Zdjęcie lotnicze Zielonki, rok 1947.
Na początku lat osiemdziesiątych przyszło do mnie kilku kolegów z pracy i mówią: „Wiemy, że w czasie okupacji pracowałaś konspiracyjnie. Sytuacja jest obecnie taka, że Solidarność schodzi do podziemia. Czy możesz nas nauczyć, jak się robi konspirację, żeby nie było wpadek i aresztowań?” Powiedziałam im kilka podstawowych zasad dobrej konspiracji i opowiedziałam pewne wspomnienie z czasów okupacji ilustrujące te zasady.
W 1944 roku, kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie było mi niezmiernie smutno, że nie mogę w nim uczestniczyć, bo w tym czasie mieszkaliśmy na prawym brzegu Wisły, w Zielonce. Przypomniałam sobie wówczas zadanie sprzed roku, które pozwoliło mi mieć poczucie, że w jakiś sposób uczestniczę w Powstaniu. Otóż w lecie 1943 roku wszystkie patrole łączniczek zostały przeszkolone w robieniu opasek zapalających. Opaski te miały być nakładane na butelki z benzyną, przy stłuczeniu butelki benzyna wchodziła w reakcję chemiczną z zawartością opaski i dawała potężny słup ognia.
Laboratorium, gdzie robiłyśmy opaski, było urządzone w cegielni, pod wiatą, pod którą w kozłach suszyły się cegły. W samym środku ogromnej wiaty zostawiono puste miejsce i ustawiono duży stół. Na stole stały apteczne wagi, a na podłodze, obok krzesełek, worki z chemikaliami, które w odpowiednich proporcjach należało połączyć. Miejsce było doskonałe, bo od góry był naturalny przewiew, który wywiewał na zewnątrz szkodliwe pyły.
Przychodziłyśmy z rana, każda osobno, zmiana liczyła cztery osoby, bo tyle było wag. Znałyśmy się tylko my cztery z tej zmiany, ale w czasie pracy nic do siebie nie mówiłyśmy. Rozchodziłyśmy się pojedynczo i nie wiemy, kto jeszcze poza nami robił te opaski, ale chemikaliów ubywało. Nikogo o nic nie pytałyśmy, to nas po prostu nie obchodziło, bo wiedzieć jak najmniej, to była pierwsza zasada konspiracji. Nie pytać i samemu trzymać język za zębami, to następna zasada. W czasie aresztowania i przesłuchiwań przez Gestapo zrozumiałam, jak ważne to były zasady.
Ubierano nas w białe kitle i maseczki. Znałyśmy doskonale recepturę i proporcje. Na wadze kładło się dość szeroki pasek papieru pergaminowego i na to sypało się poszczególne składniki dokładnie je ważąc. Następnie składało się papier robiąc opaskę, a końcówki wkładało się jedną w drugą. Gotowy produkt układało się w koszu. Jaki był skład tego proszku nie pamiętam, pamiętam jedynie, że była tam kalafonia, od której lepiły się ręce. Pracowałyśmy około czterech godzin dziennie. Myłyśmy dokładnie ręce i szłyśmy do domu. Po południu chłopcy pakowali te opaski do kartonów, zaklejali paskami z napisem „Uwaga, trucizna na szczury” po polsku i po niemiecku. Następnie transportowali te paki do Warszawy, w jakieś miejsce składowania, ale my nie wiedziałyśmy gdzie. I tak po roku nasza praca przydała się do niszczenia niemieckich czołgów w czasie Powstania Warszawskiego.
Biała apaszka
wspomnienia Janiny Kowalskiej “Mirka”,
najmłodszej łączniczki AK II Rejonu “Celków”
Towarzystwo Przyjaciół Zielonki
Zielonkowskie Zeszyty Historyczne Nr 3/2016