Henryk Chudkiewicz
Jest zima 1943 r. kiedy to w Komendzie Obwodu „Rajski Ptak” postanowiono zlikwidować Niemca Steina, który szczególnie na odcinku kolejowym Warszawa-Małkinia, z niezwykłą gorliwością polował ze swoim wilkiem na osoby trudniące się szmuglem. Przeważnie były to kobiety przewożące różnego rodzaju artykuły spożywcze, przede wszystkim mięsne. Wołomińska grupa dywersyjna pod dowództwem por. Amona, w skład której wchodził także Marian Gębicki „Bomba”, udała się do Jadowa w dniu targowym, gdzie w tym dniu miał się znajdować Stein. W celu dokonania rozpoznania wysłano kolegę z grupy. Stwierdzono, że ulice wylotowe miasta są obstawione żandarmerią. Nie stwierdzono obecności Steina. Postanowiono udać się na stację Urle i powrócić pociągiem do Wołomina. W sklepiku przystacyjnym partyzanci posilili się i większość z nich wyszła na perony oczekując na pociąg. W sklepiku pozostali Zbyszek Radziszewski „Słoń” i Marian Gębicki „Bomba”. W pewnej chwili usłyszeli jadący samochód, który zatrzymał się na przejeździe kolejowym przy stacji. Z tego samochodu zaczęli wychodzić żandarmi, wśród nich znajdował się Stein. Idą w kierunku bufetu i Stein woła do stojących na peronach, aby wszyscy podnieśli ręce do góry. W tym momencie znajdujący się na peronach partyzanci otworzyli ogień do żandarmów i stojącego wśród nich Steina. Wycofują się z akcji i docierają do Wołomina.
W bufecie zostaje zastrzelony Zbyszek Radziszewski „Słoń”, natomiast Marian Gębicki „Bomba” zostaje ciężko ranny w kolano lewej nogi i leży na podłodze bufetu obficie krwawiąc. Stein z zamachu wyszedł cało. Niemcy zakończywszy akcję zabrali ze sobą rannego „Bombę” i umieścili w swoim szpitalu, w którym leżał trzy miesiące. Po tym czasie wyleczonego, ze sztywną nogą odwieźli do domu i przeprosili.
W czasie przebywania „Bomby” w szpitalu zawieszono wszelkie kontakty na terenie placówki „Wilcza”. Pracował tylko wywiad, który ustalił, że „Bomba” nie był przesłuchiwany i nie zdradził nikogo. Po dokonaniu tych ustaleń „Bomba” rozpoczął dalsze prowadzenie tak zwanej „skrzynki”. W niedługim czasie oficerowie Komendy Obwodu stwierdzili wzmożone działania służb niemieckich odnoszące się do terenu placówki „Wilcza” Wołomin. W związku z tym zarządzono odprawę w Komendzie Obwodu na dzień 5 listopada 1943 r. Na tej to odprawie oficerowie wywiadu podali do wiadomości, że w dniach 6, 7 lub 8 listopada ma nastąpić szczególne działanie ze strony Niemców na obszarze miasta Wołomin.
Wracając z tej odprawy postanowiłem wstąpić do „Bomby” – było mi po drodze. Chciałem go ostrzec o mogących nastąpić szczególnych działaniach niemieckich. Dochodziła północ – zajrzałem się od strony podwórka i ujrzałem tlące się światełko w kuchni. Wstąpiłem. Wszyscy nie spali. Opowiedziałem co przekazał nam wywiad i zaproponowałem ażeby przyszedł do mnie na noc, gdyż miałem przeczucie, że Niemcy do mnie nie przyjdą. Nie zdecydował się na to mówiąc, że gdy nie zastaną jego, to mogą zabrać żonę lub dzieci. Zapytałem dlaczego wszyscy nie śpią – powiedział mi, że czeka na łącznika, gdyż ma ważną korespondencję dla Komendy Obwodu. Zaproponowałem mu doręczenie osobiście w dniu jutrzejszym, gdyż wiem dokąd Komenda Obwodu się przeniosła. Zgodził się na moją propozycję. Była to paczuszka 20x8cm, mocno zapakowana dosyć grubym sznurkiem konopnym.
