Cmentarz w Radzyminie, rok 1935
Radzymin… Któż z nas nie pamięta trzech dni sierpniowych, od 13 do 15-go sierpnia piętnaście lat temu? Bitwa pod Radzyminem… Ostatni atak bolszewicki na Warszawę, ostatnie uderzenie na Polskę, po którem miało nastąpić generalne zwycięstwo czerwonej armji i ukoronowanie jej ponownym zaborem Polski. Bo Warszawa — to Polska. Kto wziął stolicę nieprzyjacielskiego kraju, ten faktycznie owładnął nim całym. Reszta jest już tylko kwestją techniczną.
Radzymin… Dwadzieścia dwa kilometry od Warszawy! Tylko 22 kilometry, niecały dzień marszu! W pogodny, sierpniowy dzień widać z Radzymina tuman kurzu i dymu. To stolica. W nocy na zachodzie rozświetla obłoki wielka łuna. To refleksy świateł nad Warszawą. Do Pragi wszystkiego 18 kilometrów. Do tej samej Pragi, którą zdobył już raz Paskiewicz Erywański, feldmarszałek i kniaź carski. Jeszcze tylko drobny wysiłek, jeden jedyny, ostatni… Ale po drugiej stronie frontu również dobrze wiedziano czem grozi obecność armji sowieckiej pod Radzyminem. I również dobrze zdawano sobie sprawę, że Warszawa to Polska. I dlatego właśnie postanowiono oddać raczej wszystko, byle nie Warszawę. I dlatego postanowiono nie dopuszczać już ani o krok dalej nieprzyjaciela i tu, pod Radzyminem, na przedpolach Warszawy, rozegrać z nim decydującą grę. Aut — aut.
Dlatego właśnie Radzymin jest… Radzyminem. I dlatego małe to miasteczko urosło do symbolu i zrównało się w historji naszych walk wolnościowych z polami najważniejszych bitew. Kościuchnówka, Polska Góra, Gorlice, Styr i Radzymin — to wielkości tej samej kategorii, bez względu na to, że sama bitwa pod Radzyminem nie należała do tak krwawych, jak wymienione.
Dziś obchodzimy piętnastolecie tej bitwy. Jak też wygląda obecnie Radzymin? Czy pamięta jeszcze straszne dni 13-15 sierpnia 1920 roku? Trzeba to wszystko zobaczyć! Jedziemy do Radzymina.
Kolejka radzymińska.. Jeden z najgorszych środków komunikacji w Polsce, gorszy od frachtówki żydowskiego bałaguły. Brudniejszy, więcej męczący, a nie o wiele szybszy. Dwadzieścia dwa kilometry na godzinę… Ale niema rady. Szosa właśnie jest w robocie, autobusów więc niema, Trzeba jechać kolejką.
Radzymin zmienił się na korzyść. Ślady wojny zatarto. Obecnie usuwa się już rozmaite prowizoryczne budy, postawiane na miejscu spalonych domów. Miasto posiada szereg pięknych budynków, kwiaty na ulicach, dobre bruki. Prawdziwą ozdobę stanowi piękny pomnik Kościuszki oraz kościół parafialny Przemienienia Pańskiego, poważny późny barok z końca 18 w. W Radzyminie tętni życie i ruch. Za parę dni rocznica. Z Warszawy przyjedzie kilka tysięcy osób. Po raz pierwszy miasto odczuje dobrodziejstwa turystyki.

Najbardziej interesującym człowiekiem w Radzyminie jest bez wątpienia p. Stanisław Marszał, burmistrz miasta. I to nie byle jaki burmistrz, bo jedyny dziś w Polsce, piastujący swą godność bez przerwy od pierwszych wyborów samorządowych, t. j. od r. 1918. Ale to nie wszystko. Jeżeli określenie „ojciec miasta” może być stosowane z dosłowną ścisłością, to przedewszystkiem do p. Marszała, który nigdy nie opuścił swego miasta, poświęcił się całkowicie jego dobru i godnie je bronił i reprezentował w ciężkich dniach 13-15 sierpnia 1920 r. Dzięki też niemu bolszewicy pozwalali sobie o wiele mniej w Radzyminie niż w innych świeżo zdobytych miastach Polski.
