Ryszard Lenczewski ma dziś siedemdziesiąt jeden lat, dzieci, wnuki i dużo wspomnień.

Urodził się w Wołominie w miejscu gdzie obecnie stoi „szklarynka”. Tutaj się wychował, biegał z chłopakami po wołomińskich ulicach. Rodzina pana Ryszarda posiada wspaniałe korzenie i tradycje. W domu zawsze królowały wartości patriotyczne.

Było ich pięcioro, czterech chłopców i dziewczyna. On był najmłodszy.

Z dzieciństwa pamięta dom rodzinny, ciepły piec i swoje pierwsze zarobione pieniądze. Było to w 1936 roku na poligonie w Ossowie, w kaplicy księdza Skorupki.

Trwał remont kościoła. Murarze poprawiali elewację. Majstrem był wtedy Feliks Wiśniewski. W kościółku dach był miedziany, zawsze błyszczący w słońcu. Podczas pracy robotnicy go zachlapali i nie było komu wejść, żeby go wyczyścić. Ksiądz nie chciał przyjąć takiej roboty i szukano kogoś, kto wszedłby na kopułę. Zgłosiłem się i po linie, boso wdrapałem się na szczyt. Szmatą i oliwą oczyściłem dach. Dostałem wtedy dziesięć złotych. Kupiłem sobie za nie łyżwy (chociaż był środek lata), które mam do dziś.

Od dziecka marzył, by zostać policjantem albo żołnierzem.

– Z chłopakami poznałem każdy kamień Wołomina. W każdym zaułku tropiliśmy złodziei, machaliśmy drewnianą szabelką, uwalnialiśmy dziewuchy z rąk oprawców. Wierzyłem, że jest to podstawowa rola mężczyzny: bronić – wspomina z uśmiechem.

Prawdopodobnie właśnie dlatego jedenastoletni Rysio wstąpił do harcerstwa. Drużynowym był wtedy Piotruś Szefler, zaś zastępowym Rysiek Skrzecz. W trzydziestym ósmym roku patronem drużyny został Józef Piłsudski. Przetrwała ona aż do okupacji i okazało się, że skupia w swoich szeregach niezwykle odważną młodzież.

– Pamiętam był koniec sierpnia 1939 roku. Wszędzie mówiło się o wojnie. Teletechnik Krzyżanowski zorganizował zbiórkę na Słonecznej przy starym młynie. Zrobił z nami coś w rodzaju kursu łączności. Było nas ze dwudziestu chłopaków, chyba każdy zapamiętał jego słowa do końca życia. Powiedział: chłopcy, jak wybuchnie wojna, wy też będziecie musieli pomóc. Może być różnie, mogą was wykorzystać w łączności. Zapamiętajcie, że gdyby któryś z was był ranny, a wasza radiostacja byłaby uszkodzona, łączność przerwana, idźcie za drutem telefonicznym i w miejscu przerwania weźcie oba końce drutu w usta i wówczas uzyskacie połączenie. Wszyscy wtedy chcieli przeżyć coś takiego – wspomina Lenczewski.

Cała drużyna rwała się do walki, wszyscy nagle stali się dorośli, jacyś dojrzalsi.

– Chyba największą patriotką była Jadzia Markowska, córka byłego legionisty. Nie baliśmy się niczego. Chcieliśmy koniecznie się bić. Pchaliśmy się wszędzie. Kiedy weszli Niemcy pierwsze ulotki zaczął roznosić nasz zastęp z pięćdziesiątej pierwszej drużyny harcerskiej. To była nasza pierwsza działalność konspiracyjna. Byliśmy z siebie bardzo dumni. W tym czasie powstał w Szkole Podstawowej nr 4 szpital. Działali tam Stasiek Szewc, Irena Łojko, był też Mietek Cichecki, który wtedy tworzył RGO. Na terenie tego szpitala było wielu harcerzy, pomagali przy chorych a jednocześnie prowadzili działalność konspiracyjną.

