Exodus

Któregoś dnia (chyba było to 11 sierpnia) dowódca stacjonującego oddziału – młody, przystojny, dobrze zbudowany blondyn – wezwał Ojca i oznajmił mu, że jutro skoro świt będzie tu wojsko frontowe, zajmie dom i wyrzuci nas z niego natychmiast. Rozpoczęły się gwałtowne przygotowania do wyjazdu. Wytworzył się rozgardiasz i nastrój zdenerwowania. Służba, która tak samo jak my, walczyła o swoje głowy, przestała reagować na polecenia. Aby dostać jakąś usługę, trzeba było grzecznie poprosić.

Powstał problem koni. Wczesną wiosną grasująca w okolicy banda zabrała z Ulaska najlepsze konie, by wywieźć zrabowane lupy. Całe szczęście poratowali nas ukrywający się w naszym lesie partyzanci radzieccy, którzy wycofując się przed nadciągającym wojskiem niemieckim pozostawili nam swoje konie – zarekwirowane zresztą w sąsiednim majątku Piwki. Konie te dostała do dyspozycji służba. W końcu w późnych godzinach wieczornych udało się przygotować dla nas wóz wymoszczony słomą i bryczkę. Do wozu były zaprzęgnięte dwa nasze konie, a z tyłu była do niego przyczepiona bryczka.

Mama w ostatniej chwili – tknięta, jak się potem okazało, przeczuciem – wyniosła z domu obrazy autorstwa swojego ojca – warszawskiego malarza Zdzisława Jasińskiego – ile się tylko dało schowała w dużym, drewnianym, podmurowanym wychodku stojącym w ogrodzie. W tym samym miejscu znalazła się cześć pamiątek rodzinnych. Gdy rodzice zajmowali się załadunkiem, my -dzieci, (tj. ja i moje dwie siostry) oczekiwaliśmy na prowizorycznym posłaniu pod rozłożystym starym dębem w ogrodzie. W końcu przyszła do nas Mama. Za chwilę podjechał Ojciec wozem i dobrze już po północy ruszyliśmy. Był to ostatni moment, bo zewsząd słychać było narastający z każdą minutą huk i warkot motorów przegrupowujących się wojsk.

Ojciec siedział na wozie i powoził całym zaprzęgiem. Nas Mama usadowiła obok siebie na bryczce. Tuliliśmy się do niej, a wraz z nami mała pokojowa suczka – Bili. Duży pies, owczarek podhalański – Murza, gdzieś się zawieruszył i mimo nawoływań nie przybiegł. Jechaliśmy w kierunku lasu chrześnieńskiego. Oczywiście cały nasz zaprzęg był mało zwrotny, więc poruszaliśmy się “noga za nogą” podskakując na wybojach i korzeniach leśnej drożyny.

Nim wyjechaliśmy z naszego lasu, nastąpił incydent, który nie wiadomo czym się mógł skończyć. Oto nagle z krzaków wyskoczył ku nam z karabinem gotowym do strzału ni to żołnierz, ni to cywil. Prawdopodobnie był to Ukrainiec, dezerter z armii niemieckiej. Ojcowska znajomość języków rosyjskiego i niemieckiego oraz butelka wódki dały nam wolny przejazd. Jeszcze chwilka i wyjeżdżamy z naszego lasu. Mijamy po lewej stronie stojący na skraju lasu dębowy krzyż wystawiony przez moich Rodziców na wiosnę 1943 r., przecinamy drogę do Balcerów i już zagłębiamy się w lesie chrześnieńskim. Dobrze już świtało, gdy dotarliśmy do chrześnieńskiego kantoru.