Zastępca starosty powiatowego, p. Ciesielski, na prośbę swego szefa, starosty Morawskiego, ułatwia mi z wielką uprzejmością pracę. On też zapoznaje mnie z szanownym burmistrzem. Dzięki niemu też ten ostatni zgadza się odtworzyć w pamięci fakty widziane i przeżyte w tych dniach pełnych trwogi.
— Piątek 13 sierpnia — rozpoczyna swe opowiadanie burmistrz Marszał — był dniem wkroczenia bolszewików do Radzymina. Z miasta ewakuowano władze, ludności nie ewakuowano. Wyjechali tylko zamożniejsi, biedniejsi nałomiast pozostali. Po pierwsze, aby pilnować swego mizernego mienia, po drugie zaś dlatego, że przeważnie nie mieli dokąd udać się. Zresztą muszę stwierdzić, że nie bali się wcale okupacji bolszewiekiej. Ostatnia wyszła z miasta policja, pozostał jedynie porucznik, komendant placu z kilkoma żołnierzami, którzy urządzili sobie kancelarję w gabinecie jednej z miejscowych restauracyj. Nad miastem coraz częściej rwały się szrapnele, w samem mieście panowała niezwykła cisza.
Około w pół do piątej porucznik pożegnał się ze mną, zwinął kancelarję i również wyjechał. Teraz już żadnych władz w mieście nie było oprócz mnie. Poszedłem do domu na obiad, a przed samym domem zobaczyłem jeszcze ostatnią kolumnę naszych żołnierzy, szybko przechodzącą w kierunku dworca. Zanim zdążyłem zasiąść do stołu, do drzwi rozległo się walenie. Był to już pierwszy patrol bolszewicki. Otworzono im. Żołnierze weszli do kuchni i kazali sobie wydać zapasy żywności, których zresztą nie posiadałem. Zjedli więc co znaleźli, to jest kilka bochenków chleba oraz parę ogórków i poszli dalej.
Straciłem momentalnie ochotę do obiadu i wyszedłem w kierunku magistratu. Przed jednym z domów kupcowa Radzyminerowa opatrywała rękę rannemu żołnierzowi polskiemu. Odprowadziłem go szybko na plebanję, gdzie znajdował się amerykański punkt opatrunkowy. Następnie udałem się do szpitala, aby sprawdzić czy wszystko znajduje się w należytym porządku na przyjęcie rannych, których spodziewaliśmy się. Niestety, szpital był już obrabowany przez oddziały bolszewickie, które tymczasem bokiem obchodziły miasto. Nakazałem pościągać pościel skąd się da. W tym czasie przybyło już pięciu naszych żołnierzy rannych, przywiezionych przez okoliczną ludność z pól podmiejskich, Wystawiłem straż obywatelską przed szpitalem i właśnie miałem zamiar wyjść na miasto, kiedy przybiegł dozorca z magistratu z zawiadomieniem, że bolszewicy już są w magistracie i żądają, abym się tam stawił. Udałem się tam natychmiast.
Przed magistratem stał bolszewicki oficer. Ujrzawszy mnie zasalutował grzecznie i oświadczył mi, że nasi ranni znajdują się na przedpolach miasta i oczekują od nas pomocy. Zorganizowałem ją jak mogłem: wszystkich napotkanych na ulicy mieszczan skierowałem na przedpola, ale rezultat tego był nikły. Obywatele nasi przeważnie ukryli się w domach i nie było prawie nikogo, kto mógłby być nam pomocny. Energja żony mojej uratowała sytuację: na jej bowiem prośbę oficer bolszewicki dał jej do pomocy 2 żołnierzy, z któremi obchodziła mieszkania i zmuszała ludzi do udania się z nią po rannych. Wkrótce też większa grupka znalazła się za miastem.
