straszny dw r historia ulaska PCrVyX aQ
Historia majątku Ulasek, który znajdował się na terenie dzisiejszych Stryjek. Szczególnej wartości temu materiałowi dodaje wypowiedź syna Adama Wiśniewskiego, ostatniego właściciela majątku, pana Zdzisława Wiśniewskiego, zacytowane wspomnienia Szymona Kobylińskiego, wielkiej osobowości także związanej z tym miejscem oraz zdjęcia Polskiej Kroniki Filmowej.
Znajdujemy się na skraju Ulaska, czyli między wsiami Stryjki i Ołdaki. Za mną są dawne pozostałości po dawnych dworskich stawach. Kilkadziesiąt kroków w tamtą stronę stoi wspaniały 300-letni dom przypółkowy, który jest pozostałością dawnych puszczy, które okalały te tereny. Tak bowiem było. 400 lat temu wszędzie były nieprzebyte puszcze poprzecinane wąskimi strugami i cieśninami dróg. Jedna z tych strug, rzeczka Jasionka, cienka, była granicą między ziemią nurską na północy i ziemią warszawską na południu. Kilka kilometrów na wschód jest rzeczka Osownica. Za równem wyznaczała ona granicę między ziemią nurską a ziemią liwską. Tak więc było to od czasów średniowiecznych bardzo lesiste pogranicze mazowieckie. W XVII wieku zaczęły powstawać tutaj osady, zwane od tego, że były one na uboczu niewielkie kątami. Powstały więc Kąty Stryjków, Kąty Ołdaków, Kąty Dzięcieli, Kąty Kurów, Kąty Chrześnieńskie, zwane później Wilczeńcem, Kąty Sulejowskie, zwane później Zastanowizną, Malcowizną, Łubią, Wilczochem. Te wszystkie miejscowości powstawały jako miejscowości należące do Chrzęsnego i do Sulejowa. I często bywało tak, że między właścicielami Chrzęsnego a właścicielami Sulejowa dochodziło nawet do sporów sądowych, które to wioski i które osady należą do danego majątku. Wspominał o tym w swoim pamiętniku prowadzonym w XVIII stuleciu biskup Kossakowski. I on też wspomina, a właściwie nazywa, tutejszych mieszkańców gospodarzami, kątnikami i bojarami. Cóż to znaczy termin bojarzy? Nie chodzi tutaj, że byli szlachtą ruską, tylko byli wolnymi chłopami. Tak więc miejscowości okoliczne niewielkie powstałe w XVII wieku rozwijały się powoli w następnych dziesięcioleciach.

Tymczasem w połowie XIX stulecia między wsiami Stryjki i Ołdaki wydzielono folwark Ulasek. Był to folwark należący do Chrzęsnego. A w 1875 roku córka właściciela Chrzęsnego, Bronisława Koskowska, dostała Ulasek w posagu, gdy wyszła za Tytusa Babczyńskiego, o 20 lat od siebie starszego warszawskiego matematyka, profesora cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego. Tytus Babczyński pobudował tutaj wielki drewniany dwór. Był człowiekiem niezwykłym, niestety cierpiał na wiele przypadłości psychicznych. Miał manię prześladowczą, wiele innych chorób, które utrudniały mu życie. Czytam wspomnienia Szymona Kobylińskiego, znanego grafika, gawędziarza, osobowość telewizyjną. To są wspomnienia, które zamieścił w tygodniku Łącznik Mazowiecki w 1993 roku.
