Witold Łukuciewski
1 września 1939 r. o godzinie 5 rano w małym, zacisznym domku w Zielonce pod Warszawą, który od dwóch dni stanowił miejsce zakwaterowania pilotów 3 _ Dywizjonu Myśliwskiego 1 Pułku Myśliwskiego, tworzącego wraz z 4 Dywizjonem Brygadę Pościgową, zawrzało jak w ulu. Zbudzony z głębokiego snu pośpiesznie zacząłem ubierać się, podczas gdy wycie syreny alarmowej oznaczało, że wojska niemieckie przekroczyły granicę Polski. Po kilkunastu minutach cały personel latający i techniczny znajdował się na lotnisku polowym.
Dowódca I klucza (jednocześnie eskadry) kpt. pil. Tadeusz Opulski, ppor. pil, Wiktor Strzemborz, kpr. pil. Jan Musiał; d-ca II klucza — por. pil. Stefan Okrzeja, ppor. pil. Jerzy Godlewski, plut. pil. Ludwik Lech; d-ca III klucza — ppor. pil. Witold Łokuciewski, kpr. pil. Karol Krawczyński, kpr. pil. Ryszard GóTrecki; d-ca klucza alarmowego — por. pil. Wacław Łapkowski, ppor. pil. Jan Daszewski.
Zaniosłem do przydzielonego mi samolotu spadochron, sprawdziłem załadowanie amunicji, tlenu, powietrza i po zameldowaniu przez mechanika, że samolot jest przygotowany do lotu wróciłem do namiotu, gdzie stacjonował sztab eskadry oraz personel latający.
Nie dokończyłem picia filiżanki żołnierskiej kawy kiedy została zarządzona gotowość nr 1. Z dreszczem emocji pobiegliśmy do samolotów. Mechanik podał mi spadochron, zapiąłem haubę pod szyją i usadowiłem się w moim P-11C. Przypasałem się, sprawdziłem łączność radiową i czekałem na ukazanie się nad lotniskiem czerwonej rakiety. Nie zdążyłem uzmysłowić sobie, co ma niedługo nastąpić, kiedy przede mną wytrysła czerwona rakieta. Natychmiast uruchomiłem silnik, nasunąłem okulary na oczy, dałem znak mechanikowi do zabrania podstawek spod kół i wykołowałem ze stoiska. Samoloty ustawiły się kluczami do startu, Jako pierwsza wystartowała 111 eskadra, a za nią moja 112. Była godzina 6.50,
Po starcie i uformowaniu ugrupowania bojowego dywizjon nabierał wysokości, Prowadziłem ostatni klucz i miałem możność oglądać cały dywizjon przed sobą. Karol Krawczyński leciał po mojej prawej stronie, Rysio Górecki po lewej. Obaj dali mi znak ręką, że wszystko w porządku.
Na wysokości 3000 m. nastąpiło spotkanie z 4 Dywizjonem. Brygada Pościgowa była w komplecie. Lecieliśmy w kierunku Zegrza. W pewnym momencie na horyzoncie ujrzałem małe punkciki i równocześnie w słuchawkach usłyszałem komendę dowódcy dywizjonu sformowania w szyku „schody w prawo” i że „sowy” (niemieckie bombowce) przed nami. Dałem znak moim prowadzonym na zmianę szyku, a następnie przeładowałem karabiny maszynowe, przymierzyłem się do celownika, sprawdziłem zapięcie pasów. W miarę upływu czasu z małych punkcików na horyzoncie ukształtowały się wyraźnie sylwetki dwusilnikowych bombowców typu He-111 i Do-17. Zbliżaliśmy się do nich. Leciały w ugrupowaniu kolumny trójek w dość zwartym szyku. Kolumna ta liczyła około 80 sztuk He-111 i Do-17. Spojrzałem na wysokościomierz — wskazywał 3500 m. Bombowce były pod nami z lewej strony t niżej około 300 m. Sytuacja korzystna do zaatakowania, lecz oto nagle wyżej pojawia się około 20 Me-110, a więc mają własną osłonę myśliwską i to jaką. Dwusilnikowy Me-110 przewyższał naszego P-11 osiągami lotno-technicznymi, był szybszy i miał silniejsze uzbrojenie.
Naraz w słuchawkach usłyszałem komendę „atakujemy”.