W kantorze zastaliśmy poprzednio przebywających w Ulasku uciekinierów i przygodnych mieszkańców domu pensjonatowego, którzy Ulasek opuścili wcześniej od nas. Niedaleko budynku kantoru (wspominałem już o tym budynku i jego mieszkańcach poprzednio) w lesie mężczyźni kopali schron. a my z Mamą ulokowaliśmy się w kantorze. Nim Ojciec przystąpił do pomocy w tym dziele podjął bardzo ryzykowne przedsięwzięcie. Otóż w pełni dnia udał się piechotą do Ulaska, by odszukać Murzę (owczarek podhalański). Gdyby nie ojcowska znajomość języka niemieckiego, nie wiadomo czym by się to mogło skończyć. Po naszym powrocie z tułaczki leżały jeszcze w ogrodzie trupy tych, którzy z jakichś powodów kręcili się po ogrodzie i koło domu. Ojciec doszedł do Ulaska. Dom i obejście zajęte były przez wojsko. Pytanie o psa skierowane do kręcących się żołnierzy zbywane były niechętnymi odpowiedziami. Dopiero żołnierz z dłużej już stacjonującego oddziału saperów poinformował, że widział psa na strychu. Gdy Ojciec go znalazł, był on bardzo przestraszony, ale ucieszył się na widok Ojca. Wzięty na pasek od ojcowskich spodni został już bez większych przygód doprowadzony do miejsca naszego pobytu.

Gdy schron był już gotów, wszyscy się do niego przenieśli. Leżeliśmy tam jedno przy drugim na prowizorycznych posłaniach. W nozdrza wchodził wilgotny zapach świeżej ziemi, a do uszów docierało wszystko, co się działo na zewnątrz. A były to odgłosy przedziwne, dotychczas mi nie znane, a zarazem groźne. Jakieś dudnienia, huki, zgrzyty, trzaski. Jakby wielkoludy grały w kręgle. Najpierw dudnienie kuli toczącej się po deskach, potem uderzenie – buuum! – muzyka wojny. Mama mówiła, że to bitwa czołgów. Do tych odgłosów z oddali wkrótce doszedł jeszcze nowy, i to już z bliskiej odległości. Oto nie opodal, przy gajówce koło drogi, usadowiła się bateria artylerii niemieckiej i swoim „graniem” ,,umilała” nam życie.

Niemcy, jak wiadomo, naród systematyczny i jako taki uwidaczniał to w swoim stylu walki. Po okresie intensywnego strzelania następował odpoczynek. W chwilach spokoju wychodziliśmy ze schronu, rozkoszując się ciszą, świeżym powietrzem i rozgwieżdżonym niebem. Naraz “nasza” bateria nie dotrzymała rozkładu zajęć i ni stąd, ni zowąd po komendzie „Feuer!” (ognia!) – rozpoczęła strzelaninę. Dodatkową udręką była krowa któregoś z uciekinierów, której rozpaczliwy, donośny, długotrwały, przeważnie porą nocną – ryk uniemożliwiał nam spanie i potęgował nastrój grozy.

W miarę zbliżania się frontu pobyt w schronie stawał się coraz mniej bezpieczny. Coraz częściej leśną drogą przejeżdżały pojazdy niemieckie. Nadlatywały samoloty radzieckie, które ostrzeliwały las. Kule świstały ze wszystkich stron, a z drzew sypały się pościnane przez nie gałęzie. Któregoś dnia przejeżdżający drogą motocyklowy patrol niemiecki zauważył nasz schron. Pojazd zatrzymał się i kilku Niemców podeszło do wejścia. Jeden z nich z okrzykiem ,,Banditen! Banditen!” sięgnął po granat. Wtedy Ojciec wytłumaczył mu po niemiecku, że tu nie ma żadnych bandytów, tylko chore kobiety i dzieci, czym go uspokoił i odwiódł od pierwotnego zamiaru. Po chwili Niemcy odjechali. Faktycznie w schronie była chora kobieta – i to bardzo. Tą kobietą była nasza Mama, która od pewnego czasu walczyła z jakąś dziwną chorobą, jakimś zatruciem organizmu objawiającym się ranami na nogach. Teraz leżała w schronie z czterdziestostopniową gorączką.

