historia terenów powiatu wołomińskiego

w dokumentach i wspomnieniach

huty szkła kultura PRL Wołomin życiorysy

Artyści w wołomińskiej hucie – Henryk Albin Tomaszewski

Henryk Albin Tomaszewski – był niepowtarzalnym rzeźbiarzem specjalizującym się w szkle artystycznym. A co łączyło artystę z Wołominem? Otóż tutaj przez niemal 20 lat (1973-1991) w większość niedziel w roku, w wołomińskiej hucie szkła – (zakład „B”) – tej do dzisiaj działającej, artysta po przedstawieniu swoich koncepcji tworzył dzieła, które wykonywali wybrani hutnicy pod jego bezpośrednim nadzorem.

Artyście poświęcono wiele publikacji o ogólnym charakterze. Tym artykułem chciałem nieco przybliżyć postać artysty z tytułem honorowego Zasłużonego dla Kultury Polskiej, wykonawców jego dzieł i zdradzić nieco sekretów „rodzącego się” dzieła przez ich bezpośrednich realizatorów.

Początki

Tomaszewski wyrastał z w wielodzietnej rodzinie jako najmłodszy z dzieci (trzech braci i dwie siostry) a jednocześnie w ich cieniu. Ojciec prawnik, matka szlachcianka – zadbali o ich staranne wychowanie. W ich przekonaniu uchodził za odmieńca i nieudacznika – a jak sam mówił – uchodził za wyrodka. Wobec rodzicielskich rygorów i szkolnych okazywał się być niepokornym i upartym. Pogłębiło się w nim poczucie niższości zwłaszcza po nieudanych studiach pianistycznych, mimo fenomenalnego słuchu i pamięci muzycznej, bowiem chciał zostać zawodowym muzykiem wbrew woli ojca, który widział go, jak i swoich pozostałych synów, jako farmaceutę. Gdy nadszedł 1918 rok i Polska odzyskała niepodległość, ucieka z domu i jak setki innych młodych wychowywanych w duchu patriotycznym, usiłuje dotrzeć do Legionów Piłsudskiego. Już od dziecka był bardzo uzdolniony jako rysownik.

Czuł się ciągle niedoceniany, mimo poczucia humoru i częstokroć autoironii, raczej niełatwo nawiązywał kontakty. Często się narażał i często zrażał do siebie innych. Miał nieliczne długotrwałe przyjaźnie, niestety często popadał w konflikty z urzędnikami ministerstw, pracownikami muzeów i salonów wystawienniczych, za to szybko znajdował wspólny język z pracownikami hut; szlifierzami i hutnikami, których zawodowe uzdolnienia natychmiast trafnie potrafił ocenić. Dopiero w wieku już dobrze dojrzałym, dzięki między innymi kolejnym sukcesom utwierdził się w przekonaniu o własnej wartości. Należy dodać, że całe życie dzielił między dwie wielkie namiętności: muzykę i plastykę.

Źródła

Pochłaniał książki zwłaszcza biograficzne wybitnych kompozytorów, jak i wybitnych postaci ze świata plastyki. Wielkie dzieła malarstwa czy plastyki poznał w czasie licznych późniejszych podróży. Poznał też szereg hutniczych technik szklarskich. Należy podkreślić, że tylko na początku swojej działalności był związany z zakładem pracy, później okazał się być przysięgłym samotnikiem, pracującym poza środowiskiem innych artystów i jeżeli wiązał się, to na krótko z jakąś uczelnią czy zakładem pracy. Bardzo cenił sobie niezależność i podjął trudną sztukę utrzymania się z wyłącznie ze sprzedaży własnych prac lub rzadko uzyskiwanych zleceniach. Ciągle borykał się z kłopotami finansowymi, aż do czasu, gdy jego dzieła zaczęły być doceniane. Bardzo długo jego jedynymi odbiorcami były placówki muzealne, które miały niestety ograniczone środki finansowe. Dlatego tak usilnie zabiegał niegdyś o wystawy i z różnych względów mu ich odmawiano, często z osobistych i zawiści.

