Janina Kowalska
Tak, byłam łączniczką, zostałam więc włączona również w szkolenie łączniczek. Można zapytać, po co szkolenie, żeby oddać i odebrać małe kartki bibułki? Łączniczki nie tylko po to były szkolone, ale także, żeby były przydatne w razie różnorodnych akcji zbrojnych, takich na przykład jak powstanie. Uczono nas obsługi polowych łącznic telefonicznych, doprowadzania do nich kabla i instalowania ich, odbierania, notowania i przekazywania odebranych ważnych wiadomości. To były sprawy trudne dla nas, ale konieczne.
Miałyśmy wykłady z terenoznawstwa, posługiwania się mapami i orientowania ich, to znaczy takiego ustawiania, żeby pokazywały właściwy kierunek w otwartym terenie, jak i w terenie gęsto zabudowanym, takim jak duże miasto. Te wiadomości przydały mi się i po wojnie, kiedy uczyłam swoje harcerki posługiwania się mapą. Wiedza ta przydatna jest dla mnie nawet teraz, bo nigdy nie „ginę” w obcym mieście.
Ciekawe i zupełnie nowe były dla nas zajęcia z bronią. Uczono nas jej budowy, rozpoznawania marek i gdzie została wyprodukowana. Na zajęciach praktycznych rozkładało się pistolety, czyściło, konserwowało i składało z powrotem. Po tych zajęciach umiałam rozłożyć i złożyć każdy pistolet. Pewnego razu takie ćwiczenia odbywały się na pierwszym piętrze jednej z zielonkowskich willi. Było ciepło, okna były pootwierane, a my pod okiem instruktora pracowałyśmy przy stole. W pewnym momencie do pokoju weszła właścicielka willi i wyszeptała: „Zamknijcie okna, bo szczęk broni słychać aż na ulicy”.
Byłam młoda, miałam słabe dłonie i nie mogłam przepisowo zarepetować pistoletu VIS 9, który należało trzymać w prawej dłoni, a lewą zarepetować, czyli wprowadzić kulę do lufy. Brałam więc pistolet między kolana i obydwoma rękami repetowałam, ale w warunkach bojowych taka czynność była niemożliwa. Dobrze repetowałam mniejszy pistolet, Parabellum 7, łatwiej wykonywało się tę czynność.
Rozpisałam się o broni, ale wiąże się z nią pewna scena, którą odegrałam w zupełnie niecodziennych warunkach. W czasie pierwszego przesłuchania w Gestapo, wprowadzono mnie do pokoju i kazano usiąść przy stoliku, na którym leżały pistolety wyjęte z kabur. Podejrzewam, że chciano mnie nastraszyć, miałam 14 lat i minę naiwnego niewiniątka. Wprawnym okiem pobieżnie obejrzałam te pistolety i zrobiłam wystraszoną minę, głowę schowałam w ramiona i odwróciłam się, żeby na nie nie patrzyć. Co chwila jednak popatrywałam i widać było, że coraz bardziej się boję, czy same nie wystrzelą. Odwróciłam się spłoszona na krześle, aż gestapowcy, śmiejąc się pochowali pistolety do kabur.
Mimo że byłyśmy łączniczkami, przeszłyśmy kurs sanitarny i inne kursy potrzebnej w danym momencie wiedzy. Oczywiście uczono nas zasad konspiracji, np. jak zobaczyć za pomocą puderniczki, czy ktoś nas nie śledzi, a przecież każda kobieta ma w torebce puderniczkę. Na początku wojny pokutował jeszcze dziewiętnastowieczny stereotyp konspiratora, który odziany w czarną pelerynę i kapelusz z dużym rondem, bacznie się rozglądał czy ktoś na niego nie patrzy, kiedy wchodził do konspiracyjnego lokalu. Taki stereotyp zupełnie był nieprzydatny w połowie XX wieku.
Biała apaszka
wspomnienia Janiny Kowalskiej “Mirka”,
najmłodszej łączniczki AK II Rejonu “Celków”
Towarzystwo Przyjaciół Zielonki
Zielonkowskie Zeszyty Historyczne Nr 3/2016