Przed kilku laty, jadąc od Jadowa przez leśny Sulejów i Kury, gdzie niegdyś stał cenny wiatrak, do Tłuszcza zatrzymałem auto w miejscu, gdzie dzieckiem i podrostkiem bywałem u wujostwa Wiśniewskich, w majątku Ulasek. Uf zaś dwór, jaki niegdyś na sztucznym wzniesieniu pobudował matematyk i cukrownik zarazem, białobrody Pan Babczyński, który długo trwał w pamięci okolicy, gdyż duch jego straszył nad rzeczką wiele lat po śmierci staruszka. Ogromnie oryginalnego człowieka. Nękała go bowiem mania prześladowcza, że zostanie napadnięty przez srogich zbójców. Wzniósł zatem dwór obronny, acz drewniany. Licząc loszek pod piwnicą i przygórek nad strychem, budowla miała siedem kondygnacji, łączonych prócz zwykłych przejść drzwiami zespołem tajnych przejść, prowadzonych w grubości ścian. Gdyby bowiem bandyci wdarli się już do wnętrza domu, dzielni obrońcy mogli skryć się w tych ścianach i z nienacka, przebiwszy lufami sztuczne maskujące obrazki, prażyć napastników z zasadzki. W gabinecie na wysokim piętrze, pod oknem, wychodzącym na szczelnie oparkanione podwórko, dziedzic miał półeczkę z szufladką. Na półeczce leżał dyżurny nabity pistolet. Szufladka zawierała amunicję i jeśli stary Babczyński spostrzegł, że w dole zjawiła się obca osoba, to uchylał lufcik i ostrzegawczo ostrzeliwał intruza.
Babczyński zmarł w 1910 roku, a majątek przeszedł w ręce jego syna Jacka Babczyńskiego i córki Stanisławy Babczyńskiej. Stanisława wyszła za mąż za słynnego lekarza Ludwika Wiśniewskiego. Lekarza, który na co dzień mieszkał i pracował w Jadowie. Był jedynym medykiem w trójkącie Radzymin, Węgrów, Mińsk Mazowiecki. Zupełnie niezwykła, wspaniała postać, zasłużona także dla tej okolicy. Tutaj szerzył zasady higieny, tak nieznane wśród chłopów. Niektóre kobiety, mieszkanki, okolicy były przyuczone przez niego do przyjmowania porodów itd. Był bowiem dr Ludwik Wiśniewski w przedwojennych i okupacyjnych czasach lekarzem wyjątkowej miary, błogosławieństwem dla całego rejonu. Tym bardziej, że do wiedzy medycznej, zwykłego rodzaju, tego naukowego i dyplomowego, dołączył wymuszoną życiem uniwersalność. Kojarzył internę z ginekologią, dermatologię z chirurgią. Panie, mówił mi kilkanaście lat temu stary gospodarz z Podłochowa, panie, jak mojemu bratu, co wpadł raz do studni i złamał nogę w siedmiu miejscach, a żadne warszawskie doktory nie potrafiły tego poskładać, ustawił kości, to go potem do marynarki, tego brata, wzięli. Był też kardiologiem, specem od tuberkulozy, był wszystkim, czego było trzeba. A całość otaczała sława i aura tego, co dziś zwą talentem uzdrawiacza, hipnotyczną zdolnością kojenia pacjentów.
Doktorostwo Wiśniewscy doczekali się dwóch synów i to im przekazali majątek Ulasek. Adam Wiśniewski, urodził się w 1900 roku, zmarł 99 lat później. Dożył więc naprawdę sędziwego wieku i był właścicielem Ulaska do końca, czyli do 1944 roku, kiedy został znacjonalizowany.

Wiśniewski był weteranem wojny o granice Polski, był weteranem frontu polsko-ukraińskiego w 1918 roku, był też weteranem wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku, a 20 lat później, w czasie II wojny światowej, zarówno w Ulasku, jak i w Chrzęsnem u swojej ciotki Wincentyny Karskiej, dawał pracę oficerom Armii Krajowej i jej członkom, którzy byli spaleni na innym terenie. Tak więc znajdowali się tutaj, mieszkali tu i pracowali, m.in. podporucznik Edward Nowicki, Tyczka, podporucznik Jan Estkowski, Szczapa, Stanisław Wojciechowski, pseudonim Jemioła, i Edward Urbaniak, pseudonim Trzaska.
