
1 września 1939 roku zastał mnie, młodego chłopaka, w Zielonce koło Warszawy. Mieszkałem w domu znajdującym się na północnym skraju osiedla, koło leśniczówki, na szczycie pagórka. Niemieckie bombowce w asyście myśliwców leciały z kierunku Prus Wschodnich na stolicę Polski. Część z nich — już znad Warszawy wracała. Strzelała nasza artyleria plot. Mimo nakazów zdrowego rozsądku — wraz z kilkoma kolegami wdrapałem się na szczyt dachu naszego domu i stamtąd obserwowaliśmy dramatyczną scenerię warszawskiego przedpola.
W pewnym momencie, od strony lotniska na terenie poligonu, śmignęła nad torami jak osa polska pezetelka. W mgnieniu oka — maleńki górnopłat dosłownie werżnął się w gęsty szyk jednej z grup bombowców. Rozpoczęło się istne piekło w powietrzu. Strzelały, oczywiście, wszystkie załogi niemieckich samolotów. Grały cekaemy pezetela. Pociski gęsto łupały po całej zabudowie Zielonki. Nie zwracaliśmy na to żadnej uwagi. Z zapartym tchem obserwowaliśmy z dachu niesamowity pojedynek polskiego myśliwca z kilkoma maszynami nieprzyjaciela. Trwało to dość długo — parę minut.
Spostrzegliśmy naraz, że — korzystając z nadchodzącej ławicy cumulusów — bombowce i myśliwce niemieckie przerwały ogień i rezygnując z zestrzelenia natrętnego myśliwca czmychnęły w chmury. Jednak — nie wszystkie, jeden pozostał.
Tego, co nastąpiło, nie zapomnę nigdy. Była to zacięta, na śmierć i życie, walka powietrzna. Trzask krótkich serii cekaemów i działek, stojące na najwyższym poziomie figury bojowej akrobacji polskiego myśliwca, dysponującego mniejszą przecież prędkością niż niemiecki lekki bombowiec, wspaniały kunszt pilotażu Polaka — były szokującym, ale wspaniałym widowiskiem.
Walka toczyła się na wysokości około 1000—1200 metrów. Basowo grzmiały salwy broni pokładowej Niemca, inny dźwięk, bardziej o tonacji metalicznej, miały serie odpalane przez Polaka. Widzieliśmy błyski z luf. I oto — co się stało: nawet nie spostrzegliśmy dokładnie, kiedy pezetel znalazł się blisko z tyłu, za ogonem samolotu z czarnymi krzyżami. Już go nie popuścił. Błyskawicznie, seria za serią, ładował pociski w kadłub i silniki Niemca. Z prawego silnika bombowca buchnął czarny dym. Samolot wypadł nagle z walki, przestał strzelać. Ciągnąc za sobą długą smugę, chwiejnie poleciał, na niedużej wysokości, nad lasami w kierunku Strugi. Po paru kilometrach — runął na ziemię. Wysoki słup czarnego, smolistego dymu znaczył miejsce upadku.
Z dachu — na rowery i co tchu pomknęliśmy w tamtym kierunku. Gdy dojeżdżaliśmy, szczątki samolotu porozrzucane na całym polu graniczącym z lasem paliły się. Widzieliśmy zwęglone ciała załogi, nadpalone mapniki, fragmenty oporządzenia, Tłum otaczał całe to miejsce. Przyjechał na motocyklu z lotniska nasz pilot, który zestrzelił hitlerowską maszynę. Był to, jeśli dobrze pamiętam, oficer. Dość niskiego wzrostu, niezbyt młody, silnie zbudowany. Ludzie patrzyli na niego z dumą i najwyższym podziwem, jak na bohatera.
Nic dziwnego: on był bohaterem. Jego obraz, obraz tej walki — towarzyszył mi krzepiąco przez wszystkie ciężkie lata okupacji. Wrył się w pamięć na stałe. Na samym początku wojny ujrzeliśmy, że wroga można pokonać.
Kto to był, ten polski pilot? Czy żyje? A jeśli tak — to może odezwie się? Byłoby to coś niewymownie pięknego. A może coś dorzucą Czytelnicy?
Skrzydlata Polska
1976 10 10 Nr 41