Droga na zachód

Kiedy na terenie Wołomina zaczęły się aresztowania, Niemcy zaczęli dopatrywać się działań bojowych wśród harcerzy. Wtedy dzieciaki przestraszyły się nie na żarty. Wiedzieli, że będą aresztowani, jeśli szybko nie zaczną uciekać na zachód. Kilkunastoletni Rysiek nie mógł wracać do domu, gdzie czekała na niego matka. Od razu w pięciu wyruszyli do Francji, gdzie miał być ich drużynowy Piotr Szefler. Droga trwała co najmniej dwa miesiące. Podróżowali węglarkami, zwierzęcymi wagonami, piechotą. Przez Belgię doszli do Francji, ale nie znaleźli już swojego drużynowego, bowiem pojechał do Anglii. Wśród Francuzów poznali nowych kolegów, tu się rozdzielili. Każdy musiał znaleźć jakieś lokum i pracę. Lenczewski pracował w piekarni. Spotkał się też ze swoim starszym bratem, który na przywitanie spuścił mu tęgie lanie, za to, że zostawił matkę samą. Podczas jego wędrówki aresztowano ojca i starsze rodzeństwo, matka pozostała czekając na najbliższych.

– Popędził mi kota i kazał wracać do mamy. Wiedziałem, że nie mam innego wyjścia, ale jeszcze przez jakiś czas pozostałem wśród polskich oficerów przedzierających się na zachód. Gdy o nich myślę, od razu kojarzę ich z pyzami. Byłem najmłodszy w domu, więc mama postanowiła nauczyć mnie wszystkiego, bym mógł sobie radzić, także gotować. Kiedyś oficerowie kazali mi zrobić pyzy. Wszystko zrobiłem dobrze, tylko już uformowane kluski wrzuciłem na zimną wodę. Zrobił się jeden klajster, ale i tak zjedli – opowiada z uśmiechem pan Ryszard.

Z. Francji przedostał się do Szwajcarii, gdzie serdecznie się nim zaopiekowano, nakarmiono, ubrano i przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż odesłano do domu.

Ojca aresztowano, po powrocie z więzienia zmarł. W tym czasie braci i siostry wywieziono na roboty. Pozostali sami z matką, bez środków do życia. Lenczewski zaczął więc handlować na rynku w Wołominie. Wtedy też grupa ludzi zaczęła się interesować losem sierot i półsierot w Wołominie. Skupiała ich pani Zacharówna, która prowadziła tajne wykłady. Spędził tam niejedną noc i zaczęła się konspiracja. Byli głównie łącznikami lub stawali na czatach podczas różnych akcji.

– Chłopcy byli szybcy, bystrzy, samodzielni. Mieli gaz w nogach, dlatego byli najlepsi na czatach.

Wszyscy chcieli brać udział w walce, ale warunkiem zostania podoficerem było posiadanie małej matury. Wykładowcami byli Witold Zapałowski, Wacław Szymborski, Roman Gębicki, a inspektorami Jankowski i Kitkiewicz. Lenczewski skończył podchorążówkę, otrzymał stopień kaprala podchorążego i zaczęły się działania w szeregach Armii Krajowej.

– Pamiętam jak składaliśmy przysięgę. Było to w katakumbach kościoła w Kobyłce. Około piętnastu chłopców deptało leżącą na ziemi flagę niemiecką i przysięgało wierność i oddanie ojczyźnie. Połączyliśmy się wtedy z Wawrzynowskim – “Znachorem”, profesorem mieszkającym w Czarnej i z Jerzym Strzałkowskim, sybirakiem, opiekunem naszego schroniska dla sierot. Strzałkowskiemu pomagała wtedy ambasada japońska w utrzymaniu dzieciaków a także naszych nauczycieli. Muszę powiedzieć, że oni nadal interesują się nami.

Od tamtej pory akcja za akcją, giną żołnierze, przyjaciele. Cały czas chłopcy z pięćdziesiątej pierwszej są łącznikami, mają dojścia do radiostacji, a tych na terenie było trzy. Biorą udział w akcji „Burza”.

– Dziś, kiedy minęło sześćdziesiąt lat, nie wstydzę się tego, że chodziłem boso, że byłem głodny. Wciąż jestem aktywny i mam nadzieję, że pozostanie tak jeszcze długo – podsumowuje Ryszard Lenczewski, od trzydziestu lat mieszkający w Kobyłce, który przez cały czas pracował dla miasta, mieszkańców i młodzieży, oczywiście z ramienia harcerstwa. Ale to już osobna historia.

Wieści Podwarszawskie
1998

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.