Byłam w Wołominie. Aż dziw bierze czemu te najuboższe domy spalone. Przy torze takie sobie biedne domki, można jeszcze tłumaczyć tym, że chciał trafić w tor i nie trafił. Ale na wsi Wołomin w bok Długiej? Z dala od toru, od miasta i szosy, nic pojąć nie można! Żałosne zgliszcza. Poszłyśmy i do kościoła. Wybite szyby i zniszczony witraż św. Barbary. Na Kościelnej spalone domy Szwarca i Garbolewskiego, i jeszcze jakiś. Strasznie wygląda dom rozwalony. Leżą w nim podobno ludzie. Podobno zabitych wiele osób.Czytaj dalej

Od rana idą żołnierze, zmordowane chłopaki. Gdzieś pogubili nakrycia głowy, rozdajemy im berety, jakie są w domu. Humory setne i takie miłe chłopaszki. Piją wodę i żartują. Ulęgałka, która rośnie pod parkanem obdziela wszystkich – cywilów i żołnierzy. Jeden ma chory palec, smaruję mu maścią i bandażuję. Ciągle naloty i walki w Warszawie. Pozbierałam co lepsze książki i zakopałam przed pożarem. Chodzę, robię, zbieram, chowam do ziemi, a ciągle myślę, co z nimi? co z nimi? Kiedy ich zobaczę? Kiedy jaka wiadomość będzie? Ludzie wciąż kręcą się z tobołami, ale trudno mi każdego pytać, tym bardziej, że wiadomości całkowicie sprzeczne. Wartowałam z Marysią od 11 do 2-ej w nocy.

11 września 1939

Obudziły nas strzały na Radzyminie (?) Nie możemy zrozumieć jak to się stało. Czy okrążają Warszawę od Prus Wschodnich? Jechał jakiś samochód wojskowy z literami KPK i wozy. Pożary dookoła i naloty. Poszłam z Cieślakową do kościoła i Komunii Świętej. Wracając, w drodze przetrzymałyśmy nalot, to pod parkanem, to pod drzewem. Po południu nalot na Wołomin. Uciekliśmy do schronu. Krążył tak nisko nad nami, że zdawało się, że zawadzi o gruszę. Strzelał: ta-tatata karabinem maszynowym i zawracał i znów. Wszyscy modliliśmy się głośno, widząc śmierć blisko. Coraz było słychać huk bomby, a niebo aż warczało od bombowców. Wreszcie odleciał ten „nasz” – rzucił bombę na łąki dalej za nami. Matka Boska okryła nas swym płaszczem. Ocaleliśmy! Pali się Wołomin, mieszkanie Skrobacza przy młynie. Podobno dużo domów i dużo ofiar w ludziach.

10 września 1939

Rano obudził mnie płacz dzieci. Uciekała rodzina gospodarza z Janowa znad granicy. Tam 20 sierpnia weszli Niemcy, spalili stodoły itp. Ludzie uciekali w popłochu. Opowiadała mi matka tego drobiazgu, która od płaczu miała chore oczy. – Już nie mam łez – mówiła – jak się to stało, to uciekał kto mógł, myśmy położyli pościel na furę i dzieci, ale trzy dziewczynki, o te (dwie bose, 7-8 lat i jedna harcerka 12-13) zgubiły mi się, to jechałam bez nich. A dopiero w Ciechanowie, za mostem stanęlim i czekalim, bo wiedziałam, że przez ten most muszą przejść, choćby nie jedną drogą jechały. Stałam noc i dzień i każdą furkę oczami prowadziłam, a mówiłam wciąż różaniec. Tą tajemniczkę, co to Maryja Panna Jezusa w kościele odnalazła. I ja swoje odnalazłam. Jechały z dobrymi ludźmi.Czytaj dalej

Raniutko wyszłam do ogrodu. Pod parkanem siedziała rodzina: staruszka, matka z dzieckiem przy piersi i troje dzieci. Każde miało toboły, koszyki, jedno niosło i pędziło 2 gęsi, drugie miało taki wielki tobół, że sięgał prawie ziemi. Szły spod Radzymina 9 wiorst. Uciekły wczoraj, bo się przelękły płonącego samolotu. Dzieci zziębnięte, zmęczone. Dałam im herbaty i po sucharku. Kupiłam gęsi, które miały zupełnie pokrwawione nogi. Namówiłam do powrotu. Wahały się, ale w tym czasie nadeszła kobieta, która uciekała do Radzymina. To przeważyło. Powędrowały razem.Czytaj dalej

