Klembów w październiku

Jak naturalnem jest, że im bliżej ogniska, tem więcej czuje się dobroczynne ciepło, tak, zdawałoby się, im bliżej miasta, zbiornika oświaty, kultury, tego ciepła ludzkich mózgów, wysiłków i dążeń, winno się widzieć i czuć promieniowanie, wpływ, echa. Wieś podwarszawska, stykająca się codzień, ciągle z miastem, mająca z niem tak bliski kontakt, powinna — rozumuje się — wchłonąć w siebie chociażby maleńką cząsteczkę tych dobrych czynników, jakie wypływają z miasta, powinna, prędzej jak inne, świecić postępem, ładem, dobrobytem. Ktoby tak, zresztą naturalnie, sądził, byłby w stokrotnym błędzie.

Dla przykładu mały obrazek, który obserwowałem przez kilka miesięcy z rzędu, we wsi, położonej o niecałą godzinę drogi koleją od Warszawy, a 8 wiorst od Radzymina. Piszę o Klembowie, wsi, rzuconej między Wołominem a Płorzuszem, wsi, leżącej w wyjątkowo dobrych warunkach, do tego aby rozwijać się, dążyć do rozrostu, podniesienia się ekonomicznego i wewnętrznego. Nic z tego! Brud, ciemnota, pijaństwo, zabójstwo, jak na porządku dziennym. Mieszkając na tak zw. „letnisku” u zamożnego, jak na stosunki włościańskie podwarszawskie, gospodarza, bo posiadającego z górą 20 morgów ziemi, gospodarkę, obejście, urządzone gruntownie, nie widziałem ani razu ażeby on, lub ktokolwiek z jego rodziny wziął książkę, czy gazetę do ręki. Zupełny bezwład umysłowy, jakiego nie spotkałem nigdzie, w najbardziej zaniedbanych okolicach naszego kraju. Natomiast co kilka dni, po jakiejś większej dokonanej robocie, z chałupy pod lasem toczył się wózek do pobliskiego Klembowa po sztofy wódki i baryłki piwa.

To samo i w Klembowie; opowiadał mi ktoś, stykający się ciągle z tamtejszym mieszkańcem, że znając lud wogólności doskonałe, takiej ciemnoty i zdemoralizowania, pozbycia się sumienia nie widział w czasie swojej kilkunastoletniej pracy na wsiach nigdzie, jak w tym smutnym, podwarszawskim Klembowie. Brak uczciwości, chęci oświaty, brak poprostu uczuć ludzkich, — rzecz tam zwykła. Wstyd i trudno pisać, a jednak, jak powiadają, co trzeci mieszkaniec Klembowa odsiadywał więzienie za kradzież, czy zabójstwo. Bez rewolweru człowiek obcy czuje się tam mocno niepewnie.

W Klembowie jest kościół i plebanja. Powie ktoś, że to w części wina księdza, który nie opanował tego żywiołu w zarodku, nie wykorzenił złych wpływów, nie usunął zgnilizny! Nieprawda! —miejscowy proboszcz robił i robi co może, ale słowa jogo, chęci, starania padają na grunt jałowy, zły. Więcej: ostrzejsze skarcenie, głośniejsza nagana, wywołuje poprostu napady na plebanję, pogróżki, zemstę. Czy więc w takich warunkach można tę pracę kontynuować, czy nie potrzeba dużego poświęcenia i najlepszej woli, aby cośkolwiek zrobić.

Są to słowa ciężkie i smutne, tem cięższe i tem smutniejsze, że prawdziwe, stwierdzone naocznie! Badałem, zastanawiałem się, co powoduje taki przygnębiający stan rzeczy w Klembowie i jako jedną z najważniejszych przyczyn wskazałbym kompletne zmaterjalizowanie tamtejszego chłopa. Blizkość Warszawy, pozwala mu spieniężyć wszystko, począwszy od kwarty mleka, a skończywszy na wianku cebuli. Rubel — jest jego jedynym ideałem, dla tego rubla nie czyta, żyje sam byle czem, nie troszczy się o poprawę dróg, o zakładanie instytucji współdzielczych, ale ciągle „kombinuje”, jakim sposobem pomnożyć grosz na dziesięć, co uczynić, iżby można kręcić dukaty z piasku!

Co za olbrzymia, nie dająca się wprost porównać różnica pomiędzy tą wsią podwarszawską, a naszą wsią polską z lubelszczyzny, kieleckiego, czy kaliskiego! Co za różnica umysłowa pomiędzy tym chłopem, który sam nie wie, czem jest, a tym który rośnie umysłowo i materjalnie, ma jasno określone cele, pojmuje swoje stanowisko społeczne i socjalne! Smutna, po trzykroć razy smutna
wieś i smutni ludzie!

Rumienić się trzeba, że pod bokiem głównej tętnicy naszego życia zbiorowego, pod skrzydłem Warszawy, posiadamy takie wyspy ciemnoty, zaniedbania, brudu moralnego i fizycznego. Co za piękna i jaka szeroka rola dla pism ludowych dotrzeć tam, wnieść trochę światła, rozjaśnić mózgi i poprawić serca! Tą wsią podwarszawską, tym Klembowem, których pod Warszawą, znalazłoby się pewnie więcej, przedewszystkiem zająć się trzeba, o nie się zatroszczyć, o nich pamiętać. Nie zwalać całej odpowiedzialności i pracy na plebanję, bo ona jedna rady tam sobie nie da!

C.X.J.

Naród – Wiadomości Codzienne
R. 8, 1913, no 244

 36 odsłon,  1 odsłon dzisiaj

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.