Wydaje się nieprawdopodobne, że ta siwowłosa starannie ubrana pani, o twarzy niemal bez zmarszczek, ma 90 lat. Trudno w to uwierzyć, gdy widzi się, że nie nosi okularów, że dopisuje jej słuch, pamięć i przytomność umysłu, że nie tylko obywa się bez laski, lecz także taszczy wiadro z brudną wodą w kąt ogrodu. Pani doktor Maria Koczorowska pod wieloma względami jest wyjątkową kobietą. Całe życie poświęciła dla innych, uważając, że to całkiem zwyczajne. W czasie pierwszej wojny światowej walczyła z epidemią tyfusu. Przypłaciła to sama ciężką chorobą. W czasie drugiej wojny, po wyrzuceniu jej przez Niemców z Warszawy, osiadła w Ostrówku koło Wołomina i zorganizowała tu wiejski ośrodek zdrowia. Była jedynym lekarzem w promieniu kilkunastu kilometrów. Przemierzała je pieszo, chodząc do chorych o świcie, o zmierzchu, o północy, nie bacząc na godzinę policyjną.

W drewnianym domku doktor Koczorowskiej znajdowali schronienie różni ludzie. W czasie okupacji — wysiedleńcy, Żydzi, działacze konspiracji, czerwonoarmiejcy. Nie pytała kim są. Wystarczało, że szukali pomocy, że trzeba było ich ukryć. Znajdowali u niej przystań, kromkę chleba, ciepły piec kaflowy, opiekę lekarską. Zaraz po wojnie przewinęło się sporo różnych biedaków przez drewniany domek w Ostrówku — nauczyciel, który przybył z końca świata, emerytowana bibliotekarka. Pani doktor nie brała od swych lokatorów pieniędzy, podobnie, jak nie przyjmowała honorariów od pacjentów. Żyła skromnie, kontentowała się pensyjką z ośrodka zdrowia, którym kierowała aż do 1960 roku, do czasu, gdy stuknęło jej 77 lat i gdy w powiecie wołomińskim nie było już tak trudno o lekarza.

Choć na emeryturze, nadal nie odmawiała bezinteresownej pomocy lekarskiej. Mierzyła właśnie ciśnienie babinie z Klembowa, gdy nagle ktoś zapukał do pokoju. Ujrzała w drzwiach zapłakaną młodą kobietę w zaawansowanej ciąży, z dzieciakiem na ręku. Kolejni gospodarze znów ich wyrzucili na bruk. Pani doktor nie dochodziła przyczyn. Przygarnęła. I tak zaczęła się historia z Sasinami…

Do doktor Koczorowskiej prowadzą mnie teraz ludzie, którzy ją dobrze znają i którzy chcieliby obronić staruszkę przed niewdzięcznością Sasinów i obojętnością terenowej władzy. Pokazują: widzi pani ten gołębnik i kurnik? Sasinowie postawili go w nocy, bez zgody pani doktór. Kury i gołębie wydziobują wszystko z zasianych grządek. A ten wielki wilczur, też własność Sasinów. Bez pytania uwiązali go przed domem. Pies ciągle szczeka, zakłóca spokój. Gdy Sasinowie spuszczają go na noc, tratuje wszystko w ogrodzie. Proszę spojrzeć! A śmiecie, których tu pełno? Sasinowie wszędzie wyrzucają odpadki. Niszczą ogrodzenie. Zabrali pani doktor kuchnię. Synek Sasinów wdziera się do pokoju pani doktór. Taki szprync, że potrafi dopasować klucze, buszuje po szufladach, wyciąga różne rzeczy! Zwracaliśmy się do gromadzkiej rady, żeby wyzwoliła panią doktor od Sasinów. Robiliśmy to wbrew woli, gdyż — jak mówiła — „nie chce krzywdzić ludzi!” Ciągle ma jakieś dziwne skrupuły. W radzie powiedzieli, że musi być eksmisja sądowa. Pani doktor długo nie chciała skarżyć Sasinów do sądu. Żal jej było dzieci… W końcu, gdy Sasinowa podarła na niej sweter, wyraziła zgodę na wniesienie pozwu.

