Dom przy ul. Lipowej 8, w którym Autorka mieszkała z rodziną
Przeglądam dziś stare zdjęcia i nagle… na pozór nic nieznacząca fotografia, na niej obraz na ścianie, fragment pokoju i kawałek biblioteczki. Tak, to w tym miejscu stałam z podniesionymi rękami, oparta o tę biblioteczkę, odwrócona twarzą do ściany z gardłem zdławionym ogromnym strachem i świadomością tego, że życie już się kończy. Obok stali Matka i Ojciec i chyba myśleli to samo, ale nie o swoim życiu, które może nie będzie miało dalszego ciągu, lecz o moim czternastoletnim. Zacząć trzeba jednak to wspomnienie od początku.
Cichy, pozornie spokojny wieczór. Trzy osoby jedzą skromną kolację. Przyćmione światło, zaciemnione okna, wesoła rodzinna rozmowa i nagle dzwonek do drzwi. Po prostu spokojny dzwonek, nie jak się zazwyczaj opisuje – „tupot butów na schodach i walenia kolbami w drzwi”… Nie, nic z tego, normalny dzwonek. Otworzył Ojciec i w jednej chwili wdarli się do przedpokoju uzbrojeni po zęby gestapowcy. „Ręce do góry” i już ich było pełno w całym mieszkaniu. Strach sparaliżował nogi i zacisnął krtań… stało się to, czego obawialiśmy się przez cały czas. Aktywna praca w konspiracji trzech osób z jednego mieszkania, zebrania, odwiedziny sporej ilości młodzieży – wszystko to nie mogło ujść oku uważnego obserwatora. Teraz zrozumiałam, jaka wielka odpowiedzialność spada na moje barki. Od trzech lat byłam łączniczką Wojskowej Służby Kobiet, a potem AK, znałam masę ludzi, adresów, pseudonimów, spraw.
Rewizja, krzyki, bałagan. Kątem oka obserwuję, co się dzieje. Na stole między talerzami leży latarka − stara, podrapana, niepaląca się latarka, a w wydrążonej baterii skrytka. W skrytce raport polskiego wywiadu o ruchach wojsk niemieckich pisany bez szyfru, plany, rysunki. Maleńki zwitek bibułki, a waga jego ogromna. Widzę, jak gestapowiec bierze do ręki tę latarkę, robi mi się gorąco… Odłożył. Zbyt obdrapana, żeby ją ukraść, a zawartości nie mógł się domyśleć.
Słyszę w kuchni brzęk tłuczonego szkła, a jeżeli spadł na podłogę słoik z szarą solą…? W nim była karteczka, po którą jutro rano miała przyjść łączniczka. Jutro rano… nie będzie już jutra. Nic nie znaleźli, dobre były nasze skrytki. A bali się tak przy rewidowaniu, że zaglądając za piec pchali tam najpierw pistolet. Bałam się panicznie o rzeczy, które były w znanych mi skrytkach. Potem okazało się, że Mama miała swoje skrytki, a Ojciec swoje.
Zabierając nas wreszcie, każą się ubierać. W głowie mam pustkę. Uchylają się drzwi wejściowe i do mieszkania wślizguje się kot. Jeden z Niemców chwyta go i wyrzuca na schody. Pustym wzrokiem ogarniam mieszkanie. Nigdy już tu nie wrócę − nić, która wiąże mnie z życiem tu się właśnie urywa. Wychodzimy i w tym momencie otwiera się okno na parterze i nasze postacie zostają na chwile oświetlone. Okno natychmiast się zamyka. Wychodzimy. Przed oknami nie ma samochodu. Prowadzą nas pustymi ulicami. Może chłopcy zorganizują odbicie? Wiadomo już, że wsypa. Wychodząc zauważyłam na jednym z balkonów wywieszoną czerwoną pierzynę. To znak, że wpadka, ale czy w ciemności ktoś to zauważył? Od chwili przyjazdu Niemców upłynęły dwie godziny. Batalion ojca powinien być już w stanie alarmu.
Idziemy otoczeni gestapowcami. Pistolety mają gotowe do strzału, lecz zachowują się cicho. Teraz mijamy dom, w którym mieszka łączniczka „Zorza” i jej dwóch braci podchorążych. Do ulicy przylega ogród − może tu ktoś będzie czekał? Nie, nadal cisza… Bezładne myśli błąkają się po głowie. Straciłam już rachubę czasu. Nie wiem, czy było dość czasu na zorganizowanie akcji. Może zresztą przy tak wyjątkowo cichym zachowaniu się Niemców nikt jeszcze nic nie wie? Pakują nas do ukrytego pod lasem samochodu. W budzie chyba z dziesięciu gestapowców z pistoletami maszynowymi, przed nami samochód osobowy, a za nami drugi. Poważny musiał być donos na nas, skoro do aresztowania trojga ludzi dali aż tak dużą eskortę. Bali się możliwości odbijania. Teraz już za późno na jakąkolwiek akcję, teraz już przepadło. Siedzimy przytuleni we troje, nie mówimy nic. Matka jest bliska zemdlenia, podtrzymujemy ją oboje. Wzrok Ojca jest twardy, kamienny, ja uspokoiłam się zupełnie. Wiem, że muszę udawać absolutne niewiniątko, jestem taka młoda, że mogę to robić z łatwością.
Ulice Warszawy. Wiozą nas, niestety, na Szucha. Krótkie spisanie personaliów i do podziemia. Przedtem w pokoju pełnym gestapowców, bardzo krótkie badanie. Ojciec oświadcza, że zna niemiecki, toteż pytają tylko jego. Zresztą dość krótko. Nic z tego nie rozumiem. Prowadzą nas do podziemi i wpychają do osobnych cel, oddzielonych kratami od korytarza. W celi jest kilka osób. Wszyscy siedzą na krzesłach odwróceni tyłem do wejścia. Nie wolno rozmawiać. Siadam, ukradkiem spoglądają na mnie oczy współwięźniów. Widzę u niektórych współczucie, inni mrugnięciem chcą mi dodać otuchy. Teraz myśli moje biegną szybko. Jutro będą mnie przesłuchiwać, będą bić, ale co to jest ból, wszystko można wytrzymać. Wbijam sobie paznokcie w dłonie… boli, ale można to znieść. Zniosę wszystko, muszę. Wiem, że ode mnie zależy życie innych ludzi. Moje życie się kończy, ale nie może pociągnąć za sobą innych ofiar. Dziś, z oddalenia widzę, że tej nocy z każdą minutą wewnętrznej dyskusji przybywało mi lat. Świt zastał w celi już nie niedojrzałą dziewczynkę, lecz kobietę dorosłą i pełną poczucia odpowiedzialności. Stwardniałam wewnętrznie, opanowałam się. Wyciągam rękę przed siebie − nie drży, a więc dobrze. To dowód, że jestem spokojna i pogodzona zupełnie ze swoim losem − gotowa znieść wszystko…
Biała apaszka
wspomnienia Janiny Kowalskiej “Mirka”,
najmłodszej łączniczki AK II Rejonu “Celków”
Towarzystwo Przyjaciół Zielonki
Zielonkowskie Zeszyty Historyczne Nr 3/2016