Przed wojną kształcił się w Warszawie w Miejskiej Szkole Sztuk Zdobniczych i Malarstwa – wówczas najnowocześniejsza szkoła w Europie. Dostał się bez egzaminów, wyłącznie na podstawie swoich rysunków, później trafił do Akademii Sztuk Pięknych. Studiował malarstwo, ale rzeźba w szkle była jego głównym zainteresowaniem. W czasie wojny był aresztowany i więziony przez Niemców na Pawiaku ponad 9 m-cy (by przetrwać, a już miał rodzinę: żona Maria Babulska i syn Andrzej nielegalnie handlował żywnością). Po II wojnie światowej do 1946 r. jako nauczyciel rysunku pracował w Siedlcach, w 1946 r. został w ramach ówczesnych zwyczajów: powiązania artystów-plastyków z przemysłem, skierowany do Szklarskiej Poręby i tam do 1950 r. tworzył projekty kryształów i pracował w tamtejszej hucie szkła kryształowego „Józefina”(później „Julia”).

Całe piękno kryształów

Był wówczas autorem ponad 250 uznanych projektów szkła użytkowego, pozostałe również bliskie tej liczbie uznano za zbyt nowatorskie i w sumie unikatowe odrzucono. I tak zerwał kontakt z tą hutą za niezapłacenie za wzory, które wprowadzono do produkcji. Wówczas płacono za każdy opracowany wzór. Zainteresował się szkłem, jako tworzywem artystycznym i zaczął tworzyć szkła unikatowe. W latach 1947-1948 wykonał rękoma hutników pierwsze szkła odręcznie formowane na gorąco. Już w Szklarskiej Porębie sam obserwował prace kuglerów, zgłębiał tajniki szlifu, dobieranie tarcz, doświadczał głębinę żłobin czy poznawał dogłębnie materiał, czyli szkło i jego tajemnice. Stąd potem śmiałe nowe wzory, które stały się podstawowymi do określenia piękne polskie kryształy, których niewiele można jeszcze zobaczyć w Muzeum Narodowym w Krakowie – masywne grubościenne formy czy wiele interesujących projektów, które niestety nie doczekały się realizacji.

Mieszkając w Łodzi od 1950 r. tworzył jako artysta niezależny prowadząc jednocześnie wykłady w latach 1950-1952 w Pracowni Projektowania Szkła Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych we Wrocławiu. W 1954 r. uzyskał dyplom na ASP.

Należy nadmienić, że artyście udało się zapoczątkować nowy trend w tradycji estetycznej kryształów. Wraz z powrotem Dolnego Śląska do Polski przybyła nowa tradycja, której nie było w Polsce w czasach przedwojennych, mianowicie szlifierni kryształów, jako oddzielnych zakładów, bądź jako oddziałów w hutach szkła kryształowego. Wraz z nimi otrzymaliśmy zespoły doskonałych fachowców Niemców i Czechów znających gruntownie swoje rzemiosło, ale niestety z bardzo złymi tradycjami estetycznymi, które przez dłuższy czas również się zachowały i dalej były pielęgnowane w Polsce. Jeszcze w latach 50-60 ub. wieku tzw. kryształy – w sklepach całego kraju były owocem drobnomieszczańskich upodobań powielającą nieudolnie pseudo biedermeierowskie, dziewiętnastowieczne szlify, a przez to tandetne kryształy. Kryształy z tamtych lat to drobny i w kratkę wykonywany szlif pokrywający całą powierzchnię zdobionego przedmiotu. Rzeczywiście tego rodzaju szablon przynosił pewne efekty dające migotanie błysków, ale nużył jednak oko skostniałą rytmiką i zatraceniem cennej właściwości w kryształowym materiale czyniąc go niemal niewidocznym. Na skutek nieustannego nękania władz zwierzchnich wreszcie udało się po pierwsze przekonać szlifierzy, że całe piękno kryształów zasłaniają gęstą i głęboką sieczką, a po drugie przekonać władze zwierzchnie, że rzadkie i głębokie wzory na kryształach uwypuklają ich piękno, a „miękkość” kryształów pozwala również na wykonywaniu innych, ale głębokich ozdób dekoracyjnych cieszących się powodzeniem na rynku. Pierwsze jaskółki ich twórczej inwencji w tym zakresie zaczęły pokazywać się na wystawach zbiorowych i indywidualnych plastyków ze szkół plastycznych. I tak może nie lawinowo, ale sukcesywnie zaczęła się poprawiać sytuacja na polskim rynku. Na pewno prekursorem tych starań był Henryk Albin Tomaszewski. Uzupełnianie wiedzy w zakresie rodzajów szlifów, gatunków szkła w sensie właściwości chemicznych i fizycznych, barwienia szkła (tlenki, emalie, fryty i inne), pomocy w przełamywaniu starych tradycji, artysta omawiał i uzgadniał niejednokrotnie z nestorem polskiego szklarstwa inż. Aleksandrem Dobrzańskim, dyrektorem Technikum Zaocznego Przemysłu Szklarskiego w Wołominie i redaktorem naczelnym „Szkła i Ceramiki” wówczas również w Wołominie, członka różnych wpływowych instytucji przemysłu szklarskiego w tamtych czasach. Świadczy o tym dedykacja artysty na artykule tej w/w kwestii poświęcona. Znajomość tę obydwaj panowie utrzymywali do końca życia, jak podkreśla dr Jakub Rycerski, wnuk inż. Aleksandra Dobrzańskiego. Stąd późniejsze sukcesy na rynkach Europy zachodniej i podbicie Ameryki polskimi kryształami.

