Na przekorne Elektrownie,
Co nas dręczą niewymownie.

Jak warszawiaków tysiące
Mieszkam pod miastem (w Zielonce)
Gdzie też dość często mam styczność
Ze światłem — (elektryczność)
Które, niech piorun je trzaśnie!
Wielokroć przez wieczór gaśnie,
Mimo nowiutkich przewodów,
Poprostu tak… bez powodu
I zawsze (człek wściec się może)
Zgoła w niewłaściwej porze:

Przy konserwacji urody
Gdy mam zgolone pół brody.
To znów, jak z czartem w przymierzu,
Gdy rybkę mam na talerzu,
Gdy ktoś przyjedzie z daleka,
Gdy sznurowadła nawlekam,
Gdy książkę biorę ciekawą,
Gdy szklankę napełniam kawą,
Gdy z nut gram na fortepianie,
Gdy pluskwę widzę na ścianie,
Gdy drobne wbijam gwoździki,
Gdy czytam list z Ameryki,
Gdy chcę nacieszyć się fajką,
Lub gdy na miękko jem jajko,
Grę w szachy mam rozłożoną,
Jestem sam na sam… z żoną,
Wtedy ku wielkiej wściekłości
Nastają nagle ciemności.
Dlaczego zaś — vice versa
Gdy trochę tkliwego serca
Okazać chcę pannie Hali
Światło, jak na złość, się pali?
Może odnośne czynniki
Wyjaśnią nam te wybryki
I znajdą lekarstwo na nic.
Czekamy! Z poważaniem

J.J.

Mucha – pismo satyryczno-polityczne
R. 73, 1947, no 27

 126 odsłon,  1 odsłon dzisiaj

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.