Janka Estkowskiego to pamiętamy bardzo dokładnie. Mieszkał u nas cały czas. Tak, mieszkał u nas, był bardzo człowiek taki dobrze wychowany, grzeczny, sympatyczny, zawsze był taki pogodny. Edwarda Nowickiego to ja pamiętam tylko tak bardzo schematycznie, że tak powiem, jakaś postać taka dosyć wysoka i szczupła.
Niesamowitą, ciekawą historię tego miejsca zakończyła wojna. W 1944 roku, podczas przechodzenia frontu, dwór został spalony. Został tylko budynek pensjonatu, o którym powiem za chwilę.
Chciałbym powiedzieć jeszcze kilka słów o bracie rodzonym Adama, czyli Janie Józefie Wiśniewskim. Dziś to postać zapomniana, natomiast był wybijającym się polskim naukowcem, nadzieją polskiej nauki, polskiej statystyki. W wieku 30 lat był już doktorem habilitowanym. Wykładał w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. Był absolwentem słynnego Harward University w Stanach Zjednoczonych. To naprawdę naukowiec światowej klasy. W 1939 roku, jako podporucznik, żołnierz, oficer Korpusu Ochrony Pogranicza, został wzięty do niewoli i zamordowany prawdopodobnie pod Wytycznem w październiku 1939 roku. Jego ciała nie odnaleziono, nie znamy też dokładnie jego losów. Uważa się go za osobę, która zaginęła.
Ale wracając do tego miejsca, po 1944 roku, ocalał drewniany dworski pensjonat, który nazywał się Borucza i przed wojną przyciągał wielu letników z Warszawy i nie tylko, którzy uważali to miejsce za drugie Urle. I w tym pensjonacie przeniesiono szkołę podstawową z miejscowości Ołdaki. Kilkaset metrów w stronę właśnie Ołdaków od czasów przedpierwszowojennych istniała szkoła elementarna i to właśnie ją przeniesiono na teren dawnego majątku Ulasek. Dzisiaj szkoła ta nazywa się Zespołem Szkół w Stryjkach, bowiem teren Ulaska został przekazany właśnie tej miejscowości. Ale drewniany budynek również do dziś nie istnieje. Był on już zbyt zniszczony i zbyt mały, żeby pomieścić uczniów, w związku z czym w latach osiemdziesiątych przystąpiono do projektu wybudowania okazałego kampusu szkolnego we wsi Ołdaki. Było to dzieło i ówczesnej dyrekcji, nauczycieli i przede wszystkim rodziców.
Wiąże się z tym ciekawa historia, mianowicie zastanawiano się, co zrobić z uczniami, jeżeli stary budynek się zniszczy i będzie budować się nowy budynek szkoły. Ówczesny dyrektor Stefan Mikiciuk wpadł na pomysł przetransportowania tutaj wagonów kolejowych i rzeczywiście tak się stało. Uczniowie przez kilka miesięcy mieli szkołę w wagonach kolejowych, które przetransportowano tutaj i umieszczono na terenie szkoły. Niesamowita historia, która stała się kanwą wielu artykułów prasowych, ale i gościła tutaj nawet ekipa Polskiej Kroniki Filmowej.
W Ołdakach, a gdzie są Ołdaki, każdy widzi, rozebrano dzieciom starą szkołę, a nie postawiono nowej, zupełnie jak w kabarecie. Śmieszne, gdyby nie było prawdziwe. Trzy wagony PKP dorabiają do kolejowej emerytury półetatem w oświacie. Konduktora nie ma, nie ma się komu poskarżyć na chłód w przedziałach i na kilkuletnie opóźnienie, które jak wiadomo może się tylko zwiększyć. Nie ma też lokomotywy i pary do puszczania w gwizdek, a bez donośnego gwizdka nie ruszymy. W takiej szkole można dobrze dzieci przygotować tylko do znanych wygód w podróżach koleją i nie sięgania po papierosy. Inne nauki z pewnością odjadą w las. Zanim zadzwonią na lekcję w nowej szkole i dla 250 dzieci z Ołdaków i okolicy skończy się przyspieszony kurs planowania w oświacie na stołecznym szczeblu wojewódzkim.