Ranni leżeli pod parkanami: swoi i bolszewicy razem. Zwróciło moją uwagę, że trupy naszych żołnierzy były obrabowane z ubrań i butów. Kiedy zbliżaliśmy się z naszymi rannymi do plebanji, z grupy bolszewików wypadł jeden z żołnierzy i zapytał wskazując na rannego, którego właśnie niosłem na noszach wraz z wiceburmistrzem Frydrychowiczem, obecnie już nieżyjącym:
— To Polak?
— Tak, Polak — odpowiedziałem.
— Dobić tę swołocz!. — krzyknął żołnierz, zmierzając doń z karabinu.
— To jest żołnierz — krzyknąłem odtrącając karabin — a czy wróg czy swój to wszystko jedno, skoro walczył za ojczyznę i obecnie jest ranny! Precz od niego!
Byłem przygotowany na to, że karabin bolszewika zwróci się teraz przeciwko mnie, ale stało się inaczej. Tłum żołnierzy bolszewickich ujął się za mną i momentalnie odciągnął niedoszłego mordercę rannych, nie szczędząc mu przytem epitetów w rosyjskim wojskowym stylu.
W mieście tymczasem żołnierze rabowali sklepy, te nasze biedne żydowskie budy, których właściciele nie chcieli opuścić Radzymina. Rabunek odbywał się bardzo pośpiesznie. Z większą systematycznością natomiast zabrali się do rabowania spółdzielni spożywczej. Zwróciłem się do jednego z oficerów z prośbą o ukrócenie rabunku.
— Niech grabią dobro burżujskie! — odpowiedział mi spokojnie.
— Ależ to jest spółdzielnia, własność robotników i pracowników! Rabujecie tym biedakom to, co sobie uzbierali z groszowych składek! Wy, socjaliści, rabujecie robotników! — krzyczałem.
— A, jeżeli tak, to co innego — odparł oficer i krzyknął pod adresem rabujących aby natychmiast się wynosili. Słowa jego wywarły jednak minimalny skutek. Wyciągnął wtedy rewolwer i krzyknął, że będzie strzelał do każdego, kto się odważy wejść do sklepu.
— Dosyć już mieliśmy polskich kul — krzyknął jeden z rabujących — możemy teraz spróbować i swojej!
Tem niemniej zaprzestali rabunku. Mogłem teraz udać się znowu do szpitala. Pracował tam już dr. Klotz, obecnie również nieżyjący. Rannych przenosiliśmy teraz szybko ze szpitala do domu p. Piętnickiego przy ul. Warszawskiej, gdzie warunki były lepsze. Liczyliśmy się również z tem, że dom ten, jako położony na zachodnim krańcu miasta, lepiej będzie się nadawał do ewentualnej ewakuacji rannych, gdyby nasze wojska znowu podeszły do Radzymina. Rzeczywiście, nazajutrz, w czasie najgwałtowniejszej kanonady, od strony Warszawy najspokojniej w świecie nadjechał parowóz z wagonem towarowym i z przed nosa bolszewików zabrał do stolicy rannych.
Tymczasem bolszewicy znowu wezwali mnie. Tym razem do sztabu dywizji, mieszczącego się na plebanji. Kiedy przechodziłem przez ulicę, obok mnie wybuchł nasz pocisk, zapalając jeden z drewnianych domów.
W sztabie zastałem kilku oficerów 0raz cywilnych, komisarzy. Za chwilę mieli zabrać się do przesłuchiwania mnie. Zanim jednak zaczęli, na rynku wybuchł znowu pocisk, od którego zaczął palić się jeden z domów. W ciągu kilku chwil pożar przerzucił się na następne drewniane domy i po upływie pół godziny cała ulica stała już w płomieniach. Poprosiłem bolszewików, aby mnie zwolnili, gdyż muszę zająć się akcją ratunkową, nie zgodzili się jednak na to. Obiecali natomiast sami przystąpić do gaszenia, co też uczynili, ale ze słabym skutkiem. Spłonęło wtedy 31 domów, a ratunek był bardzo trudny, gdyż miasto nie posiadało beczkowozów ani sikawek. Wiadra z wodą wędrowały z rąk do rąk, aż dochodziły do ognia, ale ten prymitywny sposób ratunku niewiele był wart.