Kolejno eskadry 4 Dywizjonu lewym zakrętem kluczami poczęły spływać na ugrupowanie bombowców. Powstało zamieszanie. Pezetele wrzynały się między ugrupowania nieprzyjacielskie. Z harmonijnego ugrupowania bombowców wytworzyła się masa zmieniająca kierunek lotu. Będąc w lewym zakręcie ze swoim kluczem i szykując się do rozpoczęcia ataku, zauważyłem z tyłu wyżej z lewej strony dwa Me-110 nurkujące na nasz klucz. Gwałtownie położyłem samolot w głęboki ciasny lewy zakręt. Me-110 przeszły nad nami z dużą prędkością, a następnie zwrotem bojowym w lewo znalazły się wyżej około 800 m. Momentalnie przerzuciłem samolot w prawy głęboki zakręt w celu zaatakowania bombowców.
Widzę przed sobą, jak trzech naszych myśliwców obrabia dwa klucze He-111, a z prawej strony niżej leci 5 He-111 przez nikogo nie atakowanych. Szybka decyzja, daję znak swoim bocznym i zakrętem przez plecy w prawo wprowadzam samolot w nurkowanie. Silnik pracuje na maksymalnych obrotach, odległość od bombowców zmniejsza się, ale wciąż jestem za daleko, żeby móc otworzyć ogień. W miarę zbliżania oglądam się do tyłu i widzę mego prawego — Karola; Ryśka nie widzę. W górze nade mną jakaś jedenastka usiłowała zaatakować Me-110, ale ten długą świecą oddalił się jak na gumie. W pewnym momencie widzę, jak strzelcy ogonowi z He-111 otworzyli do mnie ogień i smugi pocisków przelatują nad moją kabiną. W celowniku uchwytuję lewego bombowca, a palcem wskazującym prawej ręki naciskam na język spustowy karabinu maszynowego. Jedna, druga, trzecia, czwarta seria. Silnik pracuje na maksymalnych obrotach. Oddaję kolejno dwie serie. Nade mną przeleciały dwa P-11 i jeden Me-110. Mój cel robi zakręt w lewo, odłącza od swojej grupy. Trzymam go na celowniku oddając krótkie serie z moich dwóch kaemów. Pojawia się cienka niebieska smuga z prawego silnika.
Strzelcy ogonowi wciąż strzelają. Bombowiec zniża się, wysokość wynosi już 2300 m. Trzymam się w odległości 100—150 m i atakami z lewej i z prawej strony oddaję krótkie serie. Strzelcy ogonowi przestali strzelać, z prawego silnika bombowca wciąż wydostaje się smuga niebiesko-czarna. Rozglądam. się dookoła. Karola nie widzę. W górze z tyłu na tle słońca coś błysnęło, to Me-110 przewrócił się na plecy i półprzewrotem nurkuje na mnie. Gwałtownie robię unik w prawo o 180o, podczas gdy mój bombowiec oddala się zostawiając za sobą czarną smugę dymu z prawego silnika, W słuchawkach niesamowity szum, jakieś nieartykułowane dźwięki, ktoś krzyczy „pali się”, „brak amunicji”, „paliwo kończy się”. Spoglądam na paliwomierz — paliwa mam na około 15 minut lotu. Wracam na lotnisko. Nagle z przodu niżej widzę zbliżający się Do-17, Postanawiam go zaatakować z przodu z góry. Wprowadzam samolot w nurkowanie, uchwytuję sylwetkę w celowniku i w miarę wzajemnego zbliżania się coraz więcej oddaję drążek od siebie. Sylwetka bombowca w celowniku rośnie, wyraźnie widzę na skrzydłach samolotu czarne krzyże, naciskam spust — cisza, jeszcze raz naciskam, moje karabiny maszynowe nie odezwały się. Tuż pode mną przelatuje olbrzymia sylwetka bombowca.
Zbliżam się do lotniska, sprawdzam karabiny maszynowe — nie ma amunicji. Ląduję. Zakołowuję na stoisko, wyłączam silnik. Podbiegają koledzy i mechanicy, padają pytania. Jak było? Ile? Co? Mechanik melduje, że w skrzydłach i kadłubie mego samolotu jest 16 dziur. Podchodzi Karol i mówi, że szkoda było tyle amunicji ładować, kiedy bombowiec już kopcił. No tak, ale nie zleciał na ziemię. Może był jednym z tych licznych, które w drodze powrotnej przymusowo lądowały w przygodnym terenie.
— Panie poruczniku — mówi mechanik — samolot gotowy do lotu, dziury będziemy klepać w nocy.
Dowódca eskadry ogłasza gotowość nr 1. Nakładam spadochron, wsiadam do samolotu i czekam na czerwoną rakietę.
Skrzydlata Polska
1967 08 20 27 Nr 34 35