Dzień bardzo niespokojny. Ciągle jadą uciekinierzy. Pakujemy rzeczy do skrzyń, żeby zakopać od pożaru. Dobrze, że choć pogoda. Po południu był nalot. Wiedzieliśmy walkę samolotów. Jeden zapalił się, smuga ognia ciągnęła się za nim. Spadł w stronę szkoły. Drugi też zachwiał się, zakołysał, też zapalił się. Spadł w stronę Radzymina. Jasio wrócił z biura. Te właśnie samoloty ostrzeliwały jego pociąg. Uciekali z pociągu sami cywilni, kobiety. Z samolotu strzelali do nich.

Wartuje sam Jasio.

7 września 1939

Nakazali w nocy warty, bo bohaterski burmistrz Cichecki i dzielna policja zwiała gdzie pieprz rośnie. Wzięłam więc kij, gwizdek Hani, latarkę i chodziłam po ogrodzie do 1-ej, od 1-ej do świtu Augustyniak. Zawsze mogłabym zaalarmować w razie pożaru, czy kradzieży. Sąsiedzi też podobno dyżurują. Ziuta nie przyjeżdża, denerwuję się, bo już bym ją tu chciała mieć. Naszykowałam pokój i szafkę dla niej.

6 września 1939

Był nalot na Klembów. Lecą te szatany tak nisko nad torem, że omal nie po czubkach drzew. Najpierw lecą na Warszawę, tam zaczynają strzelać armatami przeciwlotniczymi. Widać obłoczki na niebie, jak pękające granaty gonią samolot. Czasem widać smugę dymu, jakby jeden z samolotów pisał ogonem białą linię na niebie. Pewno to maskowanie, bo w tej smudze lecą inne srebrne w powietrzu. To znów od strony Warszawy leci nasz. Nie wiadomo czy się kryć, czy patrzeć, bo nie można oczu oderwać.Czytaj dalej

Byłam w Warszawie, miałam jechać do Basi gimnazjum, ale nic z tego nie wyszło, bo nieczynne. Stoją tam podobno uciekinierzy z Niemiec, ci co uciekli przed poborem.

Po Warszawie widać już, że wojna. Porobione rowy na placach, klomb przed kościołem Zbawiciela też pocięty rowami, ale tak, że kwiaty nie zniszczone. Ludzie chodzą z maskami gazowymi, z czerwonymi opaskami na ręku. Ruch ogromny, jadą wozy wojskowe, auta. W sklepach też urwanie głowy, ale moc żywności jeszcze wszędzie. Tylko piekarnie zamknięte, już wykupiono. I wędliniarnie.Czytaj dalej

Tak jak pająk przędłam rok cały
wiele, wiele dni.
Szare były, w mgle się rozwiały,
Znikły mi
z oczu, z serca i myśli,
czas je całkiem wykreślił.

Przechodziłam co dzień, co dzień
wiele, wiele dróg.
Ślady moje to ślad cienia na wodzie.
Tylko Bóg
wie, czy moje kroki
wiodły naprzód w tym roku.

Drukowane w dwutygodniku
“Praktyczna pani. Dobra obywatelka”
styczeń 1938

Rząd świeczek wkopanych w piasek,
a na brzozowym krzyżyku
wianek nieśmiertelników.
Wiatr po drzewach zaszumi czasem
jakąś melodię zawiłą,
a pod nogami zwiędłe liście
złote, rude, sczerniałe,
szeleszczą wciąż jeden przyśpiew.
Że tu już się wszystko prześniło,
już wszystko przebolało.

Drukowane w tygodniku “Iskry”
rok 1930

We mgły siwe zatulony cmentarz cały.
Pęki kwiecia na mogiły zaniesiemy,
a na grobach będą światła migotały.
Będą więdły białe astry, chryzantemy,
a wiatr zimny złote liście z drzew rozwieje,
niby nasze niewyśnione sny, nadzieje.
Kwitły, zżółkły, w mgle jesiennej się rozwiały…

I my kiedyś przeminiemy, przeminiemy
A na grobach będą światła migotały.
Będą więdły białe astry, chryzantemy…

Drukowane w dwutygodniku “Kobieta w świecie i domu”
rok 1927