Przesłuchiwanie zaczęło się od wyrażenia zdziwienia, że wojska polskie wogóle jeszcze się bronią.
— Jak to — dziwił się przesłuchujący mnie oficer — przecież u was jest rewolucja, żołnierze uciekają z szeregów, oficerowie są aresztowani, a Warszawa wyczekuje z utęsknieniem naszych wojsk!
— O niczem podobnem nie słyszałem — odpowiedziałem. Wiem, że nasz rząd jest zdecydowany bronić Warszawy do ostatka i że każdy Polak, zdolny do noszenia broni, zaciągnął się do szeregów. O rewolucji u nas nikt wogóle nie mówi.
Oficer był niezwykle zdziwiony i mruczał coś, że tutaj ktoś najwidoczniej jest źle poinformowany.
— Wiele dywizyj broniło Radzymina?
— Widziałem tylko jeden pułk.
Oficer znowu nie chciał wierzyć. Jego meldunki głosiły o kilku dywizjach.
— Gdzie znajdują się wojskowe magazyny?
— Żadnych magazynów u nas niema. Radzymin nie był nigdy siedzibą garnizonu ani punktem strategicznym.
— A ludność gdzie posiada swoje zapasy?
— Ludność nie posiada żadnych zapasów. Co najwyżej znajdzie się w domach parę bochenków chleba.
— Niech pan pamięta, że odpowiada pan życiem za fałszywe zeznania!
— Możecie panowie szukać, gdzie wam się podoba, W mieście niema żadnych zapasów żywności.
Na tem badanie skończyło się. Oczywiście nie powiedziałem im wszystkiego, gdyż obok dworca kolejki w składzie Joska Silberberga znajdowały się znaczne ilości materjału saperskiego. Bałem się aby Silberberg przypadkiem nie zdradził się, ale potrafił on doskonale zachować tajemnicę. Materjały te ocalały przed bolszewikami.
Dano mi przepustkę i puszczono mnie wolno. Do ochrony osobistej przed napaścią maruderów bolszewickich dostałem dwóch żołnierzy. Wyszedłem na miasto. Domy płonęły jak zapałki i widoczne było, że nie można wcale opanować pożaru. Starałem się tylko kierować akcją ratowania mienia nieszczęśliwych mieszkańców.
Na miasto zaczęły coraz gęściej padać pociski. Jeden z nich trafił w dom Derlackiego na starym rynku, gdzie w piwnicy schroniło się kilkadziesiąt osób. Z pod rozwalonych murów rozległy się krzyki i jęki. Rzuciłem się na ratunek. Z pod gruzów wyciągnęliśmy 16 trupów oraz kilku rannych. Trupy zabraliśmy odrazu na cmentarz, gdzie zostały pochowane w trumnach pośpiesznie skleconych. Na tym samym cmentarzu pochowaliśmy tegoż dnia zwłoki 17 żołnierzy polskich, przyniesionych przez okolicznych mieszkańców. Rannych przenieśliśmy do szpitala. Tak skończył się pierwszy dzień inwazji bolszewickiej. w Radzyminie, dzień 13 sierpnia 1920 r.
W nocy nikt w Radzyminie nie spał. Przypuszczam, że i w Warszawie niewiele osób spało.

Z samego rana do magistratu zgłosili się oficerowie sztabu dywizji. Natychmiast rozpoczęli rewizję, przyczem podarli godło państwowe i zniszczyli portret Marszałka. Powyrzucali przytem z kasy znaczki stemplowe, które zniszczyli. Kiedy zaprotestowałem ostro przeciwko temu barbarzyństwu, wynikła awantura, którą dopiero z trudem uspokoił komisarz, niejaki Smirnow. Następnie jeszcze raz indagowali mnie o ilość wojsk, broniących Radzymina, przyczem znowu nie chcieli wierzyć, że wszystkiego jeden pułk stoczył tutaj walkę z całą dywizją. Kazali mi iść ze sobą na miasto. Na placu przed kościołem wpadł im przedewszystkiem w oczy pomnik Kościuszki. Jeden z nich odezwał się, że należy go natychmiast zburzyć.