Po kilku dniach przebywania w schronie rodzice postanowili jechać dalej. Ruszyliśmy drogą w kierunku Chrzęsnego. Minęliśmy gajówkę i stojące przy niej działa. O zmierzchu wyjechaliśmy z lasu. W oddali ukazał się wiele razy widziany widok, taki jaki zawsze widzieliśmy jeżdżąc do Babci „Koko”. Bliżej zabudowania gospodarskie wokół chrześnieńskiego podwórza, a dalej wyrastający ponad drzewa ogrodu spadzisty, kryty dachówką dach dworu. (Nie zdawałem sobie wtedy sprawy, że widok ten oglądam po raz ostatni.) Był jeszcze inny, nieznany mi dotąd widok – latające po niebie czerwone kule pocisków artyleryjskich. Cyklicznie pojawiał się daleki błysk, ledwo słyszalny grzmot wystrzału, czerwona kula lecąca po niebie torem spadającym ku ziemi, błysk na horyzoncie, a potem głuchy huk wybuchu, i na koniec łuna pożaru.

Jechaliśmy drogą między polami. Po polu kręcili się żołnierze. Jeden z nich – pamiętam – załatwiał się pod kopką żyta. Gdy nas zobaczył – wypiął w naszą stronę goły tyłek. Grupka innych – gdy spostrzegła, jak nasz pies przywiązany do bryczki zaplątał się o koło i szarpał się przy tym niemiłosiernie – ryknęła szyderczym śmiechem.

Minęliśmy zajęty przez wojsko niemieckie (podobno byli to Ukraińcy) teren majątku Chrzęsne i skręciliśmy ku Mokrej Wsi. Na noc zapadliśmy u znajomego gospodarza we wsi. Wieś ta była nawiedzana przez uzbrojonych po zęby młodocianych żołnierzy. Robili wrażenie półprzytomnych. Wzrok dziki, rozchełstani, z czapkami na bakier – rzucali granatami i strzelali do wszystkiego, co im się nawinęło pod rękę.

Czesław Rozmirski
Czesław Rozmirski

Wkrótce opuściliśmy Mokrą Wieś i wylądowaliśmy w majątku Ksawerów, należącym do zaprzyjaźnionego z Ojcem pana Rozmirskiego. Zajęliśmy niewielką komórkę bez okna w murowanym budynku gospodarczym o charakterze spichrza. Murowane ściany dawały ochronę przed ogniem, kulami i odłamkami. Dach był kryty słomą. Ktoś zapyta, jaką ochronę daje słomiany dach? Odpowiem, że była to strzecha niezwykła, bo pokryta warstwą betonu. Pan Rozmirski dokonał tego zabiegu jeszcze w 1939 r. Warstewka betonu chroniła strzechę przed ogniem, pociskami drobniejszego kalibru i odłamkami. Od tak skonstruowanego dachu mógł się odbić nawet pocisk większego kalibru, gdyż beton chronił przed przebiciem, a warstwa słomy dawała amortyzację. Pobyt w Ksawerowie przebiegał pod znakiem nalotów lotnictwa radzieckiego i odwiedzin rozwścieczonych Niemców, którzy wpadali na rabunek i w poszukiwaniu dziewczyn. Państwo Rozmirscy dokonywali cudów, by ukryć swą dorastającą urodziwą córkę.

Nie zdążywszy się schować do naszej kryjówki obserwowałem ich zachowanie podczas którejś z takich wizyt. Wpadli i coś wrzeszczeli. Jeden z Niemców “wyżył się” na poręczy drewnianych schodów. Tak łomotnął w nią kolbą, że poręcz rozpadła się w drzazgi. Inny “zajął się” psem. Psy na ogół nie lubią mundurów. Przywiązany przy budzie pies na widok mundurowych wyskoczył z budy ze strasznym ujadaniem. Niemiec wycelował w niego karabin. Pies wyczuwszy, że to nie przelewki, podkulił ogon i schował się do budy. Wtedy Niemiec podszedł do budy, zanurzył karabin w otwór i strzelił – pies więcej się nie pokazał… Ten fakt nie potwierdza opinii, że Niemcy to naród lubiący zwierzęta.