Po 1963 r. osiadł w Warszawie i tworzył czasem w towarzystwie drugiej żony Alicji (1961 r.), swoje szklane rzeźby, m.in. w hutach szkła na Targówku (tu już w latach 50 dojeżdżając z Łodzi), Falenicy, Ożarowie i Wołominie. Niełatwa to była twórcza praca w tamtych czasach. Artysta niespokojny, obdarzony błyskotliwą inwencją, odrzucił przy tworzeniu swoich dzieł technikę wdmuchiwania szkła do form. Uznawał, że jedynie kształty z wolnego formowania, czyli z bańki szklanej i narzędzi zasługują na miano dzieła artystycznego czy użytkowego. To artysta z erupcją talentu i artystycznej woli tworzenia kreował niesamowite kompozycje, w dodatku z ciągle młodzieńczą pasją. W Polsce był wówczas najlepszy, a na świecie na pewno należał do czołówki artystów szklarzy w tego rodzaju technikach.

Droga przywiodła do Wołomina

Wytwarzane dzieła na Targówku nie zawsze zadowalały jego artystyczną duszę. Szkło sodowe miało ograniczone właściwości plastyczne z uwagi na szybkie stygnięcie, co w znacznej mierze nie pozwalało na wytworzenie koncepcji artysty.

Mimo poznania całych tajników szkła przy jego formowaniu, artysta nigdy nie zdecydował się na samodzielną pracę przy piecu i również niemożliwe, często z uwagi na ciężar jego kompozycji, zdany więc był na umiejętności hutników, którzy pracowali jedynie przy seryjnych produkcjach wyrobów danej huty i mniej im była znana skomplikowana technika formowania na potrzeby niemal jednorazowych potrzeb artystycznych. Chociaż z czasem razem z nim tworzył świetnie rozumiejący się zespół. Czasem posługiwali się niemal językiem migowym, by powstające dzieło nabierało kształtów zleconych przez projektanta Tomaszewskiego. Co ciekawe, artysta nie przywiązywał wagi do selekcji własnych prac. Zdarzało się że prace ze skazami, pęknięciami czy błędami były także wystawiane. Targówek to dzieła w miękko modelowym szkle, obciągane czasem ciemną zielenią wazony, przeróżne masywne formy z zatapianymi wielkimi pęcherzami powietrza, a także wygięte łukowato rury czy owinięte spiralą cylindry. Artysta w sumie unikał w swoich kompozycjach intensywnego barwienia szkła w przeświadczeniu, że kolor czyni szkło martwym i niweczy podstawowy walor szkła, jakim jest przejrzystość.

