
W czasie okupacji Niemcy nie zlikwidowali straży pożarnej, lecz usiłowali podporządkować ją swoim celom. Strażacy jednak nie poddali się zarządzeniem okupanta, a wręcz przeciwnie – wielu z nich wstąpiło w szeregi AK i innych organizacji podziemnych. Strażaków nie obowiązywała godzina policyjna, mogli zatem swobodnie poruszać się o każdej porze nie tylko dnia, ale i nocy, wykorzystując częstokroć ten przywilej do patrolowania ulic podczas wykonywania akcji sabotażowych.
Niemniej i ze strażą pożarną wojna obeszła się okrutnie. Wielu druhów zostało wywiezionych do obozów koncentracyjnych, wielu musiało opuścić miejsce zamieszkania ze względu na działalność antyniemiecką. W ostatnim okresie okupacji, gdy czołówka wojsk radzieckich wkroczyła do Radzymina, strażacy jako pierwsi stanęli do walki z wycofującym się okupantem. Walczyli, a jednocześnie ratowali miasto przed całkowitym zniszczeniem pożarami, spowodowanymi bombardowaniem Radzymina przez Niemców. W ostatnich dniach sierpnia 1944 r. strażacy ratowali m.in. umyślnie podpalony budynek dawnego urzędu skarbowego.
Tuż po wojnie w zarządzie OSP byli: prezes Karol Cieślik, naczelnik Zygmunt Miedziński, sekretarz Marian Jaworski, gospodarz Stanisław Głowacki, skarbnik Marian Roguski oraz Stefan Rudzki i Henryk Żmijewski. Kasa strażacka w powojennych latach była pusta i trzeba ją było wspierać z prywatnych funduszy. Karol Cieślik i Zygmunt Miedziński przekazali na straż po 100 tys. zł gotówki, pozostali członkowie po 50 tysięcy. Zebrane w ten sposób pieniądze pozwoliły na zaspokojenie najpilniejszych potrzeb. Dobrze, że przynajmniej „Wicher” ocalał z wojennej zawieruchy, a do tego udało się kupić, prawie za bezcen, samochód marki „Steyer”. Pojazd ten był w stanie rozwijać znaczne prędkości, pokonywać przeszkody terenowe, a w rękach doświadczonych kierowców, jakimi byli Lucjan i Stefan Rudzcy, był wprost niezawodny.
Serca biły mocno
W 1948 r. OSP z Radzymina otrzymała zaproszenie do wzięcia udziału w defiladzie z okazji Święta Ludowego. Do Warszawy pojechało piętnastu strażaków pod dowództwem Mariana Wojcieszkiewicza, który po latach tak wspominał tamto wydarzenie:
„Szliśmy wśród nieuprzątniętych jeszcze ruin i zgliszcz, w pełnym rynsztunku bojowym. Mundury, hełmy, toporki, dziarski krok składały się na niezwykle barwną i jednocześnie wspaniałą defiladę. Mieszkańcy Warszawy witali nas owacyjnie, bo przecież była to pierwsza defilada strażacka w wolnej Warszawie. Nam, jej uczestnikom biły mocno serca ze wzruszenia i dumy, że mogliśmy reprezentować nasze miasto w wolnej stolicy.”
Sztandar w dowód wdzięczności
Po wojnie wiele zmieniło się w radzymińskiej straży. Zmieniły się metody walki z pożarami, zmieniali się ludzie. Jednak nazwiska Stanisława Głowackiego, Stefana Rudzkiego, Mariana Wojcieszkiewicza, Stefana Siwińskiego, Zygmunta Jaworskiego, Jana Łobody, Feliksa Ziemichoda, Antoniego Liwskiego, Lucjana Rudzkiego, Władysława Lisa, Józefa Małeckiego, Sylweriusza Żaka na zawsze pozostaną w ludzkiej pamięci.
Niezmiennie radzymińska straż cieszyła się dużymi osiągnięciami i równie dużym powszechnym uznaniem. Z jej szeregów powoływano wielokrotnie ludzi do komendy powiatowej, wspomniany powyżej Sylweriusz żak był przez kilka lat komendantem powiatowym straży pożarnej.