14.11.1972 Sąd Powiatowy nakazał eksmisję. Sąd Wojewódzki zatwierdził ten wyrok 16 czerwca 1972 r. Wtedy w radzie narodowej powiedziano, że eksmisja, to osobista sprawa pani Koczorowskiej, bo dobrowolnie wzięła do siebie Sasinów…

Ktoś kręci się za ścianą. Sasinowa jest w domu. Idę, by z nią porozmawiać. Odpowiada na pytania półgębkiem. Ona nie wie, czego chce od niej pani doktor. Dlaczego bez zgody gospodyni postawili gołębnik i uwiązali w ogródku psa? Sasinowa wzrusza ramionami, jakby nie rozumiała, że narusza czyjeś prawo posiadania, że rządzi się nie na swoim terenie. Kiedy się wyprowadzą? Jak znajda odpowiednie mieszkanie! Nie, nie zapisali się do spółdzielni mieszkaniowej…

Wracam do pokoju staruszki, która mówi: — Czekają na moją śmierć, po cóż im starać się o inne mieszkanie…

Wieś Lipka. Nowy dom z czerwonej cegły, wokół kwitnące jabłonie. Gospodarz. Stanisław Kurek jest w polu. Na podwórzu żona gawędzi z dorosłą córką, która przyszła do rodziców w odwiedziny. Pytam. czy znają doktor Koczorowską. Kobiety się ożywiają, zaczynają wspominać dawne czasy. Rejestruję ich wypowiedzi na magnetofonie. — Cóż to za nadzwyczajna kobieta — mówi Kurkowa — chodziła do pacjentów w nocy, nie bacząc na zmęczenie. Grosza od ludzi nie brała!

Opinie się potwierdzają. W maleńkiej poczekalni ośrodka zdrowia w Ostrówku pełno pacjentów. Kto pamięta doktor Kaczorowską? Wiele osób! Janina Matusiak, która mieszka obok pani doktor — a wiedzą sąsiedzi, jak kto siedzi — opowiada o Sasinach. On pijak, awanturnik. Pani doktor święta kobieta. Nie jeden zawdzięcza jej, że żyje. „Jak rodziłam, przyjmowała mego chłopaka, który teraz ma już 18 lat!” Chwali panią doktor także Zofia Nowak, dawna woźna ośrodka: „Wszystkich leczyła, wszystkim pomagała”.

Teraz Gminna Rada Narodowa w Klembowie. Pani Krajewskiej, pełniącej funkcje sekretarza biura Rady, nie peszy magnetofon. Uczciwie przyznaje, że rzeczywiście początkowo uznała eksmisję Sasinów za prywatną sprawę doktor Koczorowskiej. Pani Krajewska jest młodziutką osobą i nie pamięta lekarki. Nie angażuje się więc emocjonalnie. Powiada jednak, że ostatnio zasięgnęła opinii adwokata, z którego konsultacji korzysta Gminna Rada. Wie już, że to Gmina ma zająć się wykonaniem wyroku sądowego. Widzi możliwość przekwaterowania Sasinów. Będzie lokal zastępczy w bloku w Woli Rasztowskiej lub we wsi. To obietnica? Wiążące przyrzeczenie! Eksmisji się dokona najdalej w ciągu miesiąca.

Przyszedł już naczelnik Gminnej Rady Narodowej, inż. Michał Kurek. Oczywiście, zna doktor Koczorowską. Gdy był małym dzieckiem, czuwała nad nim, jako lekarz. Wyleczyła też brata z poważnej choroby nerek. Wiele zrobiła dla tutejszego terenu, dla mieszkańców. Czy naczelnik zechce pomóc staruszce? Tak, oczywiście, ale z lokalami zastępczyni niełatwo… Naczelnik nie wie, że pani Krajewska dala mi obietnicę, że powiedziała o możliwościach mieszkaniowych Gminy. Gdy o tym wspominam — chwila konsternacji… W końcu: dobrze; potwierdza się zobowiązanie. A termin? — Bardzo prosimy, niech pani przyjedzie za miesiąc. Gwarantuję, że do 11 czerwca przeniesiemy Sasinów. Chodzi przecież o osobę tak dla nas zasłużoną.

Chcę wierzyć przedstawicielom Gminy. Nie jadę do powiatu z dalszą interwencją…

Ostrówek ze swoją doktor Koczorowską nie jest u nas wyjątkiem. O iluż to szlachetnych, ofiarnych ludziach zapominamy, gdy nie są już nam potrzebni! Smutne.

Irena Bańkowska

Życie Radomskie
18 maja 1973, nr 118

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.