Po Targówku, Ożarowie i Falenicy rozpoczął współpracę z hutą w Wołominie, w której szkło żaroodporne termisil było znacznie odporniejsze na szok termiczny i można było o wiele dłużej pracować przy formowaniu swoich dzieł. Od 1974 r. współpracuje tutaj z Zygmuntem Werstlerem, którego nazywa arcymistrzem z uwagi na naprawdę mistrzowskie operowanie szkłem podobnie, jak z zespołem Bronisława Kurdka. Stąd w wielu dziełach zwłaszcza z huty w Wołominie barwa niemal nie występuje z wyjątkiem szkła z dodatkiem oleju, które czyniło kolor z poświatą niemal lekkiej odmiany brązów z dodatkami, które lubił zdobić nieskomplikowanymi hutniczymi sposobami, które hutnicy od lat stosowali w tzw. „produkcjach ubocznych” czyli np. „sękach” w wazonikach, popielniczkach, koszykach, rybkach przeznaczonych dla rodziny czy znajomych.

Wiemy o wielkim zainteresowaniu Tomaszewskiego muzyką poważną Debussy’ego, Wagnera, Schonberga, Skriabina i w swoich dziełach to wyrażał na zasadach plastyczno-muzycznej improwizacji często na podstawie literackich inspiracji i tylko jemu często znanych. Uważał i często podkreślał, że niektóre serie szklanych abstrakcyjnych dzieł nazwanych nazwiskami słynnych kompozytorów muzyki powinny być odczytane jako kojarzące się z danym nazwiskiem słynnego muzyka. Najbardziej plastycznie w swoich szklanych kompozycjach oddawał harmoniczną tonację i rytmikę muzyki Czajkowskiego i Chopina w skojarzeniu z nastrojem, jaki wywołują ci kompozytorzy. Tworzy też dzieła będące jakby rozcinaniem grubościennej bańki szklanej, które odkształcał na różne sposoby, albo rozcinając górną część uwypukla je wyciętymi sterczynami, tworząc jakby „języki”. Wyjątkowymi eksperymentami, których powodzenie zależało wyłącznie od wyjątkowej siły fizycznej hutników to olbrzymie balony ważące kilkadziesiąt kilogramów, a w nich przeróżne kanały powietrzne i sterczyny, które zatopiono, by wyglądało to jak zamknięty balon. Te kompozycje osiągały ok. 80 cm średnicy i wagi ok. 25 kg. Od kol. Żukowskiego wiem, że artysta miał od 1979 r. swoją chatę w Urlach nieco przerobioną na pracownię i w przerwach między kolejnymi wystawami czy wyjazdem do podwarszawskich hut nabierał sił, modelował w gipsie czy w plastelinie różne postaci ze świata sztuki w formie medali czy płaskorzeźb o średnicy kilkudziesięciu centymetrów.

Przesadą byłoby stwierdzić, że Tomaszewski należy do wybitnych, lecz nie odkrytych postaci polskiej sztuki XX wieku. A jednak po ponad 20. latach od jego śmierci jest to zawód i rozgoryczenie, że nie w pełni oddano mu sprawiedliwa ocenę. Ale prawda jest też taka, że to jego projekty wzorów na kryształach pozwoliły im wyjść na świat, że to on jako pierwszy jeszcze przed całą plejadą modnych amerykańskich plastyków w szkle dał drogę, by tworzyć swoje dzieła od początku od wytapiania szkła, od pierwszej utworzonej bańki z niego, by próbować odkształcić to płynne tworzywo na kształtowanie przedmiotów i naśladować niegdyś dawno wypracowane metody i osiągane efekty. To słynni zachodnioeuropejscy czy amerykańscy artyści plastycy w szkle uczyli się na podstawie nonszalanckich i śmiałych dzieł Tomaszewskiego samodzielnego opanowanie przeróżnych technik hutniczych i budowania dopiero własnych małych pieców, tworzenia narzędzi i wykonywania wreszcie swoich dzieł. Henryk Albin Tomaszewski był najstarszym z generacji, którzy debiutując po II wojnie wytyczył kierunek przemian we współczesnym szkle.

