– Ojca nie ma, pojechał do młyna — mówi sołtysówna, odwracając się od telewizora, w którym właśnie „idzie” wykład z fizyki o obwodach elektrycznych. — Ale lada chwila wróci — dodaje — bo o siedemnastej jest spotkanie z posłem w szkole.

Naczelnika gminy też nie ma. O czwartej skończył urzędowanie i skoczył do domu odległego o dwa kilometry, zjeść coś i przebrać się przed zebraniem. Za to obok na posterunku MO jest 2 milicjantów. Chociaż nowa gmina obejmuje 28 wsi, posterunek MO (trzyosobowy) musi obsłużyć 53 wsie, a że wczoraj były dwa wesela w Karpinie i Marianowie, trzeba zajrzeć, co się tam dzieje. Nie ma czasu na spotkanie w szkole…

Na niewielkim placyku, gdzie łączność ze światem kreśli pętla autobusu PKS (odjazd do Warszawy o 4.33, 9.25, 15.30 i 18.20, a do Wołomina o 7 i 14) z ciężarówki wysypują się podróżni. „Przewóz pracowników”. Skoro PKS niełaskawy, trzeba własnym, przedsiębiorstwa sumptem przywozić i odwozić pracujących w odległej o czterdzieści parę kilometrów stolicy. W ciemności bieleje pomnik — popiersie naczelnika Kościuszki. Przy nim nędzny bar, nieopodal sklep z konfekcją i artykułami przemysłowymi (dziś remanent), sklep spożywczy, biblioteka (popołudniu nieczynna), ośrodek „praktycznej gospodyni” (też zamknięty), kościół, ośrodek zdrowia. Tak wygląda siedziba nowej gminy: Dąbrówka.

W nowym budynku szkolnym będzie spotkanie z posłem. Stanisława Pawelec, wiejska nauczycielka, poseł na Sejm z woj. warszawskiego, jest punktualna. Przyjechała przed czasem. Ludzie schodzą się powoli. Jeszcze trzeba zrobić to i owo w obejściu. Jak to na wsi. Naczelnik gminy na wszelki wypadek uprzedza: — Tłumu nie będzie. Dopiero co były zebrania wiejskie i gminne. To ludzie się wygadali. A i my też mówiliśmy co trzeba.

No, ale sala zapełnia się i naczelnik gminy Leopold Kaszuba zagaja. Powtarza krótko, to co mówili na poprzednich spotkaniach ludzie: że najważniejszą w dąbrowieckiej gminie sprawą jest rolnictwo. Że trzeba zwiększyć wydajność z hektara, zmienić strukturę zasiewów, rozstać się z żytem na rzecz pszenicy i jęczmienia. Rzuca liczbami: w 1972 roku było 127 hektarów pszenicy, a w tym roku powinno być dwieście. Mówi też o tym, żeby rolnicy bardziej nastawiali się na hodowlę bydła i trzody chlewnej. Napomyka o potrzebie podnoszenia wiedzy fachowej rolników, a przy okazji wytyka: “jest szkoła rolnicza w Dąbrówce, ale frekwencja nie za dobra”. Zapowiada też, co się w gminie będzie budowało i dodaje — nie tyle dla wiadomości zebranych, co dla „góry” z powiatu i dla posła — „wielką naszą bolączką jest zły stan dróg. Prawie od wyzwolenia nic się nie zrobiło. Tylko kawałek bruku położono od Trojan do Dąbrówki, żeby autobus mógł dojechać. Od września będzie szkoła gminna, zbiorcza, więc muszą być drogi przejezdne, żeby można dzieci dowieźć”. Potem zwraca się do zebranych: „Dostaliśmy 500 tysięcy na popieranie czynów społecznych, z funduszu gminnego będziemy mieć 400 tysięcy, wiec będzie można zrobić kilka kilometrów dobrej drogi”.

