Stefania Kalinowska
Osiemdziesićcioletnia Stefania Kalinowska, mieszkanka Jadowa, nie dość, że jest sprawną, energiczną kobietą, do tej pory czynną zawodowo, to na dodatek ma wyśmienitą pamięć. Daty, zdarzenia, nawet szczegóły sprzed kilkudziesięciu lat pamięta, jak by to było wczoraj. Jak dla większości ludzi w jej wieku najbardziej traumatycznym doświadczeniem życiowym była ostatnia wojna.
Ojciec pani Stefanii był rolnikiem we wsi Podbale położonej na terenie gminy Jadów.
– Początkowo nie było szkół w najbliższych okolicach. Z Warszawy przyjechała do nas nauczycielka, która uczyła może ośmioro dzieci w całej wsi. W naszym domu uczyła mnie i brata.
Nauczycielka w każdej z chałup, gdzie byli jej uczniowie, pomieszkiwała ze dwa dni w tygodniu, tu ich uczyła, tu nocowała i dostawała pełne utrzymanie. Ponadto otrzymywała stosowne wynagrodzenie. Wkrótce w pobliskiej wsi Myszadła w jednym z prywatnych domów otworzono wreszcie szkołę. Wówczas wiejskie dzieci z najbliższych okolic nauczała Józefa Woźniak, która pochodziła z Podola.
– Uczyliśmy się w systemie dwuzmianowym – wspomina pani Stefania – przed południem przychodziła trzecia i czwarta klasa, po południu pierwsza i druga. A wolnych chwilach grywaliśmy w piłkę zrobioną z gałganów.
Rok 1920 utkwił w pamięci Stefanii Kalinowskiej, głównie jako obrazy z przejazdu przez wieś taborów rosyjskich wojsk.
– Weszliśmy z bratem na płot, a oni krzyczeli „ujeżdżaj”. To my do nich też „ujeżdżaj”. Pamiętam również, jak we wsi mówiono, że Polacy zwyciężyli i że to był cud. To była ogromna radość.
Rodzina mieszkała na końcu wsi. Pewnego dnia dom otoczyli Kozacy i zaczęli grozić, że go spalą. Na szczęście do tragedii nie doszło.
Po mąkę do Wołomina
Wrzesień 1939, to w pierwszym rzędzie dla Stefanii Kalinowskiej pospolite ruszenie młodych mężczyzn ze wsi, którzy wyruszali na wojnę. Oni szli, a całe rodzin wylegały na drogę żegnać swoich bliskich. Wkrótce potem pojawili się Niemcy. W 1940 r. Stefania wyszła za mąż za Jana Kalinowskiego, który w Jadowie od dwóch już lat prowadził swój sklep. Jak większość mężczyzn i on został zmobilizowany do armii, a gdy już powrócił po klęsce wrześniowej, sklep był kompletnie rozkradziony. Młode małżeństwo wszystko zaczynało od początku.

Taki sklep podczas okupacji oferował znikomą ilość podstawowych asortymentów. Była mąka, cukier, kasze, kawa zbożowa, jeszcze sól i karbid do lamp.
– Po mąkę jeździłam furą do Wołomina – wspomina pani Stefania.
Raz wkroczył do sklepu niemiecki żandarm i wymierzył do Jan Kalinowskiego z pistoletu. Dlaczego? Bo ten wrogo na niego się spojrzał.
– Ja płakałam, błagałam ażeby nie strzelał. Wreszcie tłumacz, który był z nim wówczas, coś mu tam szepnął i ten wreszcie zrezygnował. Sekundy dzieliły mojego męża od śmierci.
To nikczemne
W Jadowie, gdzie przed wojną mieszkało wielu Źydów, Niemcy utworzyli getto. Początkowo, gdy jeszcze nie było zamknięte, Żydzi przychodzili do sklepu po żywność.
– Mąż liczył im po cenach własnych bez jakiejkolwiek marży.
We wrześniu 1942 r. rozpoczęto likwidację jadowskiego getta.
– W nocy była strzelanina. Ja wówczas leżałam w połogu, a mój mąż, który to wszystko widział był okropnie wstrząśnięty. Zwłaszcza jak ginęły malutkie dzieci. Mówił, że to podłość, że to nikczemne. żydów z Jadowa popędzono do Łochowa, a stamtąd już do Treblinki, na pewną śmierć.

Konspiracja i dywersja
Prawie od początku wojny małżeństwo działało w konspiracji.
– Mąż był wysoko w wojskowych strukturach. W naszym domu odbywały się przysięgi, często też i rewizje. Gdy nas ostrzegano – był taki Niemiec Schreder, który zawsze dawał nam cynk – mąż uciekał wówczas z domu, ja, gdy już przyszli, śmiałam się do Niemców, rozmawiałam z nimi patrząc im prosto w oczy, otwierałam szafki i zachęcałam do przeszukiwania mieszkania. Niemcy widząc postawę pani Stefanii z reguły rezygnowali, choć za parę dni znów powracali rewidować dom.