Artystyczna przygoda w Wołominie

W Wołominie jedyny raz zetknąłem się z pracą tego artysty przypadkowo w latach 70. Artysta po uzyskaniu wszelkich pozwoleń, zaznajamiał przy piecu umówionych hutników – majstra i jego zespół warsztatowy o kształcie swojego dzieła. Przy tej pracy było czasem kilka prób, ale w sumie każde podejście hutników do wykonania jakiegoś dzieła dla artysty było ważne i w zdecydowanej większości wszystko akceptował uważając za udane. Wszystkie próby nawet te dla obserwatorów uznawane za nieudane, również wędrowały do odprężarki (piec do pozbywania się sił naprężeń trwałych i nietrwałych w danym produkcie przez szybkie nagrzanie i bardzo powolne stygnięcie, znacznie dłuższe od stygnięcia w normalnych warunkach otoczenia) i stawały się później czasem prezentem artysty dla „swoich” hutników, obsługi czy nadzoru i gdzieniegdzie są do dziś dzień w ich posiadaniu lub obdarowanych członków rodziny czy znajomych. Artysta nawet nieudane z naszego spojrzenia dzieła, a więc stłuczone, popękane itp. dalej uważał za skończoną kompozycję. Należy dodać, że przy wykonywaniu danego dzieła majster posługiwał się narzędziami używanymi w wołomińskiej hucie, a nawet używanymi jeszcze przed II wojną światową lub tuż po, przy produkcji szkła gospodarczego i również narzędziami skonstruowanymi przez artystę.

Tworzenie szklanych dzieł w Wołominie ciągnęły się z przerwami latami z najbardziej odpowiedniego szkła, za które artysta uważał za najlepsze do swoich dzieł – szkło techniczne „termisil”. Inne gatunki „silvit” czy termosowe (rozalin, łosoś) nie spełniały oczekiwań artysty mimo wielokrotnych prób, zwłaszcza ze szkłem rozalinowym, czyli z lekką poświatą odmiany koloru różowego. Próby z tego szkła nie wytrzymywały czasu przeznaczonego na tworzenie różnych kompozycji tak, jak ze szkłem „termisil”. Dodać też należy, że najwybitniejsze dzieła, które są przedstawiane w muzeach czy folderach muzealnych powstały głównie w Wołominie. Nietrudno bowiem po kolorze szkła to odgadnąć. Głównym wykonawcą szklanych dzieł artysty majster Bronisław Kurdek wraz ze swoim zespołem warsztatowym: Andrzejem Markiem, Zbigniewem Opmanem i Henrykiem Banaszkiem, którzy na co dzień wykonywali „grubiznę” (wyroby produkcyjne o grubszych ściankach np. pojemniki do akumulatorów, eksykatory, pojemniki do dojarek, kształtki szklanej aparatury przemysłowej, cylindry przelotowe itp.). I ta praktyka przy większych wyrobach spowodowała wybranie zespołu hutniczego do pomocy w powstawaniu dzieł artysty. Sam majster Bronisław Kurdek twierdzi, że artysta nie tak do końca posługiwał się formami szklarskim przy tworzeniu swoich dzieł. Daje tu, jako przykład, kompozycję typu akwariowego, których podparcia były wykonywane z wydmuchiwanych brył pojemnikowych o podstawach kwadratów, kół, bądź z sześciokątów foremnych. Dodajmy, wykonawcą dzieł artysty w wołomińskiej hucie szkła był także do przejścia na emeryturę czy zmianę pracy Zygmunt Werstler. Na co dzień kierownik zakładu,
ale znający doskonale fach hutnika szkła, potrafiący wyczarowywać ze szkła przepiękne wyroby. Zygmunt Werstler w latach 70. pomagał artyście w tworzeniu dzieł z tzw. pęcherzykami oraz z mniejszymi gabarytami np. tzw. szkło „zadymione”. Zaintrygowany niezwykłymi umiejętnościami Zygmunta Werstlera artysta z ekipą filmową nakręcił film o jego mistrzowskiej biegłości, pokazywany w telewizji.

