(Od specjalnego delegata Kurjera Warsz.)

Godzina 3 po południu. Wyjeżdżamy z placu Teatralnego do Radzymina. Wyjeżdżamy najgorszym chyba automobilem ciężarowym, jaki posiada Warszawa: 10 wiorst ma godzinę. Ale za to prowadzi nas dwóch inteligentnych poruczników. No! i jesteśmy między sobą: prasa warszaiwska cudzoziemska. Już w Targówku czuć wojnę. Automobil za automobilem. Mundury francuskie i angielskie. A dalej po obu stronach szosy setki podwód chłopskich i grupy biwakujących żołnierzy. Na prawo dym. Pali się wioska, której nazwiska wymienić nie wolno.

Stój! Automobil stanął, jak wryty. Kilku kolegów uderzyło nosem w brudną podłogę samochodu. Wyskakujemy i pieszo idziemy w pole. Dwie baterje ciężkich armat, francuskich. Gdzieś, z jakiejś wieży wysokiej jakiś obserwator, widzi kolumny bolszewików i telefonom daje znaki naszym baterjom, jak rychtować działa i jakiemi strzelać pociskami. Od oficerów do armat biegają jakieś liczby. Siedemnaście! Cztery! Szrapnel! Granat! Strzał po strzale. Piorun za piorunem. Jakby ktoś grzmoty pomnożył grzmotami.

Jedziemy dalej: Dwie wiorsty przed Radzyminem szofer tłumaczy, że dalej pojechać nie może. Ma automobil ciężki i wolny. W razie czego nie mógłby uciec. Zresztą jeden z jenerałów; stojących ze sztabem przy drodze, popiera jego obawy. Lepiej pieszo. Mogą strzelać. Jakoś nam się nie widzi, aby szosa była niebezpieczną, bo ognia działowego od strony bolszewickiej nie słychać, a mówią nam, że wróg stoi 5 w. za Radzyminem, więc na celny strzał z karabinów trochę za daleko. Ale logika cywilna podczas wojny nie ma podobno znaczenia. Złazimy tedy z automobilu i wleczemy się pieszo do Radzymina.

Po drodze ścierwa koni zabitych. Cuchną. Przeraźliwie cuchną. Ktoś pokazuje nam mały lasek. Tam jeszcze wczoraj ramo wrzała walka zażarta. Radzymin przechodził z rąk do rąk. W sobotę był bolszewicki, w niedzielę rano polski, w niedzielę wieczorem znów bolszewicki, w poniedziałek koło godz. 10 przed południem znowu nasz i mocno nasz.

Ale oto miasto. Miasto-ruina! Miasto — rumowisko! Przypominają się obrazy wschodnich departamentów Francji, oglądane w kinematografach warszawskich. Ulice jak wymiecione. Zaledwie tu i owdzie jakaś twarz zalękniona wygląda z za węgła. Ten i ów zajrzał do pustych domów. Boże! Czy to wiek XX? O takiem zniszczeniu czytało się niegdyś w starych kronikach lub w romansach z dziejów Atylli, Dzingishana, zagonów tatarskich.

Oto mała restauracyjka. Nietylko, że zabrali wszystko, co zjeść można i wypić, ale porąbali bilard, kredens, meble, popruli pierzyny i poduszki, rozbili lampy i szkła. A oto mieszkanko szewca: nie ma nic, dosłownie nic, prócz połamanych stołków. Zabrali wszystko. A czego zabrać nie mogli, jak harpje mityczne zapaskudzili swym kałem. Rozpytujemy się ludzi. Płaczą. Ktoś prosił, aby mu zostawili trochę mąki dla małych dzieci. Trzasnęli pięścią miedzy oczy, „Niech zdychają z głodu!”

Czy kogo zabrali? Księdza i nauczyciela.

A burmistrz?

Był aresztowany, ale ostatecznie zdjęli mu pierścionki z palców, wyrwali zegarek z kieszeni i puścili na wolność. Rabunek! rabunek! Jakby po to jedynie przyszli do Polski. Podobno nawet nie mordowali, bo zajęci byli wyłącznie rabowaniem. Zabrali wszystko, niemal wszystko. W jednej tylko misce widziałem trochę pęczaku. Chcieli go ugotować i… nie zdążyli.

A na rynku w gronie oficerów bolszewickich stał jenerał niemiecki w pikelhaubie. Nawet stroju nie zmienił. Czelnie i butnie stwierdził swoje przymierze z bolszewicką Rosją. Co mówił? Nie umiano mi powtórzyć, bo nikt zbliżyć się nie śmiał do jenerałów, rajcujących na rynku. Ale gdy się rozchodzili, ktoś usłyszał jedno słowo niemieckie: Muss, muss! Jenerał powtarzał je sto razy, jakby chciał zahypnotyzować swych bolszewickich kolegów. Muss! Przy jeńcach znaleziono wyraźne rozkazy, gdzie który pułk bolszewicki stanąć ma… w Warszawie. W Warszawie! Muss!