— Nie możecie tego zrobić — zaprotestowałem — ponieważ jest to pomnik pierwszego polskiego rewolucjonisty!
— Tak? — zapytał zwolennik burzenia — A jak on się nazywał?
— Kościuszko.
— Zgadza się — rzekł drugi. Słyszałem, że to był słynny polski rewolucjonista!
Rewolucjonista — Kościuszko był uratowany.
Po obchodzie miasta wróciliśmy do magistratu. Tutaj komisarz Smirnow oświadczył mi, że zostaję usunięty ze stanowiska burmistrza i że władzę w mieście obejmuje rewkom. Zażądali podania nazwisk miejscowych działaczy socjalistycznych, aby ich „zaprosić” do rewkomu. Wskazałem im kilku, ale działacze zbojkotowali zaproszenie bolszewickie i żaden z nich nie stawił się. Zaproponowano mi stanowisko referenta w rewkomie, który chcieli utworzyć własnemi siłami. Podziękowałem za ten zaszczyt, tłumacząc się nieznajomością języka rosyjskiego, jakkolwiek doskonale go znałem, Wtedy kazali mi być tłumaczem, na co już musiałem się zgodzić. W kilka godzin później do bolszewików zjawiły się dwie delegacje ludności: chrześcijańska i żydowska. Obydwie prosiły o pozostawienie mnie na stanowisku burmistrza. Bolszewicy odpowiedzieli wykrętnie, że narazie pozostaję, jakkolwiek w innym charakterze, i że wkrótce odbędą się wybory burmistrza, a wtedy mogą mnie wybrać, skoro mają do mnie zaufanie.
Następnie trzej komisarze zakwaterowali się w mojem mieszkaniu, jakoby dla mojego osobistego bezpieczeństwa, w rzeczywistości jednak dla własnego. Tego dnia pocisk uderzył w mój dom, raniąc jedną z panien, znajomą żony, która właśnie u nas była, oraz chłopca, syna dozorcy.
W ciągu dnia nie zdarzyło się nic godnego specjalnej uwagi, z wyjątkiem ciągłych przemarszów wojsk w stronę Warszawy. Mówiono, że nazajutrz przybędzie do nas czrezwyczajka dywizyjna, która narazie zatrzymała się w Klembowie. Po jej przybyciu miały się rozpocząć sądy polowe. Narazie po cichu rabowano.
W nocy coraz mocniej grały polskie armaty. Nad ranem bolszewicy wystawili wartę w mojej sypialni. Byłem aresztowany i nie wolno mi było wychodzić.
Około 8 przez miasto zaczęli przechodzić w kierunku szosy białostockiej. Ruch ten coraz bardziej przybierał na sile i wkrótce nosił już charakter panicznej ucieczki. Moja warta gdzieś znikła, to też wyszedłem z domu i skierowałem się ku magistratowi. Nie było w nim już bolszewików, mogli jednakowoż lada chwila zjawić się znowu, i, jak często bywa w chwilach odwrotu, szukać porachunku z jedynym przedstawicielem polskich władz, który w dodatku kilka razy ostro przeciwstawił się im. Postanowiłem więc schronić się przed nimi na strychu. Po chwili słyszałem jak pytali się o mnie, a nie zastawszy mnie, udali się do mojego domu. Tam jednak oświadczono im, że… zostałem zabity, wobec czego już nie szukali mnie więcej.
W tym samym czasie bolszewicy uprowadzili naszego wikarego, ks. Andrzeja Rudzkiego oraz kierownika szkoły, p. Dominika Rusiniaka, zarzucając im komunikowanie się z wojskami polskiemi.
Po upływie pół godziny dano mi znać, że bolszewików niema już w mieście, a żona jest zaniepokojona o mój los. Wyszedłem z ukrycia i udałem się do domu. Po drodze widziałem jeszcze kilku maruderów, którzy pośpiesznie przebiegali przez miasto. Zaledwie wszedłem do domu, kiedy werwało się do pokoju dwuch kozaków, którzy z rewolwerami w dłoniach zażądali abym im oddał zegarek, obrączkę i okulary w złotej oprawie. Oddałem im zegarek i obrączkę, którą zresztą sami mi ściągnęli z palca | wytłumaczyłem, że oprawa okularów wcale nie jest złota. Dali mi wreszcie spokój i pośpiesznie uciekli.