Wołomińskie dzieła

Nie można podzielić powstawania dzieł Tomaszewskiego na poszczególne okresy w tworzeniu, ponieważ artysta w zależności od potrzeb wracał do ponownego tworzenia szklanych dzieł po kilku latach od nowa. Ale w ogólnym zarysie można stwierdzić, że druga połowa lat 70. to w Wołominie to głównie dzieła z rojem pęcherzyków, potem szkło o strukturze, jakby tzw. szkła mrożonego, później wyroby ze stylizacją łabędzi – impresje „Jeziora Łabędziego” Czajkowskiego, muzyki Fryderyka Chopina, muzyki F. Schuberta, Lutosławskiego, czy poezji Norwida, szereg przeróżnych kompozycji wazonów-kwiatów, wazonów-ptaków, wazonów-smug powietrza, kompozycje zwane „Rytmem” i niezliczone ilości dzieł metaforycznych, przeróżne kompozycje akwariowe, przeróżne meduzy itp. W czasie tworzenia tzw. „zimy” pan Bronisław Kurdek, wieloletni wykonawca dział Tomaszewskiego opowiadał, że trzeba było w sprytny sposób połączyć na wpół stopione ułożone kawałki cienkich rurek i prętów szklanych i wpleść to we wnętrze większej bańki szklanej co przypominało zmrożone i ośnieżone gałęzie drzew, czy resztki płotów obsypanych śniegiem albo przy wykonaniu kompozycji „ryba”(nawiązanie do muzyki Czajkowskiego), tak ułożyć cienkie pręciki w formę rybiego szkieletu i opleść to również nieregularną bańką szklaną plus dodatek oliwy, który nadawał koloru szaro-złotego. Ale to jedyny barwnik, którego używał artysta w Wołominie również czasem przy dziełach mniejszych typu popielniczka czy wazonik. Dzieła z wielką ilością pęcherzyków uzyskiwano przez zanurzenie wydmuchanej bańki w rozsypaną sodę i ponowne nabranie na to masy szklanej oraz końcowe uformowanie dzieła z pomocą narzędzi w zależności od potrzebnego kształtu. Tego rodzaju technikę zapoczątkował tworząc swoje dzieła w szkle sodowym w hucie szkła na warszawskim Targówku w 1960 r., w dziełach „kapelusze” przedstawiające w sumie wazony o szerokich kołnierzach. Tu również powstały pierwsze techniki perfekcyjnego wystrzygania i wywijania krawędzi wylewów w tzw. szkle „mrożonym”. Z biegiem lat dzieła zatracały charakter naczyń, a stawały się abstrakcyjnymi formami przestrzennym, rzeźbami o dużych rozmiarach i efektownej konsystencji o fantastycznych kształtach. Te wymienione małe tajemnice warsztatu przy wykonywaniu dzieł, są znane wszystkim plastykom artystom w szkle, albowiem tego rodzaju tajemnic jest bardzo wiele.

Długotrwały kontakt z hutą

Czasem z artystą w latach 80. przyjeżdżał jego jedyny uczeń i współpracownik Jerzy Krystyn Olszewski, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego Wydziału Geografii, który również pokochał szkło jako tworzywo artystyczne i próbował swoich sił na tym polu uzyskując nawet m.in. uprawnienia artysty plastyka z Ministerstwa Kultury i Sztuki w 1988r. i nadal tworzy w szkle artystycznym. Kolegą, z którym Tomaszewski współpracował na Targówku i Wołominie był Tadeusz Szymański, również artysta pracujący w szkle. Artyście temu wtedy (1967-70) w Wołominie pomagał Zygmunt Werstler. Dzieła Szymańskiego są nieco podobne do dzieł Tomaszewskiego z wczesnego okresu. Ale za kontynuatora jego szklanych dzieł Tomaszewski uznawał Ludwika Kiczurę (1934-2015), które ogólnie były nieco podobne do Tomaszewskiego, lecz z większym użyciem kolorów i mniejszymi gabarytami. Henryk Albin Tomaszewski był bardzo zadowolony z pracy wołomińskiego zespołu hutniczego przy swoich dziełach i nazywał ich dosłownie arcymistrzami. Czego dowodem są dedykacje z 1989 r. na pierwszym albumie „Henryk Albin Tomaszewski Szkło artystyczne” z 1980 r. Członkowie zespołu oczywiście nie zgadzali się z taką oceną uważając, że są to normalne możliwości wymagane w hutniczym zawodzie. Pokreślmy, że dzieła artysty są trudne do jednoznacznego określenia i tylko on jednoznacznie interpretował zagadkowe i fascynujące piękno w przedstawianych kompozycjach. Ta wirtuozeria w inspiracji skojarzeń artysty muzyką daje niespodziewane efekty wypowiedziane w szklanym dziele.