Gdzie ta droga…

Drogi, drogi — ten temat powtarza się w dyskusji. Tadeusz Pawlak z sąsiedniego Marianowa tak zaczyna: Właśnie ja się chciałem zapytać pani poseł, jak to będzie możliwe, żeby dzieci chodziły do szkoły gminnej pięć kilometrów. Nie ma ani szosy, ani autobusu. Jest szosa w naszą stronę zaplanowana, ludzie zaczęli robić, ale szybko materiału zabrakło. Tam my czekamy…

Wiceprzewodniczący powiatowej rady narodowej później wróci do tego tematu: Problemem numer jeden w całym powiecie są drogi. Powiat wołomiński jest daleko w tyle za innymi powiatami. Na przeszło 800 kilometrów dróg publicznych lokalnych jest tylko 110 kilometrów bitych, a 700 kilometrów to drogi boczne, polne. Fundusz gromadzki utworzono w 1958 roku. Niektórzy powiadają, że szarwarki były lepsze. Fundusz gromadzki nie był duży, a i dziś fundusz gminny też nie za wielki, do tego czyny społeczne też nie są za ambitne.

Wołomin leży blisko Warszawy. Mało gospodarzy utrzymuje się tylko z pracy na roli, wielu dojeżdża do Warszawy. Dużo jest chłoporobotników. Nie ma chętnych dobudowy dróg. Brak też materiału. W powiecie wołomińskim nie ma budulca, nie ma kamienia, nie ma większych zapasów żwiru, a zdarza się nieraz, że żwir z drogi wędruje w indywidualne obejścia, piasek też: za flaszkę robi się lewe kursy. A dzieci do szkoły zbiorczej trzeba będzie dowozić. Jak będzie ciepło, to będą mogły jeździć same rowerami (oświata ma mieć na to środki, będzie dawać stypendia rowerowe), zimą zaś trzeba będzie organizować rodzicielskie dyżury i podwody…

Temat drugi: buhaj

Kiedy wyczerpano już temat drogowy, wybuchła sprawa numer dwa. Zaczął znowu Pawlak: — Dajcie nam buhaja — powiedział nie owijając rzeczy w bawełnę. — Pójdziesz z krową do sztucznego, to on po kielichu i nie zrobi jak trzeba. Ja mam siedem kilometrów do punktu inseminacyjnego. Krowy nijak nie chcą być cielne. Jak chcecie, żeby było więcej bydła, dajcie kilka dobrych buhajów na gminę.

— Na to nie pójdziemy — replikuje przedstawiciel powiatu. — Raczej zwiększymy liczbę punktów inseminacji. A jak inseminator źle pracuje, to trzeba go zwolnić.

— A gdzie znajdziecie chętnych na jego miejsce — pyta ktoś z sali. Powiatowa władza odpowiada: — Ludzie podśmiewają się, nie rozumieją. Co za brak uświadomienia społecznego. —Świadomość to my mamy — odpowiada Pawlak — ale krowy nie chcą być cielne. Inny rolnik wtóruje: — A jak mają być cielne, skoro nasienie dostarczane jest z Pruszkowa trzy razy w tygodniu, a wiadomo że dobre jest tylko takie, które ma najwyżej 24 godziny.

Posłanka Stanisława Pawelec notuje. Potem powie dziennikarzowi, że prośby o buhaja są nagminne, powtarzają się na wielu spotkaniach. A więc sygnał, że stacje inseminacyjne źle pracują. Trzeba będzie interweniować. Notuje też skargi na PZU (sąsiedztwo Bugu przysparza rolnikom niemało strat i kłopotów, woda podtapia łąki, zagony, a PZU nie honoruje roszczeń, tylko płaci za szkody według widzimisię młodziutkiej inspektorki. Także tryb i wysokość zwracanych kosztów za leczenie zwierząt gospodarskich, ubezpieczonych w PZU, budzi sporo pretensji).

W poselskim notesie zapisana jest też prośba o dodatkowy autobus. Ale żeby interweniować, trzeba mieć rozeznanie, ile osób dojeżdża do pracy i szkół w Warszawie, i ledo Marek, czy do Pustelnika. Ktoś prosi jeszcze, żeby w Sejmie rozważyć, czy nie należałoby zmodyfikować ustawy o popieraniu melioracji wodnych. Posłanka obiecuje zainteresować sprawą komisję rolnictwa. Z takich spotkań z wyborcami zbiera się suma wiedzy o życiu codziennym, o wszystkich tych sprawach, które niczym łyżka dziegciu w beczce miodu psują dobry smak 1973 roku.

Ryszarda Kazimierska

Życie Radomskie
27 lutego 1973
nr 49

 135 odsłon,  1 odsłon dzisiaj

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.