Wyszedłem z domu. Przez ulicę przebiegali teraz już tylko kozacy, w przelocie jeszcze rabując. Było ich coraz mniej, coraz bardziej też gorączkowo wpadali na rynek i uciekali w kierunku Zawad.
Nasze pociski wciąż waliły w miasto, w którem teraz już nie było bolszewików. Jeden z pocisków trafił w browar Radzymińskiego, który momentalnie stanął w ogniu. Rzuciliśmy się na ratunek, niestety już niemożliwy. Browar spłonął w ciągu kilku godzin.
O 17 i pół do Radzymina wkroczyły pierwsze oddziały polskie pod dowództwem pułkownika Berbeckiego. Na spotkanie ich wyległa cała ludność polska i żydowska, radośnie witając przybywających, dzieląc się z nimi mizernemi resztkami zapasów i częstujac zgrzanych żołnierzy czem kto miał. Radzymin był wolny.
Burmistrz kończy swoje opowiadanie. Proste słowa jego, dziś, po 15 latach nabierają specjalnej wagi. „Poszedłem” „zarządziłem”, „powiedziałem” — oto wszystko, co mówi o swoim udziale w tych ciężkich chwilach. Tak, jakby to było takie zwykłe, proste i codzienne. A przecież na barkach tego człowieka leżała w owych dniach wielka odpowiedzialność za życie i mienie 6000 mieszczan radzymińskich. A przecież życie jego wisiało w ciągu tych dni na bardzo wątłym włosku. Bolszewicy nie ceremonjowali się zbytnio z burmistrzami polskich miast. Patrzę na spokojną twarz starszego, doświadczonego człowieka. Bije z niej zupełny spokój, jakkolwiek widzę, że wspomnienia, przezemnie wywołane, budzą w nim te same uczucia, jakich musiał doznawać w owym czasie. Jestem pewien, że w czasie tragicznych dni Radzymina, od 13 do 15 sierpnia musiał być tak samo spokojny i pewny siebie. Widocznie ten spokój nadał mu autorytetu w oczach najeźdźców.
Rozmawiałem z mieszczanami. Są wśród nich tacy, którzy pamiętają te dni. Zapytuję ich o burmistrza. Wszyscy bez wyjątku, biedni i zamożniejsi, chrześcijanie i żydzi, znajdują dla burmistrza tylko słowa najwyższej wdzięczności i uznania.
— To był nasz prawdziwy ojciec — mówią. Bez niego kto wie co bolszewicy zrobiliby z nami!
Z rozmów tych dowiaduję się jeszcze jednego szczegółu, o którym burmistrz nie wspomniał. Oto, z jego inicjatywy obywatele radzymińscy ukryli w swoich domach 3-ch rannych oficerów i 4 szeregowych Polaków, którzy znaleźli się w mieście w związku z cofaniem się naszych oddziałów z nad rzeki Rządzy, od strony Mokrego, Zawad, Dybów i Wiktorji. Poprzebierano ich w cywilne ubrania, w chałaty żydowskie i suknie kobiece i ukrywano. Groziła za to kula w łeb bez żadnego sądu.
Jadę na cmentarz obrońców Warszawy, odległy o 2 km. od miasta. Powstał on również z inicjatywy burmistrza Marszała, który zaproponował to miejsce jako cmentarz bohaterów, generałowi Hallerowi, ówczesnemu dowódcy frontu. Na rozkaz generała przeniesiono tu do wspólnego grobu wszystkie zwłoki poległych Polaków, zebrane z okolicznych pól. Usypano narazie kopiec, następnie zaś dopiero zabrano się do utworzenia prawdziwego cmentarza.
