
Wczoraj osadę fabryczną Marki nawiedziła klęska pożaru, która obróciła w perzynę około czterdziestu domów wraz z zabudowaniami. Ogień powstał w części osady, położonej z lewej strony szosy, mianowicie w stodole sołtysa Borkowskiego. Było to około g. 11 rano ludność więc po większej części pracowała w polu lub w miejscowej przędzalni. Kiedy zauważono niebezpieczeństwo, płomienie przerzuciły się na przyległe zabudowania Sałanczewskiego, a następnie, gnane silnym wiatrem, zaczęty obejmować budowlę po drugiej.
Przerażona ludność wobec tej strasznej klęski stanęła bezradnie — i o zorganizowaniu jakiego takiego ratunku początkowo nikt nie pomyślał. Wprawdzie, robotnicy przędzalni poprzeprowadzali rękawy przez szosę, ale wówczas, kiedy płomienie doszły prawie do szosy, t.j. kiedy cała połać budynków na przestrzeni mniej więcej dwustu sążni stała w ogniu.
Kto co mógł ratował: ten wyprowadzał inwentarz, inny wynosił ubogie mienie, krzyk i chaos nie do opisania, niszczący bowiem żywioł szerzył się tak szybko po krytych strzechą dachach, iż przerażona ludność w dymie nie mogła trafić do swych domostw. W chwili, gdy ogień doszedł już do krańców lewej połowy osady i rzeczki Dłaszki, nagle zerwał się silniejszy, niż dotychczas wicher i zaczął obsypywać iskrami i nieść poszycia dachów połowę osady z prawej strony szosy. Mieszkańcy tej połowy prawie wszyscy byli przy pożarze, sądząc, że z tej strony są bezpieczni; niestety, iskry, pędzone wiatrem zapaliły słomiane dachy i wznieciły i tu pożar.
Po upływie niespełna pół godziny morze płomieni obejmowało część osady po obu stronach szosy. Wobec coraz groźniejszego niebezpieczeństwa zagrażającego już samej przędzalni, właściciele pp. Briggs odnieśli się z prośbą przez telefon o pomoc do p. Oberpolicmajstra, tudzież o straż do odległego 0 9 wiorst Radzymina. Około godz. 1 po południu ogień doszedł do punktu kulminacyjnego, lecz jednocześnie i wiatr zmienił swój kierunek, dzięki czemu fabryka ocalała, a z nią i budynki położone przy szosie, kościół i t. p.
W płomieniach straszną śmiercią zginął 5-lctni chłopczyk Paciorek, syn jednego z gospodarzy. Biedne maleństwo ratując się z objętego ogniem domostwa rodziców, wpadło do innego, które również zgorzało. Opalony tułów nieszczęśliwego wydobyto z pod gruzów i zabezpieczono na miejscu. Ojciec ofiary, zobaczywszy nawpól zwęglone szczątki swego dziecka, stracił przytomność i ciężko zaniemógł. Przybyła na pomoc straż nowoświecka i prawie jednocześnie nadjechał pociągiem kolei Markowskiej oddział straży ochotniczej z Radzymina, było to jednak około g. 2-ej, tj. wówczas, kiedy niebezpieczeństwo minęło już zupełnie. Wcześniej jednakże straż z powodu odległości znacznej na miejscu być nie mogła, szczególniej warszawska, której konie były już zmęczone wyjazdem do pożaru na Wolę.
Pogorzelcy, w liczbie paruset osób rozłożyli biwakiem na polach, większa część tych biedaków straciła całe mienie w ogniu. Najwięcej ucierpieli mieszkańcy tej strony, gdzie później wynikł ogień — gdyż zanim zdążyli przybyć, wszystko już zastali w płomieniach. Pastwą ognia padło również kilka sztuk inwentarza. Zgorzałe domy nie wszystkie były drewniane, znalazło się i kilka murowanych, ubezpieczono na 16,340 rubli w Towarzystwie rządowem, wartość ich jednak właściwa przenosi znacznie tą sumę. Straty sprzętów wynoszą kilka tysięcy rubli.
Jednej z komornic stopiło się w ogniu za paręset rubli pieniędzy złotych i srebrnych uciułanych uczciwie przez trzy córki pracujące w fabryce.
Kurjer Polski
R. 6, nr 88