historia terenów powiatu wołomińskiego

w dokumentach i wspomnieniach

I Wojna Światowa przed I Wojną Światową wspomnienia

Pamiętnik Boguwoli – 16 maja 1941 roku

Zanosi się znów na wojnę. Co prawda wojna trwa, ale na taką tuż po sąsiedzku, na naszym terenie, może więc lepiej zapisywać? Byłaby to piąta wojna oglądana przeze mnie, a mam lat 51. Pierwsza była japońska. Co prawda daleko, ale pamiętam doskonale zjazd armii w Łowiczu, gdzie na błonie Kostki przyjechał car Mikołaj II i błogosławił pułki. Byłam wtedy w gimnazjum w trzeciej klasie. Oczywiście uszczęśliwiono nasze oczy widokiem batiuszki–carja i od rana do popołudnia stały oba gimnazja (męskie 7 klas i żeńskie 4) na wietrze i zimnie w szczerym polu.

Nareszcie, nareszcie! Wolniutko podjechał pociąg, kazano nam wyjąć chusteczki do nosa (robić entuzjazm). Mnie przy tym wysypały się jakieś papierki, za co dostałam burę. W ciszy szosą szedł dostojny orszak. Car był jakiś mały, marny, zmarznięty, za nim szła świta, wysoki i wspaniały wielki książę, i inni. Potem długo, długo grały trąbki, cara zasłonili inni, było nudno i zimno. Później wśród wrzasku i wiwatów odjechał. A nas, tj. całą stancję p. Bronikowskiej zabrała zacna pani Ciothowa do siebie, bo mieszkali blisko na kaliskiej stacji, gdzie Cioth był dozorcą, czy zawiadowcą. Tam przemarznięci do kości dostaliśmy po ¼ kieliszka wódki i czerwonego barszczu. Dalej urywają się wspomnienia.

Miałam jakieś figurki, pudełeczka przywiezione przez doktora Dyźnowskiego (Byżynowskiego?) z niewoli. Z wojną wiążą się wspomnienia rewolucji 1905 roku. Strajk szkolny, w którym brałam entuzjastyczny udział (nie idziemy do klasy!!!), pamiętam jakiś wiec, z którego nic nie zrozumiałam, tylko idąc za otoczeniem „nie cierpiałam socjalistów” – i jedynego znajomego przedstawiciela… Jasia. Potem chodziłam z inną koleżanką wyjaśniać tym, co nie bojkotowały rosyjskiej szkoły, żeby zaprzestały łamania strajku. Potem pochód i jakiś balkon i jakaś babulinka na balkonie gorączkowo upina czerwony pled z prześcieradłem. I napotkany policjant, któremu zrzucają czapkę z głowy, i Jasio, który niósł czerwony sztandar, jeszcze jakiś wiec na placu i Moczulski przemawia na rękach towarzyszy. To znów pamiętam w kilka miesięcy potem, jechałam z Dąbrowy, czy Sosnowca. Pociąg wolno jechał w stację, nagle zza węgła jakiegoś domu wybiegł ktoś w pelerynie, za nim pogoniło czterech, czy pięciu – wyciągnięte ręce – strzały! Nie wiem, czy go zabili, bo pociąg pojechał dalej.

Pierwszą wielką wojnę (1914) przeżyłam częściowo w Łowiczu, który kolejno przechodził z rąk do rąk. Wchodzili Niemcy i któryś mówił po polsku: – No, cieszta się, oswobodziliśmy was! A potem znów po strzelaninie wchodził „rusek” i wołał: – Radujties! Oswobodili was! A myśmy się oczywiście radowali, siedzieli w piwnicy i życzyli, żeby ich obu licho wzięło. Wszystko obecnie wydaje się nieciekawe i jakieś jak zabawka wobec dzisiejszej wojny. Pamiętam nudne dnie i noce w piwnicy z malutką Hanusią na ręku. W piwnicy sąsiada Żyda Rotsztajna właściciela gorzelni. Część domu, w którym mieszkaliśmy spaliła się w czasie odwrotu armii niemieckiej spod Warszawy. A było to tak: Obudziło mnie walenie w okiennice: „Wstawajcie, bo się popalicie!!!” Ubraliśmy się szybko, podałam Hanię z poduszką, nakrytą futrem, komuś przez okno. Zabrali ją sąsiedzi Lestkiewicze, którzy bardzo nam dużo okazali serca. Wynieśliśmy wszystkie rzeczy do sąsiedniego domu. Deszcz lał i on to zagasił pożar, bo o straży nie było mowy, paliły się też magazyny i stacja.

Nad ranem pobiegłam do sąsiadów, żeby nakarmić Hanię, biegłam z trudem między armatami, końmi. Potem mieszkaliśmy w innym, dużym, murowanym domu, także na Końskim Targu. Były tam nawet wodociągi. Do kuchni często przychodzili sołdaci, Józefowa (służąca) grzała im wodę na „czaj”, smarowała któremuś bok, bo kasłał itp. Któryś prosił mnie o pozwolenie potrzymania poduszki z dzieckiem. „Takowo ostawił” Trzymał ostrożnie w wielkich ramionach. Raz w czasie silnego strzelania wyleciały szyby, zasłaniałam odtąd dywanami. Raz zbudziły mnie jakieś skrzypienia. Wyjrzałam. Noc była czarna zupełnie. Coś jechało i zgrzytało, piszczało. Psy? Nie psy? To byli ludzie. Ludzie ranni, zabrani z pozycji. Zwieźli ich do naszej bramy i tam opatrywali. Ktoś wyniósł stół, lampę. Do mnie pukali po deseczki, do których doktor przywiązywał złamane palce, ręce. Potem ranni spali w bramie na ziemi. Nieraz nie śpiąc, a karmiąc dziecko w nocy, pierwsze, ukochane, słuchałam strzałów i myślałam, że teraz giną ludzie, a każdy, każdy gdzieś ma taką matkę, która nie spała po nocach i tuliła, karmiła, czuwała. To byli wrogowie, a nie mogłam ich nienawidzić.

Wyjechaliśmy z trzema walizkami do Warszawy i zostaliśmy na stałe, bo tam weszli Niemcy i wracać już nie było można i nie było do czego. W Warszawie umęczenie straszne, bo i brak doświadczenia w prowadzeniu gospodarstwa, nieumiejętność gotowania i anormalne czasy. Brak sprzętów, garnków. Prałam np. pół prześcieradła, potem pół! Prześcieradło było brudne, ale sumienie czyste. U rodziców nic się nie pożyczało to i ja nie wpadłam na tę myśl, żeby pożyczyć balię. Potem weszli Niemcy, więc kontakt z domem Rodziców, z Kutnem, a rozstaliśmy się z Rodzicami Jasia, jego ojciec jako kolejarz musiał jechać w głąb Rosji. W czasie strzelania pod Warszawą, my stare wilki bojowe, szliśmy spać spokojnie. Kiedy wpadła przerażona Helutka Pacowa, która spać nie mogła „od huku” – uspokajał ją nasz spokój. Rano już byli Niemcy.

Za ich okupacji urodził się Andrzej. Za Rady Regencyjnej – Teresia. W niepodległej Polsce – Basia. No, a że Hania „w Rosji”, więc każde gdzie indziej, a wszystkie, (prócz Hani) w Warszawie. Rozbrajanie Niemców zastało mnie w Kutnie, gdzie chorowałam na tyfus, niewiele więc widziałam. Pojechaliśmy z Jasiem szukać rzeczy w Łowiczu.

 98 odsłon,  2 odsłon dzisiaj

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.