Po przyjściu do domu wysłuchałem jeszcze nadawanych audycji radiowych dobrze słyszanych o tej porze. Cały sprzęt pozostawiłem nie schowany.
Dnia 6 listopada, około godziny szóstej rano usłyszałem dobijanie się do drzwi. Otworzyłem je i ujrzałem zapłakanego, około siedmioletniego synka „Bomby” Wacusia, który zanosząc się od płaczu powiedział: „panie Henryku, tatusia Niemcy zabrali”. Pocałowałem go mówiąc: „idź do domu, a ja się zajmę sprawą”. W tym czasie widziałem Niemców jeżdżących na motocyklach i samochodami ze wszystkich stron prowadzących ludzi, przeważnie mężczyzn. Odczekałem do godziny trzynastej. Wszystko się uspokoiło. Wziąłem rower, przesyłkę włożyłem za koszulę – było dosyć ciepło. Ścieżką, opłotkami pojechałem w kierunku cmentarza. Ścieżka prowadziła do zagajnika sosnowego, przy którym skręciłem w lewo, na bardzo piaszczystą drogę do wsi. Gdy ujechałem tą drogą kilkanaście metrów usłyszałem za sobą pracę silnika. Okazało się, że za rogiem tego zagajnika stał samochód pancerny. Ruszył za mną. Pedałując co sil dojechałem do wsi Lipiny. Samochód jechał za mną. Przez drogę wpadam na podwórko, rzucam rower, samochód staje przy furtce tak, że ledwo można było się przecisnąć. Szukam miejsca, gdzie mógłbym się pozbyć paczki i ukryć ją. Po prawej stronie podwórka stoi ogacona kolkami, na zimę, piwnica. Biegnę w jej stronę i dostrzegam kątem oka, że coś się poruszyło w oknie chałupy. Przebiegając koło piwnicy wyjąłem paczkę i wcisnąłem w kolki. Osunęły się zasłaniając paczkę. Niemcy w tym czasie strzelają do ludzi uciekających przez pole za kościołem M.B. Częstochowskiej w kierunku Lipin, co chwila padając. Podniosłem rower, z którym ledwo zmieściłem się w furtce zatarasowanej przez samochód. Poszedłem do sołtysa, którego poprosiłem, żeby ukrył mnie i mój rower. Kazał mi wejść do stodoły i wcisnąć się w środku sąsieka pełnego zboża.
Okazało się, że samochody były dwa. Strzelały z obydwu końców wsi, a następnie jeździły za stodołami. Gdy strzelanina ucichła, sołtys zastukał w deski stodoły. Wyszedłem. Wziąłem rower i pojechałem po paczkę. Wkładam rękę w miejsce, gdzie ją schowałem – paczki nie ma. Przypominam sobie jakiś ruch w oknie chałupy. Wchodzę do środka – jest kobieta. Żądam zwrotu przedmiotu, który widziała jak chowałem. Przyznała się, że wzięła. Podnosi poduszkę na łóżku i wyjmuje rozpakowaną paczkę. Ujrzałem jej zawartość. Stanowiły ją banknoty – górale – i różne grypsy składane i zwijane. Po upewnieniu się, że wszystko jest, zapakowałem zawartość w ten papier, wsunęłem za koszulę, wsiadłem na rower i pojechałem polem do rzeczki przez nią, następnie do szosy i do Ostrówka do M.P. Komendy Obwodu.
W lokalu zastałem mężczyznę, któremu zameldowałem się. „Wilcza” do Komendy Obwodu – szeregowy „On”. Komenda Obwodu – oficer dyżurny „Babinicz”. Przekazałem paczkę – opowiedziałem co zaszło w Wołominie i po drodze. Odmeldowałem się i wróciłem drogą przez Kolonię Gródek do domu.
„Bomba” został rozstrzelany gdzieś w gruzach Warszawy. Mimo wysiłków rodziny i innych osób nie udało się ustalić miejsca zbrodni.
Henryk Chudkiewicz
pseud. „On”
Wieści Podwarszawskie
R.8, 1998 nr 15 (372) (12 IV)