
Policja powiatu warszawskiego na tropie zbrodniarza
Na całej linii Warszawa—Radzymin poprzez Targówek Zacisze, Strugę i Pustelnik nie mówi się o niczym innym jeno o skrytobójczym morderstwie, dokonanym wieczorem dnia 16 bm. przez tajemniczego zbrodniarza na osobie komendanta posterunku Policji Państwowej w Markach, przodownika Stanisława Gossa.
Zbrodnia, o której zresztą pierwsi donieśliśmy wczoraj w formie jak najobszerniejszej, zadziwia wszystkich niezwykłą zuchwałością zamachowca, jak i niesamowitymi po prostu okolicznościami, w jakich się rozegrała. Słyszy się o morderstwie już nawet w tramwaju linii Nr. 18, zdążającym w kierunku stacji kolejki mareckiej. W dusznym, niesłychanie przepełnionym wagoniku snują cym się za dychawicznym samowarkiem, rozprawiają o zbrodni robotnicy, kobiety, młodzież.
— Czy zabity cieszył się ogólną sympatią? — pytamy w pewnej chwili jednego z robotników — Czy raczej należałoby przypuszczać, wrogów?
— Jak można na takim stanowisku nie mieć wrogów?!… Każdy posterunkowy niech tylko swoją powinność wypełnia, to zaraz znajdzie niezadowolonych, a cóż dopiero komendant posterunku, do którego przecież nie same tylko Marki należały, ale cała gmina! Miał wrogów, proszę pana, miał…
Z dalszych rozmów w kolejce jeszcze prowadzonych dowiadujemy się też mniej więcej w jakim środowisku szukać należy zbrodniarza, który nie zawahał się wyczekiwać pod parkanem wśród głuchej nocy, aby wreszcie, jak należy przypuszczać, znaleźć odpowiednią chwilę do wykonania swej zemsty.
Na miejscu, w Markach zdążamy bezpośrednio w kierunku kościoła, za którym mieści się właśnie urząd gminny i komenda posterunku. W pobliżu miejsca skrytobójczego mordu gromadzi się ciągle tłum. Tłum, w którym wszyscy „najpierw widzieli, najpierw słyszeli, najpierw znali”. Z dokonanych tu obserwacji nabieramy wkrótce przekonania, że zbrodniarz znał swoją ofiarę doskonale i znał również wyśmienicie rozkład zabudowań gminnych, a zbrodnię wykonał według następującego najbardziej prawdopodobne go opisu jednego z najbliższych sąsiadów:
— Noc ze środy na czwartek była niezwykle ciemna. — mówi on — z bliska nic nie było widać i łobuz wiedział dobrze, że nikt go nie spłoszy. Komendant wyszedł o wpół do dziesiątej ze światła i tym bardziej jeszcze poczuł się oślepiony ciemnościami nocy. Przystanął więc na chwilę, aby się nie przewrócić, ale tę właśnie jego ostrożność wykorzystał zbir, żeby jednym celnym strzałem położyć ś. p. Gossa trupem na miejscu.
Morderczy strzał do przedstawiciela bezpieczeństwa oddany został, jak już podawaliśmy, z dubeltówki, ładowanej grubą śruciną i w następne kilka minut spowodował śmierć Stanisława Gossa, a zarazem sieroctwo żony i czworga małych dzieci…
Zawiadomione o morderstwie władze policji powiatowej przybyły wkrótce do Marek i podjęły dochodzenie, które według naszych informacji zakończyło się wczoraj wykryciem mordercy. Zbira zdradziła przede wszystkim fuzja jako narzędzie zbrodni dość rzadko stosowane. Oczywiście również i alibi jego zawiodło, bowiem ani w godzinie zbrodni, ani po jej wykonaniu nie było mordercy w domu.
Niestety ze względu na dobro śledztwa nazwiska i bliższych danych o mordercy podać nie możemy, choć mamy niezłomną nadzieję, że władze śledcze upoważnią nas do tego już lada godzina.
Ostatnie Wiadomości Poranne
1938, nr 171