Długotrwały kontakt z hutą pozwolił mu nie tylko na zgłębianie tajników obróbki na zimno. Zainteresował się również wytopem masy szkła, jego plastycznością, konsystencją, grą świateł, migotliwością uwięzionych w tworzywie pęcherzyków powietrza i wieloma innymi zjawiskami i efektami, długotrwałym obcowaniu z tworzywem których sposoby uzyskiwania i swoiste piękno objawiają się dopiero po ich dogłębnym poznaniu.

Gdzie są dzieła?

Pierwszą indywidualną wystawę artysta miał w1951 w Łodzi i udział w Wystawie zbiorowej w Muzeum Śląskim we Wrocławiu. Prawdą jest, że wystaw było bardzo dużo, jednakże dla artysty liczyło się głównie ok. 100 wystaw w tym 40 za granicą.

Na szczególne wyróżnienie zasługują prace artysty przy przeszkleniu supraporty katedry św. Jana w Warszawie, malowanie portretów specjalną techniką wcierania, którymi obwieszano gmachy państwowe, malowanie portretów ówczesnych przywódców na ich zamówienie z krajów wówczas zaprzyjaźnionych, wystawy z okazji odbywającego się festiwalu muzyki Chopina, kompozytorów rosyjskich np. Czajkowskiego, niemieckie Bacha, Światowego Sympozjum Szklarskiego, Festiwali „Vratislavia Cantans” czy Łódzkich Spotkań Baletowych. W związku z wystawami Tomaszewski wiele podróżował, ale też uczestniczył w warsztatach, audycjach i filmach propagujących jego sztukę. W 1970 r. film w reżyserii Marcelego Matraszka również z udziałem Zygmunta Werstlera, jako wykonawcę dzieł projektu artysty. „Szkła artystyczne Tomaszewskiego”, pokazywany we wszystkich wówczas 77. Ośrodkach Kultury Polskiej i Informacji, na świecie, oraz drugi film „Dzień w Urlach” w 1990 r. o podobnej tematyce Grażyny Pieczuro.

W miejscu urodzenia w Siedlcach w muzeum okręgowym stworzono kolekcję złożoną z ponad 50. kompozycji szklanych Tomaszewskiego, również w pobliżu miejsca jego pierwszej pracy w hucie szkła m.in. w Muzeum Karkonoskim w Jeleniej Górze i w Domu Carla i Gerharta Hauptmannów w Szklarskiej Porębie. Tu przy Leśnej Hucie również w 2009 r. w Zaułku Szklarzy odsłonięto tablice pamiątkową poświęconą mistrzom szkła Karkonoszy i Gór Izerskich. Zaułek Szklarzy to powstałe miejsce poświęcone hutnikom, artystom szklarzom, zdobnikom czyli ludziom, którzy tworzyli historię hutnictwa szkła Szklarskiej Poręby. Ponadto był autorem witraży i kompozycji plenerowych. Mimo formalnie malarskiego wykształcenia czuł się zawsze rzeźbiarzem, podejmował też prace w dziedzinie wystawiennictwa i in. Był jednym z najwybitniejszych twórców szkła artystycznego w Polsce. Zajmował się tez malarstwem, rysunkiem i medalierstwem, był inicjatorem nowych trendów w projektowaniu szkła przemysłowego w Polsce, był laureatem wielu prestiżowych nagród za dokonania artystyczne. Jego szklane dzieła znajduje się w 20 muzeach w kraju i za granicą. Artysta jest pochowany na warszawskich Powązkach.

Rocznik Wołomiński
tom XIV, 2018

 127 odsłon,  2 odsłon dzisiaj

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.