele czterdziestu furmanek z kartoflami, które włościanie złożyli głodnym braciom w ofierze. Kiedy przed rokiem pożar nawiedził wieś Małopole, zmarły nietylko pośpieszył na ratunek, ale potem pierwszy pomyślał o niesieniu pogorzelcom pomocy i zbierał dla nich zapomogi po dworach. Gmina Małopole postanowiła wmurować w kościele w Dąbrówce tablicę z napisem świadczącym o cnotach zmarłego i o wdzięczności jego sąsiadów rolników.

Pokój mu wieczny!

Gazeta Świąteczna
wychodzi w Warszawie na każdą niedzielę
R. 27, 1907, no 15 (1367)

 48 odsłon,  1 odsłon dzisiaj

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.