Akcję tę prowadził niezmordowany Aleksander Łobodowski, syn aptekarza z Radzymina, człowiek wielkiej energji i twórczego ducha. Dzięki jego zabiegom cmentarz zyskał środki z rozmaitych źródeł, przeważnie jednak z dobrowolnych składek pracowniczych. Łobodowski potrafił zainteresować magistrat warszawski, związek pracowników Banku Polskiego, telefonistek PAST, etc. Wszyscy oni opodatkowali się dobrowolnie i za uzyskane tą drogą pieniądze można było zbudować piękny cmentarz.

„Poległym cześć! Cmentarz parafialny, na którym spoczywaj bohaterowie polegli pod Radzyminem w r. 1920″ — głosi tablica na bramie cmentarza. Wchodzę na cmentarz. Przy wejściu znajdują się dwie bratnie mogiły o kwietnikach w kształcie „Virtuti Militari”. Lewa ufundowana jest przez pracowników magistratu m. st. Warszawy, prawa przez urzędników Banku Polskiego. Tuż za tą ostatnią znajduje się kapliczka z wmurowaną tablicą pamiątkową. Dalej znajdują się znowu dwie mogiły: prawa, ufundowana przez kolejarzy warszawskiej dyrekcji, lewa bez żadnego napisu. Wielka bratnia mogiła fundacji telefonistek warszawskich znajduje się pośrodku. Za cmentarzem ciągnie się łąka o wielkiej perespektywie. Północną część cmentarza zajmują groby mieszczan radzymińskich, wśród których zwraca uwagę pięknie utrzymany grób policjantów Kostrzewy i Dębińskiego, poległych w obronie obywateli pow. Radzymińskiego. Południowa część cmentarza jest narazie niezajęta. Ogółem na cmentarzu radzymińskim spoczywa około 300 obrońców Warszawy.
Cmentarz jest doskonale utrzymany i ogrodzony estetyczną siatką drucianą na betonowych słupach. Przy bramie znajdują się tablice pamiątkowe: miasta Wilna — ku czci szeregowych i oficerów 85 p. Strzelców Wileńskich, oficerów i szeregowych 5 p. Strzelców Podhalańskich i korpusu oficerskiego 81 p. Strzelców Grodzieńskich.
Przed bramą kręci się jakiś człowiek. Przed chwilą widziałem go na cmentarzu jak gracował aleję między grobami, obecnie zamiata trotuar przed bramą. Wdaję się z nim w rozmowę. Okazuje się, że jest to ogrodnik i dozorca w jednej osobie. Z dumą pokazuje mi piękny budynek, położony naprzeciwko cmentarza, po drugiej stronie szosy. Jest to świetlica, również wybudowana dzięki staraniom p. Łobodowskiego. Znajdują tam schronienie zwiedzający cmentarz.
— Budowa jest — mówi — na amen. Sam żwir na cemencie. Żeby tam niewiem co, to sto lat przestoi, a może nawet dłużej. Takiej budowy to nie nie ruszy!
— Znakiem tego — wpadam w jego ton — przetrzyma nawet jeszcze jedno wejście bolszewików do Radzymina?
— To, to faktycznie nie jest narazie przewidziane — odpowiada.
Zajmuję miejsce w odrapanym wagonie kolejki. Wracam do Warszawy, którą 15 lat temu Radzymin obronił. Słońce zachodzi. Ostatnie promienie jego krwawo padają znów, po 15 latach, na tę biedną, sapowatą ziemię o kwaśnych łąkach i zimnej glebie. Wokół panuje wielka niezmierna cisza, przerywana jedynie zgrzytem osi wagonów.
Z blasków czerwonego słońca zdają się wyrastać najbliższe okolice: Kobyłka, gdzie pokotem legli nasi studenci i maturzyści, Ossów, gdzie poległ legendarny ks. Skorupka, Wólka Radzymińska — hekatomba 27 p. Strzelców Kaniowskich i Benjaminów, w którym Niemcy więzili naszych legjonistów za odmowę przysięgi. Przemawiają znów do mnie wielkie fakty historyczne, których byłem świadkiem. Dziś, w przeddzień ich święta.
W. O.
Wiadomości Turystyczne
R. 5, 1935, nr 16