Gustaw Sidorowicz
W oczekiwaniu na wroga
W drugiej połowie sierpnia 1939 kpt. Gustaw Sidorowicz oraz kpt. pil. Juliusz Frey — dowódca 114 eskadry myśliwskiej — otrzymali polecenie przygotowania lotnisk polowych w Zielonce i Poniatowie. Figurowały one w planach mobilizacyjnych. Zgodnie z tajnymi wytycznymi ich ujawnienie mogło nastąpić na krótko przed wybuchem wojny. Lotnisko zlokalizowano między skrajem młodego sosnowego zagajnika, a drogą wiodącą do pobliskiej wsi Kobylak. Po przybyciu na miejsce kpt. Sidorowicz najbardziej zmartwił się tym, że na równym, trochę piaszczystym i porosłym rzadką trawą lądowisku brak było naturalnych warunków do zamaskowania samolotów dywizjonu. Mimo protestów wojskowego komendanta tego rejonu oraz leśniczego polecił wyciąć ponad tysiąc sosen, które wkopywano w wyznaczone przez kapitana miejsca. W ten sposób uformowano pozorowane kępy drzew, które zamaskowały stanowiska postoju samolotów myśliwskich. O tym, że kpt. Sidorowicz wykonał zadanie idealnie świadczy fakt, iż mjr pil. Eugeniusz Wyrwicki, szef sztabu Brygady Pościgowej, nie umiał wykryć obecności samolotów dwóch eskadr oraz personelu dywizjonu. Rozpoznał z powietrza jedynie pojedyncze wysepki sosen. Także podczas postoju eskadr w okresie wojny, Luftwaffe nie wykryła ich stanowiska polowego.
Na tydzień przed napadem niemieckim na Polskę każda z eskadr myśliwskich Brygady Pościgowej wystawiała klucz alarmowy, gotowy do natychmiastowego startu i walki. Piloci pełnili dyżury w kabinach samolotów po cztery godziny. Czekali na ewentualny rozkaz wzniesienia się w powietrze i otworzenie ognia do nieprzyjaciela. 30 sierpnia dowódcy eskadr otrzymali rozkaz odlotu na lotniska polowe: do Poniatowa i Zielonki. Po południu 30 sierpnia kpt. Sidorowicz i dowodzona przez niego 111 eskadra kościuszkowska odleciała do Zielonki. Tam wraz ze 112 eskadrą zakwaterowała się w pobliskiej wsi. Brygada Pościgowa na dwa dni przed wybuchem II wojny światowej opuściła Warszawę. Wieczorem 31 sierpnia dowódca trzeciego dywizjonu myśliwskiego (111 i 112 eskadra) kpt. pil. Zdzisław Krasnodębski, na zwołanej odprawie powiedział m.in.: „Bez względu na to, czy jutro rozpocznie się wojna, czy też nie, zarządzam alarm dla całego dywizjonu, wyznaczam pobudkę na godzinę trzecią rano. Natomiast od godziny czwartej wszyscy piloci muszą być gotowi do walki”.
Kpt. Sidorowicz wstał przed 03:00 1 września 1939 i dopilnował wykonania wydanych wcześniej rozkazów. Na kilka minut przed 04:00 eskadra była gotowa do walki. „Czekaliśmy — wspomina dzisiaj Gustaw Sidorowicz — mijała minuta za minutą i nie nadchodziła żadna wiadomość ze sztabu Brygady Pościgowej. Wreszcie około 05:00 zaterkotał telefon. Otrzymaliśmy meldunek, że wyprawa niemiecka leci z bombami na Warszawę. Przypuszczenia okazały się prawdą — rozpoczęła się wojna,”
Walka powietrzna
Wkrótce dywizjon otrzymał rozkaz startu do pierwszego lotu bojowego. Piloci 111 eskadry, a następnie 112 eskadry, polecieli w kierunku na Legionowo—Nasielsk. Szybko osiągnęli wysokość 3000 m. Wtedy zauważono kilkadziesiąt Heinkli-111. Pierwsi zaatakowali jednak piloci eskadr 113 i 114, którzy wcześniej wystartowali z Poniatowa. Zaczajeni wyżej od lecącej wyprawy niemieckiej przystąpili do jednoczesnego ataku. Gdy pierwsze Heinkle zaczęły się palić i spadać ku ziemi, pozostałe zaatakowały eskadry 111 i 112, Niemcy nie mający osłony myśliwskiej, zawracali i zrzucali bomby na pola i lasy. Zestrzelono osiem Heinkli. Na Warszawę nie spadły bomby.