Idziemy dalej. Prowadzą jeńca bolszewickiego. Przestrzelony na wylot. Kula weszła nad prawą brodawką na piersiach, a wyszła plecami. Ale idzie, choć cały we krwi. Siedem godzin bez opatrunku. Nareszcie zajodynowano mu rany i założono bandaż. Mówią z nim po chrześcijańsku. Dogadzają nawet. I tylko litość widzę w oczach sanitarjuszów polskich. Nawet w dziczy bolszewickiej uszanowali człowieka. A oni? Pono jeńców nie biorą. Za wiele fatygi. Gdzieś za kierz prowadzą. Kula w łeb i koniec.

Ktoś mówi: Virtuti militari. Na małym placu, na krańcu miasta, jen. Haller ma przypinać krzyże bohaterom. Stoją w kilku szeregach. Stu, może stu dwudziestu. Pokazują mi młodego porucznika. Ten 16 bolszewików uśmiercił. Jakże to było? Za Radzyminem wtargnęli do chłopskiej chałupy i piją. Wykradł się ze stajni parobek i manowcami dotarł do polskiej baterji, wskazując palcem niedaleką chałupę. Porucznik sam wycelował. Jeden strzał i kupa mięsa bolszewickiego pod rozwalonemi murami.

Pokazują mi szeregowca z długą, potężną szablą u boku. Kowal z zawodu. Gdyśmy odbijali Radzymin, podszedł do domu, w którym ucztowało sześciu żołnierzy bolszewickich, i zawołał: „spasajtieś!” Zaczęli wyskakiwać, aby chwycić za broń, zostawioną na dworze. A on przy drzwiach — ciach! Jednego po drugim! Sześciu położył, a na końcu wyrwał rewolwer komisarzowi bolszewickiemu i z tej samej broni łeb mu roztrzaskał. Podszedłem do niego i rzekłem: Niech pan pozwoli sobie powinszować. — Nie ma za co — odmruknął. Ale uścisku jego ręki nie zapomnę. W tej chwili jeszcze pióra utrzymać nie mogę.

Czekamy na jenerała Hallera. Przyjedzie czy nie przyjedzie? Nareszcie zabiera głos jenerał Latinik: Haller przyjechać nie może. Uroczystość wręczenia krzyżów odbędzie się jutro lub pojutrze. Tymczasem: chwała bohaterom!

Wracamy. Armaty huczą. Gdzieś do niewidzialnych celów lecą szrapnele i granaty. Pono damo znać, że na sześciu wiorstach ciągnie nowa kolumna bolszewików. Na powitania armaty polskie ślą im pocałunki. Wsłuchujemy się w ten koncert miłosny. Na placu radzą jenerałowie. Co chwila zajeżdża jakiś automobil, z którego wyskakują przedstawiciele sejmu polskiego: Załuska, Dubanowicz i kilku innych. Jakaś pozorna niefrasobliwość jest w całem tem zgromadzeniu. Żadnej gorączki bojowej, żadnego napięcia, żadnego uczucia grozy. Uśmiechają się. Gawędzą swobodnie, pochyleni nad mapami sztabowemi.

Już czas. Wieczór zapada. Samochód sumie wolno w stronę Warszawy. Struga! Coś się majaczy. Jakieś lato rozkoszne na letnisku w Strudze. A dalej lasy Potockich. Tu grała trąbka myśliwska. Pamiętam,— cudne hallali! A dziś? Hej! łzy się kręcą.

Na lewo łuna. Po drodze wozy z rannymi. I znowu cuchnie ścierwo koni zabitych. Samochód staje. Co to? Jenerał Haller jedzie do Radzymina. Wysiadł z automobilu, przyjmuje raporty, wydaje jakieś rozkazy. Na prawo i lewo płoną ognie biwaków. A działa huczą i huczą.

W. R.

Podczas krótkiego pobytu bolszewików w Radzyminie ludność tamtejsza miała możność zapoznania się z całym systemem rządów wojennych „czerwonej armji”. W chwili, gdy w mieście szalał brutalny rabunek, dobierający się do ostatniej koszuli obywateli, na murach poczciwych, mieszczańskich domków Radzymina zjawiać się zaczęły obwieszczenia władzy wojskowej sowieckiej, redagowano najczystszym językiem tak dobrze nam znanej biurokracji rosyjskiej, mające na celu sterroryzowanie ludności. W sztabie bolszewickim znalazł się również jakiś komunista, władający językiem polskim, który przy stoliku sztabowym napisał cały akt o utworzeniu w mieście Radzyminie tymczasowego komitetu rewolucyjnego, w którego ręce przechodzi cała władza. Ale ponieważ miasto Radzymin, zkądinąd niezmiernie zacne, nie wielu liczy rewolucjonistów, zdecydowanych na zagarnięcie w swa ręce całej władzy, przeto zapalony autor „ukazu” po zwrocie „skład komitetu stanowią” musiał niestety zostawić miejsce puste. O utworzeniu komitetu rewolucyjnego zawiadomiono oficjalnie burmistrza, któremu w tej uroczystej dla Radzymina chwili zabrano wszystkie pierścionki i zegarek. Bezpośrednio po tym uroczystym momencie zrabowano doszczętnie dom burmistrza.

 

Kurjer Warszawski: wydanie poranne.
[R. 100], 1920, nr 227

 176 odsłon,  1 odsłon dzisiaj

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.