OSP w Radzyminie nie ograniczała swojej działalności do gaszenia pożarów. Udzielała się także na niwie społecznej, kulturalnej i oświatowej. W latach 50. w czynie społecznym strażacy wybudowali wspinalnię, remontowali strażnicę, zorganizowali świetlicę, zabawy, loterie fantowe. W dniu 18 maja 1958 r. społeczeństwo Radzymina ufundowało dla swojej OSP piękny sztandar, wyrażając w ten sposób wdzięczność i sympatię. Tego dnia nie zapomniano o najbardziej zasłużonych dla straży. Odznaczenia za długoletnią działalność otrzymali m.in. ochotnicy: Lucjan Rudzki i Władysław Lisiecki – za 40 lat pracy, Stefan Rudzki, Karol Kulesza i Władysław Lis – za 35 lat, Stanisław Żmijewski, Walerian Czarnecki i Tadeusz Kopka – za 30 lat, Czesław Czyżo, Szczepan Jagiełło i Stefan Kostrzębski – za 25 lat, Henryk Dąbkiewicz i Jerzy Kronacki – za 20 lat pracy na rzecz straży.

Już nie sikawki…
Na przełomie lat 60. i 70. OSP w Radzyminie liczyła czterdziestu strażaków gotowych w każdej chwili do udziału w akcji. W skład grupy bojowej wchodziły także męska i żeńska drużyna młodzieżowa. Na czele jednostki stał prezes Henryk Bambot. W listopadzie 1969 r. radzymińscy strażacy otrzymali nowy sztandar bojowy. Podczas uroczystości komendant powiatowy straży powiedział:
– Już nie sikawki, już nie drewniane beczki, ale samochody bojowe stanowią nasz sprzęt pożarniczy i pozwalają nam na prowadzenie akcji w sposób bardziej skuteczny. W każdej chwili gotowi jesteśmy do niesienia pomocy. Cieszymy się, jak nasza organizacja powiększa swe szeregi, jak rosną w wielu wsiach remizy strażackie, jak wzrasta dyscyplina i gotowość pracy w naszych szeregach.
Zaś do zgromadzonych mieszkań
ców komendant skierował takie oto słowa:
– Obywatele miasta Radzymina, bądźcie dumni z postawy waszych strażaków, otoczcie ich wszystkich serdeczną opieką.
Pod koniec 1974 r. wszyscy mieli już dość starej, popadającej w ruinę strażnicy. Zakupiono zatem plac przy ul. Komunalnej pod budowę nowej i w dwa lata później, jesienią, rozpoczęło się wznoszenie kolejnej strażackiej siedziby. Przy budowie strażakom z Radzymina pomagali druhowie z Załubic, Rudy i Mokrego. Wspólnym wysiłkiem strażaków i władz miasta 18 lipca 1982 r. strażnica została oddana do użytku. Niewątpliwie cieszył się z tego faktu ówczesny zarząd radzymińskiej straży, na czele z prezesem Sylweriuszem Żakiem. Ale szybko okazało się, że choć nowa strażnica była całkiem udanym i nowoczesnym budynkiem, to druhowie nie mogli się do niej przyzwyczaić, a już najbardziej przeszkadzało umiejscowienie na uboczu miasta. Doszło wręcz do tego, że mając nową elegancką siedzibę, ochotnicy zbierali się na wszelkich zebraniach, zbiórkach szkoleniowych i w czasie akcji pożarniczych w miejscu, gdzie chyliła się ku ziemi i rozpadała stara strażnica. Tak było przez kilka lat, aż wreszcie na początku 1986 r. nastąpiły znaczące zmiany w zarządzie OSP. To zapewne zmiany we władzach jednostki oraz wstąpienie w szeregi nowych, młodych, chętnych pracować społecznie ludzi spowodowały, że zapadła decyzja o odbudowie starej strażnicy, tej jeszcze sprzed wojny. Jeszcze w tym samym roku strażacy rozebrali stary budynek, a w kilka miesięcy później, 9 maja, został wmurowany akt erekcyjny pod budowę nowej siedziby. Budowa została ukończona w czternaście miesięcy. Strażacy oddali do użytku okazały obiekt w centrum miasta. Tym razem lokalizacja wszystkim przypadła do gustu, toteż budynek szybko stał się miejscem spotkań druhów nie tylko z Radzymina, ale i z całej gminy.
Wieści Podwarszawskie
2002 nr 12-17

