Była pani Kuklowa. Podobno czekają na bolszewików?

Po południu cios! Kwatera – 30 żołnierzy i podoficer Dębski. Na dole śpi u Jasia, a żołnierze na górze, po 12 na zmianę. Zanieśli słomę od Roczka, zestawili biurko ze stołem i tam siedzą. Boję się, że spalą, albo się zawali. Coraz dudnią buciory po schodach. Wszystko gęby pocieszne, stare już chłopy, mazury pruskie. Nazwiska takie, jak: Kostek, Sobota itp. Wielu mówi po polsku, ale się z tym kryją, rozumieją. Pokazałam oficerowi Hani pokój, prosiłam, żeby nie ruszali. Zakazał. Ale schowanko sprzewracane do szczętu, nawet figielki na choinkę.

Łuny!

26 września 1939

Byłam w kościele. Przed kościołem zapłaciłam p. Walaskiej za kartofle, ma oddać p. Słaboszewiczom. Całą noc łuny i nad ranem nalot na radzymińskiej szosie jakby setek wozów. Uciekają niemcy z Grabia, koloniści odjechali jak stali, nawet podobno na patelniach racuchy zostały. Sąsiedzi dzielą się dobytkiem i z miasta idą ludzie młócić żyto i kartofle kopać. W stronie Warszawy pożar i dym okropny. Turkot.

25 września 1939

Noc przeszła cicho. Rano leciały bombowce. Byłam z Basią w kościele, bo to niedziela. Przy wyjściu dojrzałam auto ciężarowe, ktoś szepnął: – biorą mężczyzn. Jedni drugich ostrzegali szeptem, młodzi cofnęli się do kościoła. Auto z kilkoma odjechało. Podobno biorą do kopania okopów. Ciągle naloty i pożary, tak w bok, jak Drewnica. I strzały armatnie, a w nocy od 2-ej wybuchy, tylko dalej, jak za Okęciem.

24 września 1939

Zaniosłam do szpitala poduszki, kieliszki do lekarstw i inne drobiazgi. Zaniosłam do Wierzbickiej gotowanego ryżu. W szpitalu 36 chorych, są projekty, żeby stale było jakieś ambulatorium. Dyżury potrzebne w nocy, no ale jak ja na noc dom zostawię. Nikogo tu nie ma, kto by się rozmówił z niemcami.

22 września 1939

Miałam dyżur do 1-ej z Jasią i Basią, ale Basia mi przysypiała, na nic na wartownika, lepiej niech śpi, bo narzeka i nie da słuchać. W nocy strzały ogromne na Warszawie. Wybuchy, to znów cicho i rano strzelanina. Telefony od rana były, potem znikły. Kręci się śliczne niebieskie auto. Na plancie leży jakaś długa guma. Kabel? Ktoś mówił, że to radio, inni, że reflektor?

21 września 1939

Spałam od rana do 11-ej, po prawie całej nieprzespanej nocy. Słychać duże strzały od Rembertowa. Na polu Słaboszewicza cały Wołomin kopie kartofle, których nigdzie nie można kupić. Posyłam z motykami cały ród Cieślaków i Basię. Nazbierały ileś tam, drobne, ale są. Zważyłyśmy. Przyjechało auto na plant, założyli druty do telefonu kolejowego, nie wiem czy to połączenie, czy podsłuchy. Usłużna baba, jakaś, Złociszowa się zwie, daje objaśnienia i słyszę nazwy ulic: „plac Wilsona – Żoliborz” Od 2-ej w nocy nie śpię, bo dyżur. Ciągle słychać stukaninę, ktoś mówił, że idą wojska kolorowe. Nonsens. Jakie? Skąd?

20 września 1939

Od rana wyważyli furtkę i weszło ich czterech. Ten, co mu „do widzenia” mówiłam. Przyszli na gruszki, ale z tych tylko blondyn był ten sam, chmurny i zły. Pytali o miód, o owoce. Pytałam się, co to za błyski czerwone. Wybuchy. Ale czego? To amunicję wysadziliśmy. Inni mi mówili, że to sygnały.Czytaj dalej

Do kościoła nie idę, bo w razie wejścia niemców nikt tu w domu nie dogadałby się z nimi. Dookoła niemcy. W szkole jakaś władza. Augustyniak lata przerażony, bo go tam nie puszczają, a on woźny i miał pilnować. U Roczka też niemcy, furgony, auta, jeżdżą tam i z powrotem. Przy drodze stoi stacja benzynowa. Coraz podjeżdża samochód po paliwo. Na naszych akacjach od drogi zakładają telefon, na polu za drogą zamaskowane armatki z lufami ku niebu. Powyłaziły szumowiny z kątów. Tu i ówdzie słowa zachwytu, że dali „darmo” talerz grochówki. Nawet ktoś fotografował to dawanie. Tam znów jakaś rozwódka skromnie dotąd ukryta, okazała się wielką przyjaciółką armii, którą o wszystkim informuje, wszystko wie i na zwróconą jej uwagę wymyśla od polskich świń. Od razu jasnym się stało, z czego się dotąd utrzymywała i na co tu czekała. Ile takich było w gościnnej naszej ziemi?

17 września, niedziela 1939

W nocy znów dyżury, zmieniamy się kolejno z wieczora. Jeden do 11-ej, potem do 1-ej, 2-ej, 3-ej. Ja, Augustyniak, albo ja i Marysia. A potem do rana znów inna para. Dziś jechały auta albo armaty ciągnione przez konie. Jechały jak od Duczek w stronę szkoły. Do szosy na pewno. Krzyk: wio! wio! o! on! – i brzęk i dudnienie i bicie koni. Drogą tu ciężko bardzo. Piasek i glina. Potem wszystko ucichło. Rano Niemców ani poświć, cały dzień cicho, wieczorem łuna jak za Rembertowem, tam też trochę strzelali.

16 września, sobota 1939

Rano przyleciała Augustyniakowa, żeby jej męża schować do piwnicy, żeby go nie zabrali do kopania okopów. Tłumaczę, że to nonsens, że właśnie jeśliby znaleźli go w piwnicy, to pewno wydałoby się podejrzanym. Jeśli się boi, niech się kładzie do łóżka. To i tak wiecznie chore na płuca, to nic mu nie będzie. Czytaj dalej

Coraz to coś zakopujemy lub wynosimy z domu. Ręce opadają, bo myśli gdzie indziej, a tu zamęt nie do opisania. Rzeczy moc w paczkach na dworze, bo na razie pożary, to choć cośkolwiek ocalałoby, a że trzeba przez ten czas jeść, ubierać się, myć, żyć, jednym słowem, więc się ciągle czegoś szuka. Pożar na Tramwajowej na Sławku. Popłoch. Ucieka cały Sławek, jak kto stał, w szlafrokach, boso, bez okryć, toboły i toboły. Gnają na skos przez piachy koło nas. Oczywiście na Mińsk. Wszyscy na Mińsk. Ileż tam narodu musi być, chyba pół Polski!Czytaj dalej

Jasio idzie do Warszawy. Jest podobno odezwa i nawołuje przez radio prezydent Starzyński, żeby pracownicy miejscy byli na swoich stanowiskach. Przychodzą dwaj inni pracownicy, Kukla i Berezin, mają iść razem – zameldować się i wrócić, jeśli roboty nie będzie. Szykuję walizkę Jasiowi, nie wiadomo co kłaść? Bo mogą pobyć kilka dni, a może będą odcięci, a może to, a owo. W głowie się mąci od myśli.Czytaj dalej