W okresie pobytu w Ksawerowie dała się zauważyć przewaga radziecka w powietrzu. Bezkarne naloty samolotów radzieckich na nasz teren były nader częste. Gdy tylko dał się słyszeć warkot samolotów, chowaliśmy się do naszej kryjówki. Nadlatywały klucze myśliwców i szturmowców. Waliły z broni pokładowej, rzucały bomby małego kalibru. Kiedy odlatywały, następowała cisza. Wtedy ostrożnie wychodziliśmy z kryjówki i penetrowaliśmy okolicę.

Któregoś razu nalot był szczególnie intensywny i długotrwały. Niebo i ziemia jakby złączyły się w jedno rozszalałe piekło. Warkot i wycie silników, trzask karabinów maszynowych, huk wybuchających bomb otaczał nas zewsząd. Wydawało się, że to wszystko dzieje się tuż koło nas. W napięciu i ze strachem nadsłuchiwaliśmy tej furii groźnych odgłosów. Każdej chwili jakaś bomba mogła upaść na nasz spichrz. Wydawało się, że to piekło nigdy się nie skończy. Wtem samoloty jak nagle się pojawiły, tak nagle odleciały. Zapanowała całkowita cisza. Z wolna poczęliśmy wysuwać się z naszej kryjówki. Skierowaliśmy się do sadu, przy którym położony był nasz spichrz. Cały sad pokryty był małymi kraterami po wybuchach bomb. Jedna z nich eksplodowała kilka metrów od drewnianych drzwi naszego schronienia. Świadczył o tym krater i odłamki w drzwiach. A więc nasz sad i nasz spichrz były również celami nalotu – “na wsiakij słuczaj”.

Po chwili zauważyłem, że ludzie, którzy tak jak i my powychodzili ze swoich kryjówek, biegną w stronę podwórza. Pobiegłem i ja. Grupa ludzi otaczała jakiegoś dziwnego człowieczka dosiadającego małego siwego konika. Podszedłem bliżej, ciekawie – jak i pozostali – przyglądając się temu zjawisku. Osobnik ten ubrany był w jakiś dziwny, nieznany mi strój, koloru zemisto-zielonkawego, przypominający mundur. Na nogach miał płócienne buty z cholewami koloru ciemnoszarego, na głowie furażerkę, a na niej z przodu błyszczała sporych rozmiarów emaliowana, czerwona, pięcioramienna gwiazda. Przez plecy przewieszony miał brudny karabin na postrzępionym, parcianym pasku. Podobne elementy umundurowania zauważyłem kiedyś u przebywających w naszym lesie ruskich partyzantów. Zmiarkowałem więc, że to musi być Rusek. Ale żołnierz czy partyzant? Z rozmowy, jaką prowadził z otaczającymi go ludźmi wywnioskowałem, że to żołnierz. A więc to tacy zwyciężają czystych, dobrze umundurowanych i świetnie wyposażonych Niemców?

Żołnierz zadał kuriozalne pytanie – “gdzie Germaniec?” Na dociekania ludzi, dlaczego jest sam, gdzie jego oddział? – odpowiedział, że jadą samochodem, ale nie mogli dojechać, bo ,,swicza isportiłas”. Na te słowa od grupki ludzi oderwała się jakaś babina, potruchtała do pobliskiej chałupy, przyniosła kawałek białej stearynowej świecy i wręczyła ją żołnierzowi. (Widziałem to na własne oczy i dobrze to pamiętam). Tak oto wyglądało moje wyzwolenie z okupacji niemieckiej i mój koniec Drugiej Wojny światowej.

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.