Drugi lot bojowy kpt. Sidorowicz wykonał po 17:30. Jego klucz myśliwski przepędził kilka pojedynczych samolotów bombowych, które zawróciły na północ. Po wylocie spoza chmury kłębiastej kapitan zauważył dwa Me 109. Pierwszy z nich zaatakowany przez niego zadymił i pod ostrym kątem poleciał w dół. Wtedy kpt. Sidorowicz podniesiony na duchu otworzył ogień do drugiego Me 109; ten jednak dostrzegł Polaka i uciekł z jego celownika. Role się zmieniły. Teraz kapitan był ostrzeliwany przez samolot niemiecki. Nie mógł śledzić Niemca, ponieważ był atakowany od strony słońca. W P.11 zaczęła wybuchać amunicja, zapalona pociskami innego Me 109. Dalszą walkę uniemożliwiły przerwane taśmy z pociskami, Wypatrzyły go też inne samoloty przeciwnika. Na szczęście strzelały niecelnie, Bronił się unikami, a następnie wleciał w chmury, zresztą bardzo rzadkie. Postanowił lotem nurkowym uciec wrogowi spod karabinów maszynowych. Me 109 czekały na niego niżej i wtedy zapaliły jego samolot. Mimo ogromnego bólu, wskutek odniesionych ran, postanowił za wszelką cenę lądować w Zielonce. Wkrótce zarzucił tę myśl. Leciał w kierunku Wału Miedzeszyńskiego.
Wisłę minął na 50 metrach koło Mostu Poniatowskiego. Ponieważ silnik przestał pracować, lądował na wprost i po wyłamaniu podwozia przez dwadzieścia kilka metrów sunął kadłubem po piasku. Resztką sił wydostał się z kabiny i utykając oddalił się od płonącego samolotu. Podbiegli do niego ludzie i podtrzymali, a następnie zanieśli do szpitala na Saską Kępę. Po założeniu opatrunków zauważył jak na salę wniesiono ciężko ranną dziewczynę. Była młoda i ładna. Dopiero wtedy, a nie w powietrzu, przeżył silny wstrząs. Nagle zrozumiał grozę wojny. Przed jego oczami, jak na filmie, przesunęło się całe jego życie.
Najpierw pożegnanie w domu. Miał dwadzieścia lat, gdy wyjeżdżał do podchorążówki. Po szkole dęblińskiej jako nawigator odbywał służbę w Morskim Dywizjonie Lotniczym. Latał na wodnosamolotach. Potem kurs pilotażu w Grudziądzu. W 1934 otrzymał przydział do 114 eskadry myśliwskiej. Dwa lata później przejął 111 eskadrę kościuszkowską od kpt. pil. Zdzisława Krasnodębskiego. Ćwiczenia. Szkoła ognia. Przygotowanie do wojny. 1 września. Drugi lot bojowy, zakończony zestrzeleniem, Ocknął się. Usłyszał jak lekarz powiedział: „Panie kapitanie, będzie pan żył, ale wojna dla pana już się zakończyła”,
Konspiracja
Od września leżał w szpitalu z przestrzelonym kolanem, poparzonymi dłońmi i podudziami. W połowie lutego 1940 był zaledwie podleczony, gdy dowiedział się od pielęgniarki, że jego nazwisko figuruje na liście kierowanych do obozu jenieckiego w Niemczech. Otrzymał ubranie cywilne i w dwa dni później uciekł ze szpitala. Zamieszkał u kpt. pil. Stanisława Wołkowińskiego na Mokotowie, Nie miał żadnych dokumentów. Szukał kontaktów, aby otrzymać tzw. kenkartę na obce nazwisko, aby móc się zameldować. Dzięki znajomościom dostał licencję na prowadzenie kiosku z papierosami i tytoniem przy ul. Polnej 12. W marcu 1940 przypadkowo spotkał mjr. pil. Władysława Prohaskę, któremu zwierzył się, że nie ma dokumentów. Wkrótce otrzymał je na nazwisko Czesława Soroki. Szukał nadal kontaktów z organizacją podziemną. Od kwietnia został zatrudniony jako piaskarz wiślany. W połowie maja otrzymał wiadomość o pierwszej odprawie konspiracyjnej przy ul. Hożej. Odprawę prowadził płk Adamecki — szef lotnictwa. Nastąpiło zaprzysiężenie, dobranie pseudonimów i podział zadań. Kpt. Sidorowicz przyjął pseudonim „Wróbel” i otrzymał polecenie zorganizowania pilotów wojskowych i cywilnych w województwach lubelskim i warszawskim. W 1941 pracował przy sformowaniu placówek zrzutowych. Brał udział w wykolejeniu niemieckiego pociągu wojskowego. W lutym został aresztowany przez gestapo, torturowany i skazany na śmierć. Karę zamieniono na dożywocie. Polscy lekarze zrobili z niego chorego na owrzodzenie jelit, potem przewieziono go do szpitala więziennego, skąd dzięki pomocy kolegów z konspiracji uciekł w listopadzie 1942. W. kwietniu 1943 otrzymał – zadanie zorganizowania bazy lotniczej w Krakowie i trzech oddziałów lotniczych w Mielcu, Rzeszowie i Krośnie. Kierował także akcjami Most w 1944.
Po zakończeniu wojny różnie układały się losy kapitana. Nie zawsze pomyślnie. Zorganizowane lotnictwo sanitarne przez Tadeusza Więckowskiego przyjęło do pracy Gustawa Sidorowicza. Przez kilka lat pilotował samoloty. W 1966 pożegnał lotnictwo i przeszedł na zasłużoną emeryturę. Po dziś dzień wierny dewizie: wszystko co najlepsze oddaj Polsce — to twój obowiązek. Dewizę tę wyniósł z lotnictwa.
Skrzydlata Polska
1989, Nr 36