Rola Stefanii Kalinowskiej w konspiracyjnej działalności wyrażała się między innymi przywożeniem z Warszawy bibuły.
– Po „towar” jeździłam na ulicę Marszałkowską 102. To była duża kamienica, na dole której znajdowały się sklepy. Bibułę otrzymywałam od Zygmunta Popławskiego, a może Puławskiego.
Nielegalna prasa ukrywana była pomiędzy dużymi arkuszami pakowego papieru.
– Raz w domu był rewizja, a Niemiec pokazując na rolkę papieru pyta mnie, co to. Pokazałam mu rachunki i powiedziałam, że to tylko papier do pakowania towaru. Uwierzył.
Innym razem doszło do rewizji w pociągu z Warszawy do Tłuszcza. Paczka z papierem i ukrytymi w nim gazetkami co raz spadała z półki. Niemiec ją ponownie tam wrzucał, ta znów spadała. Istniała realna groźba, że za kolejnym upadkiem paczka się rozsypie się ukazując całą swoją dywersyjną zawartość.
– Raz na stacji w Tłuszcz w pociągu była łapanka. Ja byłam z dwuletnią córeczką i w ciąży z drugą. Pobiegłam do maszynisty błagając o ratunek. Tam też zajrzał żandarm i wskazał na mnie, ale maszynista mu oświadczył, że jestem jego żoną. Niemiec uwierzył i tak zostałam ocalona.
Straszliwie namordowali
Gdy nadchodził front rosyjski rodzina Kalinowskich została wypędzona przez Niemców wraz z innymi mieszkańcami Jadowa. Szli dużą grupą w stronę Wyszkowa, Kalinowscy z maleńkimi dziewczynkami, w tym jedną w wózeczku. W pewnym momencie Kalinowscy niepostrzeżenie wyrwali się z szeregu i pobiegli do znajdującego się opodal domku dłużnika. Ku ich zdumieniu domek okazał się punktem dowodzenia wojsk niemieckich.
– Jak tam weszliśmy dowództwo niemieckie zerwało się na równe nogi. Ja ze łzami w oczach, że mam małe dzieci, że jest wojna, że jesteśmy głodni. Dostaliśmy od oszołomionych najściem Niemców chleb i konserwę.
Potem Kalinowscy z dziećmi doszli do wsi Sitne, gdzie z grupą trzydziestu osób ukryli się w dole – schronie.
– Nie było jedzenia, dzieci płakały z głodu. Pobiegłam do jednej z chałup po coś do jedzenia i wówczas nadleciał samolot i wprost na ten dom, gdzie byłam zrzucił bomby. Jedna nie wybuchła, druga rąbnęła w podwórko. To było 15 sierpnia i modliłam się o opiekę.
Tego samego dnia nadchodzili Rosjanie. Tuż obok schronu, gdzie kryło się te trzydzieścioro uciekinierów z małymi dziećmi Niemcy ustawili karabin maszynowy.
– Straszliwe namordowali tych Rosjan i Niemców zresztą również. Aż bolało patrzeć, mimo że to byli wrogowie.
Przyszli Rosjanie i wskazali którędy ukrywający się mogą bezpiecznie wracać. Jeden dzień rodzina Kalinowskich spędziła w Strachówce u siostry, na drugi dzień już powrócili do wyswobodzonego Jadowa. Sklep był całkowicie splądrowany. Małżeństwo po raz drugi zaczynało wszystko od początku.
Nigdy się nie poddała
Początkowo po towar jeździło się na Pragę, bo po drugiej stronie Wisły trwało powstanie. Później, już po 1945 r., wszystko powoli wracało do normy. Aż tu w 13 września 1950 r. Jan Kalinowski został wezwany do UB do Wołomina. Wpierw go przesłuchano, później zwolniono. Nie doszedł do dworca, gdy ponownie został zatrzymany i aresztowany. Wkrótce dobyła się rozprawa przed Sądem Wojskowym na Koszykowej, a Jan Kalinowski za działalność konspiracyjną w czasie wojny dostał wyrok 15 lat więzienia. Najpierw były Wronki, później więzienie w Rawiczu, wreszcie w Raciborzu. Wyszedł w 1955 r.
W 1946r. przyszło na świat trzecie dziecko Kalinowskich – Krzyś. Gdy ojciec trafił do więzienia, Stefania został z trójką drobiazgu i sklepem na głowie. Mimo tego nigdy się nie poddała.
– Wracam pewnego dnia z towarem z Warszawy, a tu biegnie do mnie teściowa z telegramem. Patrz, woła, Janek nie żyje. To był jednak telegram od adwokata, że mąż opuszcza więzienie.
Po miesiącu od uwolnienia Jan Kalinowski ponownie został aresztowany. Tym razem jednak na krótko, bo tylko na miesiąc. A gdy już definitywnie wrócił, aż do śmierci w 1977 r., prowadził wraz z żoną sklep.
Wieści Podwarszawskie
R.[9], nr 23 (431)
13 VI 1999